„Rubin” przerywa milczenie
- Автор: Петецкий Богдан
- Год: 1982
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «„Rubin” przerywa milczenie». Краткое содержание книги:
— Po czym jeden ze statków zrobił bum — wtrącił Luta — Mykin i Teller zginęli, a ranny Yianden ruszył piechotą przez góry… Wtedy pozostali przy życiu po prostu odlecieli…
— Słuchajcie! — Fros zerwał się u usiadł w fotelu. — Jeżeli on…
— Leż spokojnie — Luta uniósł na moment powieki i leniwie poruszył głową. — To było cztery lata temu. Musiał dostać taką dawkę promieniowania, że tak czy owak nie uszedł daleko. Odszukać go… no cóż, jest pewna szansa. Czujniki ferromagnetyczne nie zdadzą się na nic. W naszym ekwipunku nie ma prawie wcale metalu. Co najwyżej możemy zaprogramować automat z zainstalowanym geigerem. Tym od małych wartości. Jeśli trafi na ślad, będzie go się trzymał… aż znajdzie. Zrobimy to jutro. Bo gdyby go tu miało nie być…
— Na całym globie — podrzuciłem.
— Na całym globie — powtórzył poważnie — to by znaczyło, że musimy się pośpieszyć z tym spacerkiem, o którym wspomniałeś. Cztery lata… Hm…
— Ależ oni przecież nie wrócili! — krzyknął prawie Fros. — Inaczej ci z Trzeciej nie wysyłaliby ekipy ratunkowej! A co do tego nie kłamią. Mogę dać głowę, że nie wiedzą o losie swojego drugiego statku więcej niż my.
— Może ci tutaj nie wiedzą — zgodził się Luta. — Ale to wcale nie znaczy, że drugi statek nie wrócił. Trzecia jest większa od Ziemi. A oni nie mieli łączności… przypuszczam, że w czasie eksplozji poszły anteny… czyli ich przyrządy nawigacyjne, i tak dość prymitywne, nie były sprawne. Nie jest powiedziane, że nie wylądowali szczęśliwie. Co nie znaczy, że wrócili do swoich. Może wędrują jeszcze przez jakieś góry na drugiej półkuli, może tkwią na wyspie albo w strefie wiecznych lodów, a może…
— Goszczą u tych, którzy są bliżsi nam — uzupełniłem. — Właśnie — mruknął Luta. — I im dłużej o tym myślę, tym bardziej ta ostatnia wersja wydaje mi się mniej zabawna. Nie chciałbym być w jego skórze… gdyby to miała być prawda.
Milczeliśmy dłuższą chwilę. W pewnym momencie Fros wstał d zaczął chodzić po kabinie.
— Może pojadę przygotować statek — zatarł nerwowo palce. — Prześpię się tam i zaraz rano…
— Siadaj — powiedziałem. — Jeżeli automat znajdzie ciało Yiandena, na dobrą sprawę nie będzie po co lecieć.
— No, a ci tam, na dole? Wzruszyłem ramionami.
— Lepiej będzie, jeśli tu zostaną. Słyszeliście, co mówili. Załóżmy, że od razu przystąpią do tych zabiegów genetycznych, to i tak minie co najmniej dwadzieścia lat zanim wyrośnie pokolenie «przystosowane» do tutejszego klimatu… — mimo woli wpadłem w zjadliwy ton. — Ale statki zbudują znacznie wcześniej. Jeśli ich zabierzemy, spadną im dosłownie z nieba. W dodatku znają stację, zdobyli już pewne doświadczenie… nie, uważam, że ich miejsce jest tutaj.
— Jak to sobie wyobrażasz? — mruknął Luta. — A poza tym kiedy statki będą gotowe, mogą użyć zwykłych ludzi i dać im normalny tlenowy ekwipunek…
— Mogą — odparłem. — Ale jeśli do tej pory postępowali inaczej… Zresztą w skafandrach i kabinach tlenowych będą mieć przynajmniej ograniczone pole manewru… tak jak my. Szansę się wyrównają. Inaczej… wyobrażacie sobie na przykład konflikt z istotami, które czują się równie swobodnie w tlenie, dwutlenku węgla i tym paskudztwie, które wypełnia tu morza? Bo ja oczywiście mogę to sobie wyobrazić. Mogę, ale nie chcę. A co do tego, co z nimi zrobić… cóż, zapytaj Frosa. Nie chciałbym urazić jego sentymentów…
— Powinniśmy ich zabrać ze sobą — zareagował natychmiast Fros. — Pomijając już stronę moralną… to zrobi dobre wrażenie.
Zaśmiałem się. Krótko i niezbyt szczerze.
