Tajemnica Kaszlącego Smoka
- Автор: Hitchcock Alfred
- Язык: польский
- Жанр: Другие приключения
Электронная книга - «Tajemnica Kaszlącego Smoka». Краткое содержание книги:
– Rzeczywiście, wspominał nam o tych swoich filmowych potworach – powiedział Jupiter – ale widocznie nie spodziewał się mimo to zobaczyć smoka na plaży pod swoim domem. Dziękuję panu za telefon. Myślę, że powinniśmy raczej zdać raport o postępach dochodzenia panu Allenowi. Zadzwonię później do niego.
– Nie ma takiej potrzeby – stwierdził niespodziewanie pan Hitchcock. – Mam go tu właśnie na innej linii. Zadzwonił do mnie przed chwilą, aby mi powiedzieć, że zrobiliście na nim duże wrażenie. Poczekaj chwilkę, zaraz przełączę go na twoją linię. Mam nadzieję, że poradzę sobie z tymi przyciskami w mojej centralce.
Przez chwilę telefon milczał, potem ozwało się ciche kliknięcie, wreszcie chłopcy usłyszeli głos starego reżysera.
– Halo, czy mówię z Jupiterem Jonesem?
– Tak, proszę pana. Przykro mi, że do tej pory nie wpadliśmy na ślad pańskiego psa. Ale nie poddajemy się jeszcze.
– Zuch z ciebie – powiedział pan Allen. – W gruncie rzeczy nie spodziewałem się wyjaśnienia sprawy tak prędko. Może mojego psa złapał po prostu jakiś nieznajomy i zabrał ze sobą. Jak ci mówiłem, piesek jest bardzo łagodny i nie boi się obcych.
– Wzięliśmy pod uwagę taką możliwość – powiedział Jupiter. – Czy znalazł się może któryś z zaginionych psów pana sąsiadów?
– Nie – odparł pan Allen. – Domyślam się, dokąd zmierzasz, młodzieńcze. Dziwny zbieg okoliczności, prawda? Że wszystkie te psy znikły mniej więcej w tym samym czasie.
– Tak – powiedział Jupiter.
– Czy rozmawialiście z którymś z moich sąsiadów?
– Tylko z tymi, którzy, jak pan wspomniał, nie mieli psów. Z panem Carterem i z panem Shelbym.
– Czy powiedzieli wam coś ciekawego?
– Ma pan dość niezwykłych sąsiadów, panie Allen – stwierdził Jupiter. – Pan Carter był bardzo zły, że mu przeszkadzamy, i postraszył nas strzelbą. On nie lubi psów. Zdaje się, że za często biegały po jego ogrodzie. Dał nam do zrozumienia, że jest gotów je powybijać.
Pan Allen roześmiał się.
– To tylko przechwałki. Carter robi zawsze dużo szumu. Ale nie przypuszczam, aby posunął się do tego, żeby strzelać do bezbronnego zwierzęcia. A jak wam poszło z moim przyjacielem Shelbym?
– Nieźle – odparł Jupe. – Pan Shelby był bardziej uprzejmy, ale tylko trochę. Znalazł inny sposób, żeby nas przestraszyć.
Stary reżyser roześmiał się znowu.
– Ach, masz na myśli urządzenia przed jego domem, zainstalowane w celu odpędzania domokrążców i innych nieproszonych gości? Powinienem był was uprzedzić, że Arthur Shelby jest wielkim kawalarzem.
– Powiedz mu, że sami się tego domyśliliśmy – szepnął Bob.
– Być może Shelby próbuje dać mi w ten sposób do zrozumienia, że nie jestem jedynym człowiekiem w tych stronach, który umie straszyć ludzi – ciągnął pan Allen. – Oglądał pewno horrory, które nakręciłem dawno temu, i chce mi się zrewanżować tym samym. – Przez chwilę chichotał do słuchawki. – I w rzeczy samej, to jego specyficzne poczucie humoru kosztowało go kiedyś utratę zamówienia ze strony miasta na poważne prace. Ojcowie miasta nie docenili tej cechy jego charakteru.
Jupiter popatrzył znacząco na swych przyjaciół. Obaj przysunęli się, aby lepiej słyszeć rozmowę.
– A co takiego się stało? – spytał Jupe, starając się mówić obojętnym tonem.
– Miało to miejsce kilka lat temu – powiedział pan Allen. – Shelby jest inżynierem. Współpracował z miejskim Biurem Planowania. Można by powiedzieć, znał od podszewki wszystkie sprawy w tym mieście. Pewnego dnia postanowił wykorzystać tę wiedzę.
