Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » „Rubin” przerywa milczenie
„Rubin” przerywa milczenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

„Rubin” przerywa milczenie

Электронная книга - «„Rubin” przerywa milczenie». Краткое содержание книги:

Książka Peteckiego nie oferuje nam prób stawiania ważnych pytań a tym bardziej udzielania na nie skomplikowanych odpowiedzi – jest solidną prozą przygodową, w której kosmos stanowi atrakcyjną otoczkę dla uwikłanych w swe problemy bohaterów. Do układu Proximy wysłana zostaje grupa kolonistów, a właściwie dwie grupy, które po jakimś czasie rozdzielają się, nastawione wobec siebie raczej wrogo. W związku z tym Ziemia zakłada na drugiej planecie układu stację nasłuchową, która ma uzyskać cenne informacje odciętych od Ziemi na własne życzenie kolonistów. Gdy i ta baza milknie, z macierzystej Ziemi zostaje wysłana załoga niosąca jej ratunek. W powieści Peteckiego znajdziemy sporo ciekawych pomysłów; jednym z nich jest wpływ składu atmosfery na to, co widzą przebywający na planecie ludzie: horyzont nie kończy się a załamuje się w górę zachodząc całą przyrodą na niebo i sprawiając wrażenie przebywania wewnątrz gigantycznej kuli, której powierzchnia zamiast na zewnątrz, znajduje się w środku…
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 44
Перейти на страницу:

Uniosłem głowę i przyjrzałem mu się. Był w wesołym nastroju, prawda. Ale jego spojrzenie pozostało czujne.

— Już po drugiej — burknąłem nieprzyjemnym tonem.

— Albo za późno, albo za wcześnie. Na wszystko, poza spaniem. Nie uważasz?

— Poczekaj — włączył się Fros. — Teraz i tak nie zaśniemy.

— Jak kto… — rzuciłem jeszcze, ale już bez przekonania. Rozumiałem, że stoję na straconej pozycji.

— Już wiem — ucieszył się Luta — o przestrzeni. O tym, że w skafandrach jesteśmy jak robaki, skazane na pełzanie po jednym ogrodzonym podwórku. Biedne, ślepe robaki. Tak to było?

— Widzisz?! — Kleen zwrócił się do Lona. W jego głosie zabrzmiała nuta ostrego wyrzutu.

— Nie złość się — Fros wyciągnął do nich race jakby o coś prosił. — Siadajcie.

Kleen obrzucił spojrzeniem wskazany przez Frosa fotel, ale stał dalej bez ruchu. Jeden Dary bez zastanowienia ruszył do przodu, wybierając miejsce tuż obok Luty.

— Usiłuję zrozumieć — Fros okrążył fotel i położył ręce na oparciu — na czym to wszystko polega? Ingerujecie w kody genetyczne, kształtując przyszłe płody według waszego uznania. Wyposażacie je w skrzela, organy pozwalające asymilować dwutlenek węgla, pewnie potraficie programować ludzi ze skrzydłami i licho wie jakich jeszcze. To wiemy… i proponuję, żebyśmy nie próbowali bawić Się w wartościowanie, bo wiemy także, że na tej drodze do niczego nie dojdziemy. Ale o co w końcu chodzi? Zgoda, że możecie osiągać jakieś cele doraźne… — powiedzmy — zatoczył łuk ręką — swobodę poruszania się na tym chociażby globie, opanowanie środowiska morskiego… i tak dalej. Nie uwierzę jednak, że odeszliście tak daleko od norm, nie etycznych, nie mówmy o etyce, ale po prostu obyczajowych, tylko dla tych doraźnych korzyści. Słyszeliśmy, zresztą nie robiliście z tego tajemnicy, że wasza nauka stawia jako nadrzędne w procesach przystosowawczych adaptowanie istot technologicznych do zastanych — warunków, a nie, jak na przykład nasza, na odwrót. Ale to przecież także nie może być celem… rozumiecie, co mam na myśli. Jak to wszystko mieści się w waszych naukach społecznych? Do czego dążycie?

Nie czekaliśmy zbyt długo. Kleen chwilę tylko wpatrywał się w twarz Frosa, jakby chcąc z niej wyczytać jego prawdziwe intencje, po czym potrząsnął głową.

— Dziwnie stawiasz sprawę — powiedział bardzo cicho. — Cywilizacja… nauki społeczne. A czymże są nauki społeczne? Dla nas to między innymi wszystko, o czym mówiłeś.

— Pięknie, synu — zamruczał Luta. — My też mamy jaki taki pogląd na nauki społeczne i śmiem twierdzić, że gdyby nie ten pogląd właśnie, siedziałbyś teraz na Ziemi i rozmyślał, czym jutro nakarmić rodzinę. Nie licytujmy się. Odpowiedz lepiej na pytanie Frosa. Nie ciągniemy was za język, żebyście wyliczali wasze instytuty, poligony kosmiczne, technologie i tak dalej. Ale to przecież możecie powiedzieć. O co w końcu chodzi?…

— O… — Kleen przeciągnął to „o”, na ile tylko starczyło mu tchu w piersiach i zamilkł. Obejrzał się bezradnie na pozostałych, po czym zrezygnowany usiadł w najbliższym fotelu. Pochylił głowę i ukrył twarz w dłoniach.

— O czas — rzucił twardo Dary.

— O czas?… — Fros wyprostował się odruchowo. Wyraz jego oczu zdradzał kompletne zaskoczenie. — Jak to rozumiesz?

