Zwyczajne życie
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Серия: Tereska i Okrętka #1
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
– Szczerze mówiąc – powiedziała w nagłym natchnieniu – rzeczywiście muszę wyjść, bo jadę za miasto, a nie wolno mi wracać po ciemku.
– Rodzice ci zabraniają?
– Nie, milicja.
Boguś, już w drzwiach, odwrócił się, nieco zaskoczony.
– Co się stało? Zmalowałaś coś?
– Głupia historia – powiedziała Tereska, szczęśliwa, że w jej zwyczajną, nieciekawą egzystencję wplątała się tak atrakcyjna, mogąca budzić zainteresowanie sprawa. – Mówiłam ci, że mam idiotyczne kłopoty. Paru facetów usiłuje nas wykończyć, Okrętkę i mnie. Pamiętasz Okrętkę? To bandyci, planują zbrodnię i tak się złożyło, że tylko my możemy ich rozpoznać. Już wczoraj jechali za nami…
Boguś przyglądał się jej niedowierzająco i z nikłym zaciekawieniem.
– Nie cierpicie przypadkiem na manię prześladowczą?
– Nawet jeśli, to w towarzystwie. Razem z nami cierpi cała tutejsza komenda milicji. Zabronili nam pętać się po ciemnych miejscach. Ja się specjalnie nie boję, ale Okrętka jest dziko wystraszona i muszę to uwzględniać. Właśnie czeka na mnie.
– Interesujące – rzekł Boguś schodząc po schodach. – Jasne, że nie będę stwarzał trudności. Co to za afera?
– Pojęcia nie mam. Wiemy, że chodzi o morderstwo, ale nie wiemy dokładnie, jakie. Milicja się tym zajmuje, my się nie wtrącamy.
– I słusznie, ich rzecz. To znaczy, że od zmroku jesteś uwięziona w domu?
– No nie, to już byłaby głupota. Po mieście mogę sobie chodzić, byle nie tam, gdzie odludnie i ciemno. Moglibyśmy na przykład iść do kina, potwornie dawno nie byłam w kinie.
Wielki, surowy, twardy kartofel wyraźnie utkwił jej w gardle. Jeżeli się z nią nie będzie chciał umówić… Pójdzie, znów zginie, znów pojawi się w jakimś idiotycznym momencie… Przecież to jest coś niemożliwego, coś potwornego, ona tego nie zniesie…
– Do kina? – powiedział Boguś. – A wiesz, że to niezła myśl. Na co byś poszła?
– Wszystko mi jedno, na niczym nie byłam.
– Zdaje się, że w Palladium idzie coś interesującego. Moglibyśmy się wybrać któregoś dnia.
– Może jutro? – zaproponowała Tereska, niepewnie, z nieśmiałą nadzieją i niemal bez tchu.
– Jutro? Nie, jutro nie mogę, ale pojutrze. Na osiemnastą.
Zamilkł, myśląc, że pójście do kina z potencjalną ofiarą morderstwa może okazać się nawet dość atrakcyjne. Ciekawiło go przy tym, jak Tereska będzie ubrana.
– Doskonale, pojutrze – zgodziła się Tereska, usiłując przytłumić eksplozję szczęścia. – To jak się spotkamy?
– Gdzieś na mieście. Najlepiej przed Orbisem na Brackiej. O wpół do szóstej. Co ty na to?
Tereska wyraziłaby radosną zgodę nawet na propozycję spotkania się o północy w remizie tramwajowej, nie wnikając w przyczynę wyboru miejsca i pory. Nie wiedziała, oczywiście, że Boguś ma po prostu interes w Orbisie i wybiera Orbis w pobliżu kina w obawie, że jej wygląd zewnętrzny mógłby przynieść mu wstyd, gdyby musiał lecieć z nią przez całe miasto. Gdyby jednakże o tym wiedziała, w niczym nie umniejszałoby to jej szczęścia. Nareszcie zaczyna się to wszystko układać tak, jak powinno!
Stali na ulicy przed furtką i ziemia paliła im się pod nogami. Dopiero teraz Boguś obejrzał Tereskę dokładniej, stwierdził, że zabrała ze sobą ową ścierkę od podłogi, i zrobiło mu się gorąco na myśl, że ktoś mógłby go z nią zobaczyć. Gwałtownie usiłował znaleźć jakiś pretekst, żeby jej nie odprowadzać. Świadoma spóźnienia Tereska nade wszystko w świecie pragnęła być przez niego odprowadzona, równocześnie jednak za nic nie zgodziłaby się, żeby ujrzał użytkowany przez nie pojazd i zdał sobie sprawę z rodzaju ich zajęć. Okrętka na pewno trzyma tego potwora na otwartej przestrzeni, a może nawet siedzi na nim… Myśl, że jest z Bogusiem na pojutrze umówiona, dodała jej sił.
