Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » „Rubin” przerywa milczenie
„Rubin” przerywa milczenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

„Rubin” przerywa milczenie

Электронная книга - «„Rubin” przerywa milczenie». Краткое содержание книги:

Książka Peteckiego nie oferuje nam prób stawiania ważnych pytań a tym bardziej udzielania na nie skomplikowanych odpowiedzi – jest solidną prozą przygodową, w której kosmos stanowi atrakcyjną otoczkę dla uwikłanych w swe problemy bohaterów. Do układu Proximy wysłana zostaje grupa kolonistów, a właściwie dwie grupy, które po jakimś czasie rozdzielają się, nastawione wobec siebie raczej wrogo. W związku z tym Ziemia zakłada na drugiej planecie układu stację nasłuchową, która ma uzyskać cenne informacje odciętych od Ziemi na własne życzenie kolonistów. Gdy i ta baza milknie, z macierzystej Ziemi zostaje wysłana załoga niosąca jej ratunek. W powieści Peteckiego znajdziemy sporo ciekawych pomysłów; jednym z nich jest wpływ składu atmosfery na to, co widzą przebywający na planecie ludzie: horyzont nie kończy się a załamuje się w górę zachodząc całą przyrodą na niebo i sprawiając wrażenie przebywania wewnątrz gigantycznej kuli, której powierzchnia zamiast na zewnątrz, znajduje się w środku…
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 44
Перейти на страницу:

— Właśnie — podchwycił Dary. — Nam wcale nie chodzi o mikroorganizmy. A struktury wyższego rzędu charakteryzują się mniejszymi zdolnościami adaptacyjnymi, prawda? Otóż nie zawsze… jak widać na załączonym obrazku. Zresztą, to tylko droga… Ale nie pozwolimy się z niej sprowadzić. Nikomu… — dorzucił z naciskiem.

— To dobrze — burknąłem. — Może się kiedyś spotkamy. za, powiedzmy, tysiąc lat. Będziemy właśnie wracać z krańca metagalaktyki i zastanawiać się, co zrobić z resztą tak mile rozpoczętego popołudnia…

— Ja nie — powiedział z przekonaniem Luta. Fros wybuchnął krótkim, nerwowym śmiechem.

— Nie śmiej się — upomniałem go surowym tonem. — Nie wypada. Oni tu o wieczności… czy raczej o życiu w nieskończoności, a ty…

— Właśnie — mruknął Luta. — W końcu jednak zeszło na filozofię. Co jednak może taka jedna maleńka burza. Wszyscy mamy jednego hyzia, wy i my…

— Prawa fizyki — Fros zasmucił się nagle — są równe dla wszystkich regionów wszechświata. Przynajmniej dla regionów znanych. Jeszcze w dwudziestym wieku wysunięto hipotezę życia opartego na zbiorze cząstek elementarnych… bez udziału komórek. I w tymże dwudziestym wieku obalono tę hipotezę. W każdym razie stała się ona nieprzydatna z waszego punktu widzenia — spojrzał na Kleena. — Udowodniono bowiem, że takie cząstki musiałyby łączyć się z sobą i istnieć w czasie — ostatnie słowa Fros przesylabizował. — A więc nawet gdybyście chcieli rozpylić ludzkość na cząstki elementarne, co jest oczywiście utopią, ale co wcale nie byłoby jeszcze najbardziej skomplikowanym sposobem urzeczywistnienia waszej idei, i tak nic by z tego nie wyszło…

— …co było do udowodnienia — przypieczętował Luta.

— Zobaczymy… — mruknął Dary. — Nie my zaczęliśmy tę rozmowę…

Dłuższą chwilę panowało milczenie. W końcu Luta ziewnął, przeciągnął się, aż mu w piersiach zatrzeszczało i spojrzał na zegarek.

— Pięć po czwartej — westchnął. — Wiecie jak ma na imię największy wróg postępu? To, co nazywacie konserwatyzmem? Brak odwagi? Nie, moi drodzy. Gadulstwo. Najzwyklejsze gadulstwo… — powtórzył.

— Dlaczego? — zaprotestował Fros. — To było bardzo interesujące…

— Interesujące, tak — przerwał mu Luta. — Ale czy bardzo? Może nie umiem docenić — zwrócił się do Kleena — wszystkich subtelności waszego rozumowania. Co innego, gdybyśmy siedzieli na tarasie w jakimś przyzwoitym rezerwacie i popijali przez słomkę mrożoną kawę. Pewnie starałbym się przynajmniej nadążyć za waszą wyobraźnią. Rzecz w tym, że tutaj ciągle plącze mi się po głowie jedna myśl, a właściwie jedno pytanie. Co mianowicie sprowadziło was na ten glob? To znaczy co zadecydowało, że wasza wycieczka doszła do skutku? Dwutlenek węgla i to świństwo w morzu, czyli idealny poligon dla świeżo „przystosowanych”, katastrofa statku… pierwszego statku — podkreślił — czy też ta nasza biedna skorupa? — poklepał poręcz fotela.

— Nie stacja — odpowiedział szybko Dary. — A już na pewno nie chęć zawładnięcia nią. Nie szukamy konfliktu z Ziemią. Ostatecznie — uśmiechnął się — konflikt jest także formą kontaktu…

Luta usiadł i wyprostował się. Rysy jego twarzy stwardniały.

