Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 185
Перейти на страницу:

– Tu będzie główna kwatera drużyny Czarnych Osłów – oznajmił zdecydowanym tonem.

– Shangguan Laidi, gdzie twoja matka? – spytał Yao Si.

Nie czekając na odpowiedź dziewczyny, Sha Yueliang odprawił Yao Si ruchem ręki. Podszedł do beczki, patrząc na moją siostrę, a ona patrzyła na niego.

– Poznajesz mnie, młodsza siostrzyczko? – zapytał.

Laidi spuściła głowę, jej policzki przysłoniły dwie różowe chmury. Odwróciła się i wbiegła do domu. Po piątym dniu piątego miesiąca moje starsze siostry przeniosły się do dawnej izby Shangguan Lü i Shangguana Fulu. Izba we wschodnim skrzydle, w której poprzednio mieszkały, służyła teraz jako magazyn zboża – przechowywano w niej trzydzieści sześć shi [12] prosa. Sha Yueliang poszedł za moją siostrą do izby, w której pozostałe sześć dziewcząt jeszcze spało na kangu.

– Nie bójcie się – rzekł z przyjaznym uśmiechem. – Jesteśmy partyzantami, walczymy z Japończykami i nie krzywdzimy zwykłych ludzi. Widziałaś, jak walczyliśmy – to była bohaterska walka, zajadła i tragiczna, zapamiętają ją przyszłe pokolenia. Nadejdzie dzień, kiedy ludzie będą opiewać nasze czyny…

Siostra spuściła głowę, bawiąc się warkoczem. Przypomniała sobie burzliwe wydarzenia piątego dnia piątego miesiąca i obraz mężczyzny, który skrawek po skrawku zdzierał z siebie resztki podartego munduru, stanął jej przed oczami.

– Młodsza siostrzyczko – nie, teraz już starsza siostrzyczko! Nasze spotkanie nie było przypadkowe! – oznajmił uroczyście i wyszedł z izby.

Siostra odprowadziła go do drzwi i obserwowała, jak wchodzi do pomieszczeń wschodniego, a potem zachodniego skrzydła domu. Wystraszywszy się spojrzenia zielonych oczu Shangguan Lü, wycofał się pośpiesznie z zachodniej izby, zasłaniając rękami nos.

– Ułóżcie to zboże w stertę pod ścianą i zróbcie tu trochę miejsca, urządźcie mi jakieś posłanie – polecił swoim podwładnym.

Siostra, opierając się o framugę, obserwowała poczynania tego przygarbionego, smagłego, chudego mężczyzny, który przypominał uderzone piorunem drzewo sofory.

– Gdzie twój ojciec? – zapytał.

– Piątego dnia piątego miesiąca jej ojciec został zabity przez japońskich diabłów… znaczy, przez armię cesarską – uprzedził ją gorliwie Yao Si przycupnięty pod ścianą. – Razem z nim zginął także jej dziadek, Shangguan Fulu.

– Jaką znowu armię cesarską?! Japońskie diabły! – wybuchnął Sha Yueliang, tupiąc z wściekłością na znak nienawiści do japońskiej armii. – Siostro, twoja strata jest moją stratą. Cierpienia twoich bliskich, głębokie jak morze przelanej krwi, pomścimy z całą pewnością! Kto teraz jest głową rodziny?

– Shangguan Lu – rzekł Yao Si.

W kościele odbywał się właśnie chrzest mój i Ósmej Siostry. Drzwi mieszkania pastora Malloya otwierały się wprost do wnętrza kościoła; na ścianach wisiały wyblakłe olejne obrazy, przedstawiające nagie uskrzydlone niemowlęta, pulchne niczym wielkie słodkie ziemniaki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to anioły. Na końcu sali stało zbudowane z cegieł podwyższenie, a za nim wisiała rzeźba z ciężkiego, twardego drewna daktylowca, przedstawiająca mężczyznę – czy to z powodu marnych umiejętności rzeźbiarza, czy też dużej twardości drewna figura słabo przypominała prawdziwą męską postać. Dużo później dowiedziałem się, że to Jezus Chrystus, wielki bohater i święty. W sali stało w nieładzie kilkanaście ławek, pokrytych kurzem i ptasimi odchodami. Matka weszła do kościoła, trzymając mnie i Ósmą Siostrę w ramionach. Wystraszone stadko wróbli poderwało się w powietrze; ptaszki obijały się o okna. Główne wrota kościoła wychodziły na ulicę – przez szczeliny w drzwiach matka dostrzegła zbite stado czarnych osłów.