— Wrażenie! — parsknąłem. — Proszę. Kolejny apostoł w układzie Alfy. Ale to nie jest stacja misyjna. A my mamy co innego do roboty, niż naprawiać głupstwa dawnych pokoleń… w imię solidarności i tak dalej. Zapomniałeś, co mówiono na odprawie? Zresztą — dodałem po chwili — jeśli polecimy, to i tak nie wszyscy. Ktoś musi pilnować stacji. Przypilnuje i inwentarza…
Fros żachnął się, potrząsnął gniewnie głową, ale nie odpowiedział.
— Tak… — mruknął po chwili Luta, jakby do siebie. — Jeden z nas musi tu zostać. Nie powinno się powtarzać dwa razy tego samego błędu…
— W takim razie kto poleci? — rzucił Fros.
— Chciałeś raczej spytać „kto zostanie”, prawda? — uśmiechnąłem się. — Proszę, kogo proponujesz? Nie krępuj się…
— Ty zdaje się wiesz już bardzo dobrze, kto zostanie — odrzekł spokojnie. Zbyt spokojnie. W jego głosie zabrzmiał smutek.
— Zrozum, Fros… — zacząłem, ale Luta nie dał mi dokończyć. Westchnął ciężko, przewrócił się na prawy bok i zgasił światło.
— Dość tego — mruknął. — Dobranoc. Zobaczymy, co znajdzie automat… jeśli coś znajdzie. A teraz spać.
Obudził mnie jakiś dźwięk. Nie otwierając oczu uniosłem nieco głowę i chwilę nasłuchiwałem. Cisza. Pomyślałem, że to pewno Fros poruszył się przez sen i uspokojony opadłem z powrotem na oparcie. Uderzyłem dość mocno głową i zaskoczony wstrzymałem oddech. Co, u licha?! Ktoś rozkręcił fotel? Przed chwilą jego poduszka znajdowała się wyżej…
Gwałtowne pchnięcie od dołu, jakby jakaś niewyobrażalna siła targnęła osadzonym w bazaltowym dnie filarem stacji. Jeszcze jeden wstrząs i krótkie, nieznośne kołysanie, od którego żołądek podjechał mi pod gardło. W ułamku sekundy oblałem się zimnym potem. Skoczyłem na oślep przed siebie, trafiając bosą stopą w podporę stołu. Ostry ból przywołał mnie do przytomności. Zatrzymałem się i rozejrzałem wokół siebie.
W kabinie światła były wygaszone. Mimo to jej wnętrze wypełniało osobliwe, barwne światło. Krawędzie pulpitów i dźwigary, metalowe mufy łącz, klapy przystawek pamięciowych, wszystko to wyglądało jak zrobione z fioletowego szkła, wypełnionego rozżarzonym gazem. Ekrany rzucały świetliste smugi, barwne pasy mieszały się, wirowały, zmieniając kształty umieszczonych w kabinie sprzętów i nadając im pozory ruchu.
Tuż koło mnie rozległ się głuchy stuk. Zaraz potem zdławiony okrzyk i gwałtowna szamotanina jakby ktoś usiłował opuścić zwalony namiot. Coś uderzyło mnie boleśnie w zranione przed chwilą miejsce. Syknąłem i odwróciłem się. W samą porę. Zdążyłem jeszcze uskoczyć i przytrzymać Frosa, który z pochyloną głową, tkwiącą już w kasku, leciał właśnie w moją stronę, na próżno usiłując oswobodzić ramiona zaplątane w przewody własnego skafandra.
— Spokojnie… — zabrzmiał przytłumiony głos Luty. — Nic się nie dzieje. To tylko burza…
Spojrzałem tam, skąd dochodził jego głos. Na tle ekranów oblana fioletową poświatą, jego sylwetka przypominała fantomatyczną zjawę z jakiegoś filmu. Stał w odległości kilku kroków od pulpitu, kołysząc się na szeroko rozstawionych nogach.
— To tylko burza — powtórzył. — Ale włóżcie skafandry. Stacja była przez pewien czas pozbawiona energii… może nastąpić zwarcie. A za chwilę pójdziemy pod wodę…
— Pod wodę? — spytał niezbyt przytomnie Fros.
;Luta skinął powoli głową.
— Uhm… na razie chodźcie popatrzeć.
Machinalnie postąpiłem do przodu. W tym momencie stacją targnął kolejny wstrząs, silniejszy od poprzednich. Zachwiałem się, ale szedłem dalej. Z korytarza, wiodącego ku niższym kondygnacjom dobiegł jakiś metaliczny brzęk. Obejrzałem się i ujrzałem, że Eros, już w kompletnym skafandrze, przemierza szybkim krokiem kabinę. Domyśliłem się, co ma zamiar zrobić, ale na interwencję było za późno. Zresztą ci z dołu nie czekali na zaproszenie, bo skoro tylko drzwi stanęły otworem, w korytarzu zamajaczyły znajome sylwetki. Usłyszałem, że Fros coś do nich mówi, ale nie zrozumiałem słów.