– Nie odprowadzaj mnie – powiedziała bohatersko. – I tak będę leciała biegiem, a i bez tego dostatecznie głupio wyglądam.
– Istotnie, gdybyśmy lecieli obydwoje, byłoby jeszcze głupiej – zgodził się Boguś, czując coś w rodzaju wdzięczności dla niej za rozstrzygnięcie tej kwestii. – No to ciao, trzymaj się. Nie daj się utłuc przynajmniej do pojutrza. To podobno dobry film…
Rozwścieczonej przeszło półgodzinnym oczekiwaniem Okrętce wystarczyło jedno spojrzenie. Od Tereski bił blask i wydawało się, że urosły jej skrzydła. Była nie ta sama.
– Jestem pewna, że siedzę tu jak krowa na pastwisku tylko dlatego, że widziałaś się z Bogusiem – powiedziała Okrętka ze wstrętem. – On mi już nosem wychodzi, wszystkie trudności przez niego, ciemno się robi!
Teresce byłoby widno nawet w środku głębokiej nocy.
– Coś ty, jeszcze nawet słońce nie zaszło. Oczywiście, że się widziałam z Bogusiem, przyszedł akurat, jak wychodziłam. Skąd wiesz?
– Owszem, już zaszło. Widać po tobie z daleka. Oświadczam ci, że nie mam najmniejszego zamiaru być ofiarą twoich miłosnych komplikacji. Jedno z dwojga: albo Boguś, albo zbrodniarze!
– Osobiście wolę Bogusia – powiedziała Tereska radośnie. – Przestań się czepiać, ostatni raz jedziemy. Jutro ruszymy Tarczyn.
– To się źle skończy – zawyrokowała Okrętka ponuro, odwracając wózek tyłem do przodu. – Zapadłaś z tym Bogusiem na coś takiego, czego jeszcze u nikogo nie widziałam. Bo co, jutro nie przyjdzie?
– Nie przyjdzie. Ale pojutrze idziemy do kina. Życie jest piękne!
– Jak dla kogo – mruknęła Okrętka i odepchnęła się lewą nogą. – Mnie się specjalnie nie podoba.
Tereska odepchnęła się prawą nogą i oderwała myśl od Bogusia. Z niepokojem spojrzała na przyjaciółkę.
– Co się stało?
– Zlikwidowali ten bufet, w którym moja matka miała zastępstwo – powiedziała Okrętka, przygnębiona. – Znów nie będzie pieniędzy. Już sama nie wiem, co robić.
– O Boże, nie mów na ten temat! – jęknęła Tereska, natychmiast również popadając w przygnębienie w stopniu, w jakim to było przy jej obecnym nastroju możliwe. – Niedobrze mi się od tego robi! Dopóki nie myślę, wszystko jest w porządku, ale jak tylko zacznę… Nie mam radia, adapteru, aparatu fotograficznego, przyzwoitych kiecek, modnych butów i zimowego palta. A mój ojciec upiera się, że nie będzie kradł.
– Mój też – westchnęła Okrętka. – Pojęcia nie mam, skąd ludzie biorą pieniądze dla swoich dzieci. Krystyna ma wszystko i ten jej cały… narzeczony też. Dostają od rodziców.
– Tym rodzicom prawdopodobnie lepiej się powodzi. Mnie palto kupią, możliwe, że buty też, ale resztę mogę sobie od razu wybić z głowy, bo ten idiota, mój brat, rośnie. Chyba że sama zarobię. Musiałabym dawać te parszywe korepetycje przez dwadzieścia cztery godziny na dobę…
Ponure rozważania na tematy finansowe zajęły im co najmniej pół drogi. Obie od najmłodszych lat zdawały sobie sprawę, iż żądanie od rodziców zaspokojenia wszelkich wymagań i potrzeb jest pozbawione większego sensu. Równie dobrze mogłyby żądać piątej pory roku. Rodzice najzwyczajniej w świecie nie mieli i koniec.
Przy takim stanie rzeczy obie przywykły już od dawna liczyć na własne siły i stosować wymagania do możliwości. Ponura proza życia wdzierała się w poezję uczuć z niesmaczną i odrażającą nachalnością. Tematy finansowe nieodmiennie budziły przygnębienie i gniotły ciężarem życia.
W pobliżu celu wyprawy poezja uczuć wzięła górę.
– Umówię się z nim na niedzielę – powiedziała rozmarzona Tereska. – Możliwe, że go wywlokę gdzieś za miasto.
– W niedzielę mamy sadzić w Pyrach – przypomniała Okrętka.
– Jeszcze czego! Nie mam najmniejszego zamiaru w ogóle się tym interesować! Ty też. Jeśli weźmiesz w tym udział, będziesz głupia jak stołowe nogi. Dość się narobiłyśmy, teraz niech się reszta męczy.