— Jeśli to prawda… — rzucił. — Mieliśmy sobie nawzajem coś udowodnić. My pokazaliśmy wam statek. A wy oszukaliście nas. Przynajmniej próbowaliście. No, proszę, powiedzcie teraz, co mamy zrobić, jeśli automaty nie trafią na ślad Yiandena? Gdzie go szukać? U was czy u tych, których nazywacie «Nowymi»? A może jeszcze gdzie indziej? I czy możemy polegać na waszych informacjach? Licho wie jak daleko zechcecie się posunąć… w imię tego waszego czasu czy czego tam. Ciągle powtarzacie „my-wy”, „my-oni”, ciągle macie o coś pretensje. Co było, to było. My natomiast, jak tu siedzimy, nie szukaliśmy was i nie zapraszali. Przysyłacie tu statki, które eksplodują, zabijając naszych. Jeśli to przypadek… Potem pouczacie nas, na czym polega postęp. A ja chciałbym wiedzieć, czy „statek”, który wystartował stąd z dwoma ocalałymi członkami waszej załogi, załóżmy, że naprawdę było ich czterech, i, być może, z Yiandenem, dotarł na Trzecią? I czy nie wylądował w waszym, jak mówicie, mieście?

— Nie — rzucił krótko Kleen.

— Nie — powtórzył Dary.

Luta nie spuszczał wzroku z ich twarzy. Milczenie przeciągało się. Zza pulpitu dobiegł pojedynczy trzask przekaźnika. Automaty samoczynnie korygowały ciśnienie, w zależności od warunków panujących na zewnątrz.

— Czy wy uwierzylibyście na moim miejscu?

Dary wstał. Odsunął fotel jakby ze złością i postąpił krok w naszą stronę.

— Nie wiem — warknął. — I nie sądzę, żeby to miało większe znaczenie. Jeśli zechcecie tam lecieć, będziecie się i tak musieli dowiedzieć jak tamci mieszkają, jakie noszą ubrania i tak dalej. Twoje wątpliwości są bez sensu. Musicie zapytać o to nas i chcąc nie chcąc dostosować się do tego, co wam powiemy. Po prostu nie macie innego wyjścia.

Luta wstał również. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Odruchowo położyłem dłoń na kaburze miotacza. Ale nic się nie stało. Twarz Luty powoli topniała. Ramiona mu opadły. Zaczerpnął powietrza, odwrócił się i nie patrząc na nikogo z obecnych rzucił:

— Fros, sprowadź ich na dół…

Część 6

Górna warstwa dymu i kurzu wypełniającego kotlinę wyglądała z daleka jak tafla pokrytego brudną pianą jeziora. Im bliżej jednak, tym wyraźniej dostrzegało się falujące w jej wnętrzu pasma, na przemian ciemne i niemal białe, targane chwilami gwałtownymi prądami. Otaczające dolinę ziemiste stożki, tkwiące w tej ponurej topieli do połowy wysokości zboczy sprawiały wrażenie posępnego, milczącego kordonu.

Bolały mnie wszystkie kości. Całą drogę przemierzyłem w dość osobliwej pozycji, trzymając lewą nogę na zewnątrz pojazdu. To skutki burzy. Pozostawiony na lądzie łazik, porwany przez ścianę kurzawy, przed którą my uciekliśmy pod wodę, uderzył burtą o wystającą ze zbocza skałę. Powinienem był coś z tym zrobić przed wyruszeniem w drogę, ale skoro tylko przekonałem się, że silniki pracują normalnie, ruszyłem i nie zdejmując nogi z gazu, przeleciałem te bez mała osiemdziesiąt kilometrów dzielących zasnutą dymem kotlinę od oceanu.

Przetoczyłem się przez ostatnią przełęczkę i zwolniłem. Widoczność pogarszała się z każdym metrem, zapaliłem reflektory, a raczej jeden z nich, bo pozostałe ucierpiały w czasie burzy, ale nie na wiele to się zdało. Nasłuch przynosił narastający łoskot, z jednostajnego szumu przebijało chwilami wibrowanie agregatów wiertniczych i sprężarek, zgrzyt ciężkich wysięgników, jękliwe zawodzenie sygnałów. Na moment wszystko ucichło i raptem atmosferą wstrząsnął potężny grzmot, masy kurzu zmieszane z grudkami żwiru i odłamkami skał wzbiły się w krzaczastym wybuchu, porywając za sobą chmurę pyłu, która nabrawszy wysokości, poczęła pęcznieć na kształt przyduszonego grzyba. Odsłonięte dno niecki ukazało szerokie, płytkie wykopy, w które zapuszczały się pochylone ramiona koparek, kilka płaskich maszyn przetwórczych i dwa transportery na monstrualnie wielkich kołach. Jeden z nich, ciężko wyładowany, pełznął właśnie ku niskiej przełęczy, a raczej wąskiej dolince, wyprowadzającej z zamkniętego wzgórzami obszaru w stronę, gdzie niespełna czterdzieści kilometrów dalej stał „Rubin”. Na skraju doliny, mniej więcej naprzeciw zbocza, którym toczył się teraz łazik, widniała maleńka sylwetka Frosa. Patrząc w stronę, gdzie przed chwilą eksplozja wyrwała ze skalnego łoża kolejną porcją lutetu, tłumaczył coś automatom nadzorującym. Widziałem go nie dłużej niż kilkanaście sekund, zaraz potem maszyny ruszyły, kotliną ponownie wypełnił piekielny jazgot, spod zębów koparek i łap transporterów wzbiły się tumany pyłu, które wkrótce przesłoniły dno niecki i okoliczne stoki. Jechałem jeszcze chwilę wytrzeszczając oczy, przygotowany, że z chmury wyłoni się nagle masa jakiegoś buldożera czy automatycznej przetwórni, wreszcie zastopowałem.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 44
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)