Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Wstał, założył ręce za plecami i zaczął się nerwowo przechadzać po kościele, tchnącym ruiną i opuszczeniem. Gorączkowe kroki pastora były odbiciem pośpiesznego ruchu myśli w jego głowie – kłębiły się w niej najróżniejsze imiona i przezwiska, stare i nowe, swojskie i obce, niebiańskie i ziemskie.
– Spójrz na waszego ojca chrzestnego – powiedziała matka, uśmiechając się do mnie. – Gdzie on szuka tych waszych imion? Denerwuje się tak, jakby miał za chwilę ogłosić czyjąś śmierć. Zmarło ośmiu braci swatki, śmierć ogłasza królik z klatki… – zanuciła cicho, podnosząc czerpak. Nabrała wody i zaczęła nas polewać.
Pastor, który po raz dwudziesty dziewiąty szedł w stronę zamkniętych głównych wrót, zatrzymał się w pół kroku.
– Mam! – krzyknął.
– Jakie? – spytała podekscytowana mama.
Odpowiedź pastora już wisiała w powietrzu, gdy od strony wrót rozległ się łoskot. Z zewnątrz dobiegał gwar ludzkich głosów, drzwi dygotały, ktoś krzyczał, ktoś z kimś głośno rozmawiał. Przestraszona matka podniosła się z czerpakiem w ręku, a Malloy przystawił oko do szpary w drzwiach. Nie wiedzieliśmy, co zobaczył, ale zauważyliśmy, że jego twarz poczerwieniała – z gniewu albo z niepokoju.
– Szybko! – zwrócił się nerwowo do matki. – Idźcie szybko na przedni dziedziniec.
Schylając się, by mnie podnieść, matka upuściła czerpak, który podskakiwał na posadzce z głuchym odgłosem, przypominającym kumkanie ropuchy w porze godowej. Siedząca nadal w misie Ósma Siostra rozpłakała się żałośnie. Drewniany skobel pękł na dwoje i upadł na podłogę. Oba skrzydła drzwi otworzyły się gwałtownie, do środka niczym pocisk wpadł uzbrojony mężczyzna z ogoloną głową, naparł na pierś Malloya i pchnął go tak silnie, że pastor wylądował aż pod tylną ścianą. Nad głową duchownego polatywał aniołek o gołej pupie. W chwili gdy skobel huknął o ziemię, wyślizgnąłem się z objęć matki i upadłem ciężko do misy, rozchlapując wodę naokoło i zgniatając niemal na śmierć Ósmą Siostrę.
Do środka wtargnęło pięciu zbrojnych członków bandy. Rozejrzeli się po pustej sali; ich arogancja nieco osłabła. Ten, który o mało nie pchnął Malloya w objęcia śmierci, podrapał się w głowę i rzekł:
– Jak to, skąd się tu wzięli ludzie? – Spojrzał na pozostałych. – Czy ten kościół nie został już dawno opuszczony? Co oni tu robią?
Malloy z rękami założonymi na piersi podszedł do mężczyzn. Wyglądał dostojnie i majestatycznie; na twarzach żołnierzy zamajaczył cień obawy i zmieszania. Gdyby pastor wygłosił teraz parę zdań w obcym języku i zamachał rękami, być może by się wycofali. Może wystarczyłoby kilka zdań po chińsku z obcym akcentem, by zostawili kościół w spokoju. Lecz biedny pastor przemówił w najczystszym, gdaczącym dialekcie Północno-Wschodniego Gaomi:
– Drodzy bracia, czego sobie życzycie? – po czym skłonił się przed pięcioma intruzami.
W kościele rozbrzmiewał mój płacz (Ósma Siostra, o dziwo, zamilkła) oraz gromki śmiech pięciu mężczyzn. Mierzyli Malloya wzrokiem z góry na dół, jakby był małpą w klatce. Jeden z nich, o krzywej wardze, wyciągnął rękę i skubnął długi włos, wyrastający z wnętrza pastorowego ucha.
– Małpa! Cha, cha! Prawdziwa małpa! – zaśmiał się drugi. Jeszcze inny powiedział:
– Patrzcie, ten małpiszon trzyma tu sobie kobietę!
– Protestuję! – krzyknął Malloy. – Ja protestuję! Jestem cudzoziemcem!
– Cudzoziemiec, słyszeliście? A to dopiero – rzekł „krzywa warga". – Ładny mi cudzoziemiec, co gada naszym gaomijskim dialektem. A mnie się zdaje, że jesteś małpio-ludzkim bękartem! No, koledzy, wprowadźcie osły.
Matka wzięła na ręce mnie i Ósmą Siostrę, podeszła do Malloya i złapała go za ramię.
– Chodźmy stąd, lepiej ich nie prowokować.
Pastor oswobodził ramię, ruszył w kierunku osłów i zaczął siłą wypychać je na zewnątrz. Osły wyszczerzyły zęby niczym psy i powarkiwały groźnie.
– Ejże, zostaw! – wrzasnął jeden z mężczyzn, spychając Malloya ramieniem na bok.
– Kościół jest domem bożym, to czysta, nieskalana ziemia, nie można tu trzymać osłów! – protestował pastor.
– Ty fałszywy zamorski diable – odezwał się blady mężczyzna o sinych wargach – moja babka mówiła, że ten człowiek – tu pokazał palcem Jezusa z daktylowego drewna – urodził się w stajni, a osioł to przecież bliski krewniak konia… Wasz bóg na pewno ma dług wdzięczności wobec koni, więc nie powinien mieć nic przeciwko towarzystwu osłów. Skoro stajnia może być izbą porodową, to czemu by nie urządzić w kościele oślej stajni? – Dumny ze swojego wywodu, patrzył na Malloya z zadowolonym uśmieszkiem.