– W jaki sposób? Co takiego zrobił?
Pan Allen zachichotał.
– Wydarzyło się to w dniu jego urodzin. Shelby postanowił zażartować sobie w ten sposób. Właściwie nie stało się nic wielkiego. Wyłączył tylko jednocześnie wszystkie światła na skrzyżowaniach. Powiedział potem, że chciał mieć tort urodzinowy bez świeczek. Nie muszę chyba mówić o tym, że ruch w całym mieście został całkowicie sparaliżowany. Przedsiębiorcy spóźniali się na posiedzenia, wszyscy przyjechali z opóźnieniem do pracy i później wrócili do domu.
Było to tylko czasowe wyłączenie, trwające parę godzin. Ale wzbudziło wielkie oburzenie, że coś takiego mogło się wydarzyć w naszym ruchliwym, nowoczesnym mieście. Mnóstwo ważnych osobistości rozgniewało się nie na żarty. Postanowiono znaleźć winnego. Dziwna rzecz, ale Shelby przyznał się. Oświadczył, że chciał w ten sposób uczcić swoje urodziny – po prostu dla żartu.
– W jaki sposób go ukarano? – zapytał Jupiter.
– Został zwolniony, to jasne. Zabezpieczono się też, aby już nigdy nie mógł zatrudnić się w miejskich służbach. Znalazł się w podobnej sytuacji, jak ja, to znaczy człowieka pozbawionego środków utrzymania.
– Chce pan powiedzieć, że nie jest w stanie zarobić na życie? – zapytał Jupiter.
– W każdym razie nie było mu łatwo – przyznał staruszek. – Czasami wykonuje jakieś prace dla handlowych firm, potrzebujących reklamy. Elektryczne tablice świetlne, które pracują w bardzo wymyślny sposób. Tego rodzaju rzeczy. Ale niezbyt często. Do tej pory, jak widzisz, płaci za tamten żart.
– A jeżeli chodzi o pochód w czasie Święta Róży? – zapytał Jupiter. – Czy pan Shelby przygotowywał im kiedykolwiek te ruchome platformy?
Zapadła krótka cisza. Po chwili pan Allen zaczął znowu mówić, lekko się wahając.
– Nic mi o tym nie wiadomo. To są zresztą konstrukcje z kwiatów. A Shelby sporządza raczej różne mechanizmy. Poza tym ci, którzy organizują wielkie pochody, traktują to bardzo poważnie. Mnóstwo ludzi kupuje bilety na miejsca na trybunach, żeby obejrzeć barwny korowód w Pasadenie, który jest pokazywany w telewizji. Nie, młody człowieku, bardzo wątpię, aby ktoś o ustalonej opinii żartownisia został zatrudniony przy tego rodzaju imprezach.
– Szkoda – powiedział Jupiter. – No cóż, w każdym razie pan Shelby sporządza mnóstwo takich rzeczy dla własnej rozrywki. Powiada, że nikomu nie robią one krzywdy.
– Niektórzy nie lubią tego rodzaju figlów, mój chłopcze. Uważają to za przejaw prostactwa. A więc, do widzenia…
– Chwileczkę, jeszcze tylko jedno pytanie – powiedział Jupiter. – Chodzi o smoka, którego widział pan tamtego wieczoru. Czy jest pan pewien, że słyszał pan jego kasłanie?
– Z całą pewnością – odparł reżyser. – Brzmiało to tak, jakby ten smok kasłał.
– I oglądał go pan ze szczytu skarpy przed pana domem, jak wchodził do jaskini?
– Tak, synku. Jestem tego pewien. Było wprawdzie późno, ale mimo braku sponsorów i zamówień na filmy w ostatnich latach, nie utraciłem jeszcze władz umysłowych. A jeśli chodzi o oczy, to nadal widzę wystarczająco dobrze.
– Dziękuję panu, panie Allen. Będziemy w kontakcie z panem.
Jupiter odłożył słuchawkę, a potem odwrócił się do kolegów.
– No i co powiecie? – zapytał. Bob i Pete wzruszyli ramionami.
– Dowiedzieliśmy się, że Shelby jest kimś w rodzaju błazna czy żartownisia – powiedział Pete. – I bez pomocy pana Allena mógłbym dojść do takiego samego wniosku. Ten ptak przestraszył mnie tak samo, jak smok w jaskini.