Dary zatrzymał wzrok na nieruchomej, jakby boleściwej sylwetce Kleena. Było aż nadto widoczne, że ten widok nie sprawia mu przyjemności. Zastanowił się i wzruszając ramionami powiedział:

— Całkiem po prostu. Z biegiem lat coraz wyższe ilościowe bariery postępu cywilizacji zmieniają się w równie szybko rosnące bariery jakościowe. Co jest ostatnim, a może tylko aktualnym w tej chwili progiem, przed którym stoi ludzkość? Ilość czasu. Właśnie ilość, mierzona od zera do nieskończoności. Ilość, która jednak decyduje o jakości. Dla nas to oczywiste, a sądzę, że i wy doskonale wiecie, o czym myślę, nawet jeśli macie swoje własne zdanie. A dlaczego tak się dzieje? Czy brak nam wiedzy? Możliwości technicznych? Nie. Brak nam odwagi. To znaczy, tak było dotychczas. Takie dziedzictwo otrzymaliśmy w spadku od was. Rozważania Nowych, kiedy mianowicie ktoś traci cechy ludzkie, czy istota posiadająca skrzela jest jeszcze człowiekiem czy już nie, a może staje się zwierzęciem dopiero jak ma skrzela i na przykład ogon, przejmują litością. Niestety, musi to być czujna litość, bo sąsiadujemy ze sobą na tej samej planecie i… ale to już inna historia.

— Ta inna historia — wtrąciłem — jest dla nas co najmniej równie interesująca jak tamto. Co to znaczy „czujna litość”? Zabijacie się mówiąc: przepraszam? Ignorujecie?

Dary myślał chwilę, po czym wykonał nieokreślony ruch głową.

— Różnie bywało… — bąknął.

— To wiemy. Ale jak jest teraz? Co na przykład zrobi wasz geolog, kiedy gdzieś, tam na odludziu spotka takiego jak on samotnego badacza należącego do przeciwnej strony?

Kleen odjął nagle ręce od twarzy i uśmiechnął się.

— Oni rzadko chodzą samotnie… — powiedział z drwiną. — Co zrobi? Nic. Będą udawać, że się nie zauważyli. Mało prawdopodobne, żeby zaczęli rozmawiać. Chociaż zdarza się i tak. To, o czym mówimy, dotyczy raczej… — zawahał się — organizacji. W ogólniejszym sensie tego słowa…

Tak. Obraz stosunków panujących na Trzeciej, jaki wyłaniał się z relacji jej mieszkańców, z pewnością nie był zachęcający. Jeśli jeszcze znało się ich genezę i rozwój historyczny…

— No dobrze — Fros najwyraźniej niecierpliwił się, czekając, kiedy wreszcie wrócimy do właściwego, jego zdaniem, tematu. Przesunął fotel bliżej Dariego i przycupnął na brzegu poduszki, pochylając się w jego stronę.

— Mówisz o odwadze — zaczął, załamując nerwowo palce. — A kim byli ci, którzy tu przylecieli? Tchórzami? Dlaczego właśnie im przeciwstawiacie waszą… bezkompromisowość?

— No dobrze — żachnął się Dary. — przylecieli. I co dalej?

— Właśnie — mruknął Luta. — Dalej to już wasze własne sprawki. Odwagi wam może nie brak, ale…

— Nie o tym mówię — zaperzył się nagle Lon. — To tylko epizody… z pewnego punktu widzenia. Prędzej czy później damy sobie z tym radę…

— Powinno wam się śpieszyć — przerwałem — skoro przywiązujecie taką wagę do czasu…

— Ale tego czasu — podchwycił Kleen — który nam i wam zamyka drogę postępu. Perspektywy…

— Chyba przesadzasz — nie wytrzymał Fros. — Osiągnęliśmy niemało. I nie spoczywamy na laurach. Dynamika myśli ludzkiej jest zjawiskiem niepowtarzalnym w przyrodzie. Jej heroizm staje się w pełni widoczny właśnie dopiero na tle czasu życia jednostki…

— Stawał — przerwał z naciskiem Dary. — Stawał. Nie staje. Nie tylko heroizm, ale i piękno. Oczywiście, masz rację. Ten sam heroizm i piękno, które was urzekają, kiedy stajecie przed piramidami. Odnoszą się zawsze do przeszłości. A co dalej? Weźmy chociażby dotychczasowy kierunek rozwojowy. Przestrzeń. To znaczy co? Najbliższe gwiazdy? Dobrze. A potem? Kwazarowce, statki tachjonowe. Niech będzie. To zwiększa zasięg do obszaru Galaktyki. I koniec. Zagadnienie kosmosu jest zagadnieniem czasu, to jasne jak dwa a dwa cztery. Ale kosmos to tylko hasło wywoławcze… Precedens. Jeżeli raz uznamy jakąś granicę za nieprzekraczalną, możemy pożegnać się ze wszystkim.

Dłuższą chwilę panowało milczenie. Luta leżał na wznak z rękami pod głową i patrzył w sufit. Fros wsunął się nieco głębiej w fotel. Obcy wymienili pomiędzy sobą krótkie spojrzenia i znieruchomieli.

— W tym, co mówicie — odezwałem się wreszcie — jest być może jakaś idea… jeśli już nie ideologia. Tyle że nie nowa. Przedstawiacie się tak, jakby przed wami nikt nie pomyślał o perspektywach cywilizacji. Tymczasem od początku świata ludzie nie robili nic innego. Pierwszy lot na księżyc trwał dokładnie tyle, ile potrzebują obecne statki, żeby przebiec orbitę Jowisza i wrócić na Ziemię. Teoretycznie jesteśmy w stanie przekroczyć granice Galaktyki… a przecież nie jest to nasze ostatnie słowo. Czasem interesowali się nasi wspólni przodkowie, astronomowie, fizycy, humaniści, od bardzo dawna. Jego zależnościami matematycznymi i… sensem. Niech wam się nie zdaje, że jesteście tak bardzo oryginalni.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 44
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)