Pastor zrobił na piersi znak krzyża.
– Panie… – zapłakał – o Panie, ukarz tych złych ludzi, ześlij na nich pioruny, jadowite węże, albo niech zginą od japońskich granatów!
– Ty zdradziecki psie! – warknął „krzywa warga" i wymierzył Malloyowi siarczysty policzek, a przynajmniej taki miał zamiar, lecz jego dłoń trafiła pastora prosto w orli nos.
Buchnęła świeża krew, uderzony wrzasnął boleśnie, po czym wzniósł ramiona do Chrystusa na krzyżu.
– Panie, Boże wszechmogący! – wykrzyknął.
Członkowie drużyny zadarli głowy i popatrzyli na pokryte kurzem i ptasimi odchodami drewniane ciało, po czym zwrócili spojrzenia ku zakrwawionej twarzy Malloya. W końcu ich wzrok zaczął błądzić po ciele mojej matki, pokrytym lepkimi śladami, jakby spacerowały po nim stada ślimaków. Mężczyzna, który popisywał się wcześniej wiedzą na temat okoliczności narodzin Chrystusa, wystawił różowy jak noga małża język i oblizał sine wargi. Dwadzieścia osiem osłów tłoczyło się już w kościele, niektóre przechadzały się leniwie, inne czochrały się o mury, sikały albo wyprawiały inne bezeceństwa; kilka obgryzało wapno ze ścian.
– Panie! – jęknął Malloy, lecz Bóg milczał…
Członkowie bandy brutalnie wyrwali mnie i Ósmą Siostrę z objęć matki i rzucili nas między osły. Matka ruszyła za nami jak wilczyca broniąca młodych, lecz mężczyźni ją powstrzymali. Zaczęli ją obmacywać; „krzywa warga" sięgnął łapą w stronę jej piersi. Mężczyzna o sinych ustach odepchnął go zazdrośnie i obiema rękami pochwycił moje białe gołąbki, moje najdroższe tykwy… Matka krzyknęła i wbiła mu paznokcie w twarz, lecz on tylko uśmiechnął się paskudnie i zaczął zdzierać jej ubranie.
To, co wydarzyło się później, na zawsze pozostanie największym koszmarem mojego życia. Podczas gdy w naszym domu Sha Yueliang umizgał się do mojej najstarszej siostry, a Gou San i jego banda chuliganów rozkładali maty i urządzali posłanie we wschodnim skrzydle, pięciu bandziorów, oddelegowanych do pilnowania zwierząt, rzuciło moją matkę na ziemię. Leżąc w samym środku stada osłów, ja i moja siostra płakaliśmy aż do ochrypnięcia. Malloy podskoczył, złapał połowę pękniętego skobla i uderzył nim w głowę jednego z napastników. Inny chwycił broń i strzelił pastorowi w nogi. Rozległ się huk; rój śrutowych kulek wbił się w ciało pastora, rozpryskując w powietrzu krople krwi, wielkie jak perły. Skobel wypadł Malloyowi z ręki; pastor padł na kolana, wpatrując się w zapaskudzoną przez ptaki figurę Jezusa i mamrotał coś w swoim dawno zapomnianym szwedzkim języku. Słowa wyfruwały mu z ust niczym stada motyli. Tymczasem żołnierze po kolei gwałcili moją matkę, a osły kolejno obwąchiwały mnie i Ósmą Siostrę. Ich dźwięczne porykiwania wydostawały się przez sklepienie kościoła na zewnątrz i ulatywały wysoko, w chłodne przestrzenie nieba. Na obliczu drewnianego Jezusa połyskiwały krople potu. Członkowie bandy, nasyciwszy swój apetyt, wyrzucili matkę, starszą siostrę i mnie na ulicę. Osły pognały za nami, ale rozbiegły się od razu, zwietrzywszy zapach oślicy. Gdy żołnierze poszli po osły, pastor, powłócząc nogami dziurawymi jak gniazda os, popełzł po stopniach wytartych przez niezliczone kroki własnych stóp na szczyt dzwonnicy. Opierając się rękami o parapet, podniósł się i wyjrzał przez dziurawe kolorowe szyby. Zobaczył panoramę wsi Dalan w Północno-Wschodnim Gaomi – miejsca, gdzie spędził kilkadziesiąt lat życia, pozostawiając niezliczone ślady swojej obecności. Patrzył na równe szeregi zagród i krytych strzechami domostw, jasnoszare szerokie alejki, zielone, gęste korony drzew, przypominające obłoki szmaragdowej mgły, rzeki i strumienie, wijące się wśród wiejskich zabudowań, lustrzaną taflę jeziora, bujne zarośla trzcin, sadzawki obrośnięte kępami traw, czerwonawe bagna – ogrody dzikiego ptactwa, na daleki krajobraz, rozpięty między niebem a ziemią, niczym ogromny pejzaż namalowany na zwoju, złotą sylwetkę grzbietu górskiego, zwanego Leżącym Bykiem, na piaszczyste, porośnięte soforami wzgórza. Opuścił głowę i spojrzał w dół, na ulicę, gdzie leżała Shangguan Lu w towarzystwie dwojga płaczących dzieci; z nagim brzuchem przypominała wyrzuconą na brzeg rybę. Ogromny smutek wezbrał mu w sercu, łzy zamgliły spojrzenie. Umoczył palec we krwi sączącej się z ran i napisał na jasnoszarej ścianie dzwonnicy cztery ideogramy: