Wielki Diament. Tom I
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Wielki Diament. Tom I». Краткое содержание книги:
– Nie – uparł się hrabia. – Ja proszę, żeby pan sobie wyobraził skromną, urzędniczą egzystencję w Paryżu. Taką za dwa tysiące rocznie. Niech pan wysili wyobraźnię i odpowie uczciwie.
Wicehrabia milczał długą chwilę, popijając wino, wpatrzony gdzieś w dal. Widział dwa obrazy. Jeden, całkiem znośny, zawierał w sobie samotnego młodego człowieka, który żywił się na proszonych obiadach i kolacjach, owe dwa tysiące zaś wystarczały mu na uzupełnienie stroju, i drugi, zgoła potworny, tego samego człowieka, obarczonego rodziną, z zaniedbaną, znękaną żoną i źle odżywionymi dziećmi…
– Spróbowałbym coś zrobić – oznajmił wreszcie z zaciętością. – Zdaje się, że mam czynny charakter. Może zaoszczędziłbym sto franków i ruszył na giełdę, a może zostałbym włamywaczem i rozbójnikiem. Gdyby moja żona wyglądała na istotę szczęśliwą, zniósłbym to łatwiej, ale tym bardziej próbowałbym coś zrobić, jeszcze nie wiem co. Wbrew pozorom, nie jestem idiotą zupełnym i chyba bym coś wymyślił.
– A, powiedzmy, przy dochodzie stu tysięcy… Wicehrabia spojrzał na hrabiego z wyraźnym niepokojem i zdumieniem.
– Pan żartuje. Przecież to jest normalny dochód ludzi, dobrze… no, średnio, sytuowanych…
– Można go trwonić.
– Za nic! Przenigdy! Za dobrze to znam, złożyłem sobie przysięgę, ślubowałem! W przypływach optymizmu zdążyłem to sobie obmyślić, podniósłbym Noirmont! Własne konie, własne wino, własne owoce, jarzyny, ryby, mięso… O nie, drugi raz nie wygłupię się tak potwornie…!
Hrabia Dębski pojął, że słyszy prawdę. Podjął decyzję. Reszta zależała od Klementyny.
W tym właśnie momencie Klementyna wróciła do domu. Rozogniony i ogłuszony całą rozmową wicehrabia de Noirmont zgłupiał do tego stopnia, że nie bacząc na obecność ewentualnego przyszłego teścia, zerwał się z fotela i padł przed nią na kolana.
– Wybacz, pani! – wykrzyknął rozpaczliwie. – Kocham cię do szaleństwa! Nie mam do tego prawa, nie mam nic, jeśli zgodzisz się zostać moją żoną, nie wiem, co zrobię!
Zaskoczona nieco Klementyna rzuciła okiem na ojca, który z wysiłkiem tłumił wyraźnie widoczne rozbawienie.
– Myślę, że załatwisz pan sprawę ślubu – odparła mimo woli, na co hrabia Dębski zerwał się i uciekł do gabinetu, nie mogąc dłużej powstrzymać śmiechu.
Wicehrabia de Noirmont omal nie zemdlał, ale piorunujące szczęście dodało mu sił. Rzetelnie ogłuszyła go dopiero informacja, iż bierze sobie bogatą żonę, a zatem nastąpił zwyczajny cud.
Pieniądze Klementyny pozwoliły mu wreszcie odczepić się od diamentu. Kryjówkę dla podejrzanej drogocenności wymyślił od razu i nie musiał już zaprzątać sobie nią głowy. Uczynił to, z czego wcześniej zrezygnowała Arabella.
Pierwszą wizytę u rodziców, do których czym prędzej przybył, żeby zawiadomić ich o matrymonialnym sukcesie, wykorzystał na pracę niszczycielską. Znalazł w bibliotece grube dzieło, traktujące o polowaniu z sokołami i tresurze dzikiego ptactwa, i w samym środku książki wyciął dziurę odpowiedniego rozmiaru. Kartki wokół dziury lekko pomazał klejem, wyłącznie na wszelki wypadek, bo nie przypuszczał, żeby ktokolwiek mógł się zainteresować tematem, raczej mało aktualnym. Sokołów w okolicy nie było nawet na lekarstwo, zaś amatorzy tej rozrywki jakoś już dawno przepadli. Po czym o klejnocie prawie zapomniał.
Wojna z Prusami, szczęśliwym przypadkiem, ominęła całą rodzinę.
Klementyna z małżonkiem oraz dwójką dzieci bawiła w Polsce, gdzie dogorywała babcia, stara hrabina Dębska. Hrabia Dębski przybyć do matki nie mógł, ponieważ zlekceważył sobie wcześniej właściwe starania i wciąż znajdował się na indeksie, dla władz w kraju będąc wyłącznie kandydatem na Sybir. Stara hrabina miała dość rozumu, żeby syna z polskich dóbr wydziedziczyć i jedyną spadkobierczynią ustanowić Klementynę, hrabiemu zaś przykazała udać się do Anglii w celu przypilnowania tamtejszych majętności.
Wicehrabia, obecnie, po śmierci ojca, już hrabia de Noirmont, wcale nie pchał się do osobistego udziału w działaniach wojennych i chętnie siedział w ojczyźnie żony, nawiązując liczne znajomości i zażywając sielskich rozrywek. Zważywszy brak przesądów klasowych i lekkie skłonności demokratyczne, bez oporu poznawał najrozmaitszych ludzi, aż trafił na niejakiego pana Władysława Krepla, szlifierza diamentów i jubilera w jednej osobie.
Pan Krepel przed kilkunastu laty, jeszcze jako młody człowiek, wysłany został przez własnego rozumnego ojca w zagraniczne wojaże w celach szkoleniowych i dwa lata spędził w Amsterdamie, a dwa w Londynie. Trafił tam akurat na diamentową aferę, która go żywo zainteresowała. Napomknął o niej teraz francuskiemu hrabiemu przy okazji prezentowania rozmaitych precjozów.
Pogawędka na ten temat z miejsca rozkwitła bujnie, bo francuski hrabia okazał żywe zainteresowanie. Pan Krepel, świadek nie tknięty żadnymi podejrzeniami, mógł sobie pozwalać na wszelkie dywagacje i z wielkim zadowoleniem wyciągnął nawet swoje własne listy, pisane wówczas do ojca, zawierające wszystkie szczegóły.
– O, proszę – rzekł z zadowoleniem, wertując korespondencję – to był sir Henry Meadows, ten się znał na rzeczy! W jego firmie praktykowałem pół roku. Osobiście ze mną rozmawiał, bo nie byłem w końcu chłopcem na posyłki, mój ojciec liczył się na rynku, no i od niego samego wiem, że przedmiot sporu istniał z pewnością. Widział go radża… radża Kharagpuru w dzieciństwie, no i ten pułkownik-samobójca, także kapłani zaświadczali. Sir Meadows kontaktował się z policją, był pewien, że nastąpiła tam kradzież i twierdził stanowczo, iż diament znalazł się w Anglii…
Hrabiemu de Noirmont zrobiło się w tym momencie trochę gorąco, bo przypomniał sobie, że przecież Marietta przyjechała z Anglii…
– Mnie to ciekawiło także ze względów fachowych – ciągnął pan Krepel. – Sądząc z opisu, ten diament aż się prosił o przecięcie. Można było uzyskać z niego szalenie rzadką rzecz, mianowicie dwa identyczne kamienie olbrzymiej wielkości. Czegoś takiego nie zawierał nawet ów słynny naszyjnik Marii Antoniny. I nie płaskie, proszę zauważyć, on podobno stanowi bryłę…
O tym, że diament stanowi bryłę, hrabia de Noirmont wiedział lepiej niż ktokolwiek inny.
– … a fakt, że nie wypłynął, że do tej pory znajduje się gdzieś w ukryciu, najlepiej świadczy o nielegalności posiadania…
Nie przyznając się ani słówkiem do osobistego udziału w karygodnym przedsięwzięciu, hrabia de Noirmont, z lekkimi wypiekami na twarzy, chciwie wysłuchał całej opowieści i nawet poczynił sobie notatki. Zachwycony wzbudzonym zaciekawieniem i dumny ze swej wiedzy, pan Krepel z radością służył szczegółami. Nie krył przekonania, że sir Meadows jeszcze żyje, bo dla dobrze zakonserwowanego Anglika sześćdziesiątka to nie wiek, bez wątpienia żyje też młodszy od niego inspektor policji, a już na pewno pełnią zdrowia cieszy się lady Arabella Blackhill, wdowa po samobójcy. Też była w Indiach w tamtym czasie.
Rezultatem tej sensacyjnej pogawędki był list hrabiego do przebywającego w Anglii teścia. Wysyłając ten list osobiście i nie mając najbledszego pojęcia o filatelistyce i przyszłym zbieractwie, hrabia przylepił na kopercie znaczki po dziesięć kopiejek, cięte, bez ząbków. Do głowy mu nie przyszło, bo i skąd, że ta właśnie drobnostka pozwoli jego potomkom odnaleźć kiedyś bezcenny skarb, pomijając już to, że w tej akurat chwili swoich potomków miał już głęboko w nosie.
W liście, podając zapamiętane i zanotowane szczegóły afery, poprosił hrabiego Dębskiego o kontakt bezpośredni z wymienionymi osobami i zdobycie szerszego zakresu wiedzy o wydarzeniach i plotkach. Prośbę umotywował zwyczajnym zaciekawieniem sensacją.