Pastor Malloy trzymał drewnianą misę, wypełnioną ciepłą wodą, w której pływała gąbka z luffy. Znad misy unosiła się para, a pastor, przymykając oczy, zgięty pod ciężarem naczynia, szedł, wyciągając szyję i niepewnie macając stopami grunt. Zachwiał się, woda ochlapała mu twarz, lecz mimo to odzyskał równowagę. W końcu udało mu się postawić chrzcielną misę na podwyższeniu.

Matka zbliżyła się, trzymając nas w ramionach. Malloy wziął najpierw mnie i włożył do misy. Dotknąwszy stopami wody, podkurczyłem nóżki; mój płacz rozległ się echem w ponurym, pustym wnętrzu kościoła. Pod belkami sklepienia znajdowały się liczne jaskółcze gniazda, a w nich – pisklęta, które wystawiały główki przez otwory i obserwowały mnie czarnymi oczkami, podczas gdy ich rodzice wylatywali i wlatywali do kościoła przez porozbijane okna, przynosząc im w dzióbkach robaki. Malloy zwrócił mnie matce, a następnie ukląkł i jął mieszać wielką dłonią wodę w misie. Wiszący za podwyższeniem Jezus z daktylowego drewna przyglądał się nam z miłością; anioły goniły wróble, które fruwały od jednej belki sklepienia do drugiej, od ściany wschodniej do zachodniej i wokół drewnianych krętych schodów, prowadzących na zrujnowaną dzwonnicę, aż wreszcie przysiadły pod ścianami, by odpocząć. Przezroczyste krople potu lśniły na gładkich pośladkach aniołów. Woda pluskała w misie, pośrodku tworzył się wklęsły wir. Malloy sprawdził ręką temperaturę.

– Już się ochłodziła. Możesz go włożyć.

Rozebrali mnie do naga. Dzięki obfitości odżywczego mleka matki byłem pulchnym niemowlęciem o bardzo jasnej skórze. Gdyby tylko moja płaczliwa mina zamieniła się w zagniewaną albo gdybym uśmiechnął się łaskawie, a na plecach wyrosłyby mi skrzydełka, z pewnością zostałbym aniołem, a tłuste niemowlaki na ścianach stałyby się moimi braćmi. Gdy matka włożyła mnie do misy, natychmiast przestałem płakać – w ciepłej wodzie czułem się doskonale. Usiadłem w samym środku naczynia i zacząłem uderzać rączkami w wodę, gaworząc radośnie. Malloy wyłowił z wody swój miedziany krucyfiks i przyłożył mi do czółka, mówiąc:

– Od tej chwili stałeś się jednym z ukochanych dzieci Boga. Alleluja!

Pastor ujął nasiąkniętą wodą gąbkę i ścisnął ją nad moją głową.

– Alleluja! – powtarzała matka. – Alleluja!

Święcona woda lała się na moją główkę, a ja śmiałem się radośnie. Mama promieniowała wdzięcznością. Włożyła do misy Ósmą Siostrę i zaczęła delikatnie obmywać nasze ciałka gąbką, a pastor polewał nam główki czerpakiem z tykwy. Za każdym razem, gdy kolejna porcja wody spływała po moim ciele, śmiałem się wesoło, a siostra wydawała kilka płaczliwych okrzyków protestu. Chwytałem moją małą, mizerną starszą siostrzyczkę niezdarnymi rączkami.

– Oboje jeszcze nie mają imion – przypomniała mama. – Wybierz im jakieś.

– To poważna sprawa, daj mi więcej czasu do namysłu – rzekł pastor, odkładając gąbkę.

– Teściowa mówiła, że jeśli urodzę syna, powinnam go nazwać Shangguan Gou'er, czyli Piesek – podobno chłopcy o skromnych imionach lepiej się chowają – powiedziała matka.

Pastor Malloy pokręcił głową z dezaprobatą.

– Nie, nie, żadnych psów ani kotów, to nie tylko przeciwne boskiemu porządkowi, ale i naukom Konfucjusza – przecież mistrz powiedział, że jeśli nazwy nie są właściwe, język nie mówi prawdy.

– Mam pomysł – oznajmiła matka. – Jak myślisz, może by go nazwać Amen, Shangguan Amen?

– Jeszcze gorzej – zaśmiał się pastor. – Nic już nie mów, pozwól mi pomyśleć.

вернуться

[12] Shi – tradycyjna jednostka wagi, równa ok. 60 kg.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)