Miasto i miasto [The City & The City - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-556-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Miasto i miasto [The City & The City - pl]». Краткое содержание книги:
Gdy w ponurym, chylącym się ku upadkowi mieście Besźel położonym gdzieś na skraju Europy znaleziono ciało zamordowanej kobiety, wydawało się, że inspektora Tyadora Borlú z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni czeka kolejna rutynowa sprawa. W miarę postępów śledztwa Borlú odkrywa jednak dowody wskazujące na spiski znacznie dziwniejsze i groźniejsze niż wszystko, co mógłby sobie wyobrazić. Wkrótce inspektorowi i bliskim mu ludziom zaczyna grozić niebezpieczeostwo. Borlú musi przekroczyć granicę niepodobną do żadnej innej i wyruszyć do jedynego miasta na Ziemi, które jest równie dziwne jak to, w którym mieszka…
Powieść nagrodzona „Arthur C. Clarke Award 2010” oraz „Hugo Award 2010”.
Hala Łącznikowa jest jak szyjka klepsydry, punkt wejścia i wyjścia, pępowina łącząca ze sobą miasta. Cały gmach ma kształt leja przepuszczającego gości z jednego państwa do drugiego.
Istnieją miejsca, w których nie ma przeplotu, ale na teren Besźel wdziera się wąski pasek Ul Qomy. Pamiętam z dzieciństwa, że wszyscy skrzętnie przeoczaliśmy Ul Qomę, czego nieustannie uczyli nas rodzice i nauczyciele — ostentacja, z jaką my i nasi ulqomańscy rówieśnicy przeoczaliśmy się nawzajem, gdy byliśmy grostopicznie blisko siebie, mogła budzić podziw. Rzucaliśmy kamieniami nad alteracją, omijaliśmy ją, nadkładając drogi przez Besźel, podnosiliśmy je i debatowaliśmy, czy zrobiliśmy coś złego. Rzecz jasna Przekroczeniówka nigdy się nie objawiła. Podobnie postępowaliśmy z miejscowymi jaszczurkami. Kiedy je podnosiliśmy, zawsze były martwe, i mówiliśmy, że zabiła je krótka powietrzna podróż przez Ul Qomę, choć zapewne winne było lądowanie.
— To wkrótce przestanie być nasz problem — zapewniłem, przyglądając się grupce ulqomańskich turystów wchodzących na obszar Besźel. — Mówię o Mahalii. O Byeli. Fulanie N.N.
Rozdział siódmy
Lot do Besźel ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych wymaga w najlepszym razie jednej przesiadki. Wszyscy wiedzą, że trudno się do nas dostać. Besźel ma bezpośrednie połączenia lotnicze z Budapesztem, Skopje i Atenami. Dla Amerykanów zapewne najlepsza jest ta ostatnia opcja. Formalnie rzecz biorąc, dotrzeć do Ul Qomy byłoby im jeszcze trudniej, z uwagi na blokadę, ale wystarczyłoby pojechać do Kanady, skąd mogliby polecieć bezpośrednio. W Nowym Wilku obsługiwanych jest znacznie więcej międzynarodowych połączeń lotniczych.
Państwo Geary mieli jednak przylecieć na lotnisko Besźel Halvic, o dziesiątej rano. Kazałem Corwi zawiadomić ich telefonicznie o śmierci córki. Zapewniłem, że sam ich zawiozę do kostnicy, by mogli zobaczyć ciało, ale powiedziałem, że może mi towarzyszyć, jeśli chce. Chciała.
Przybyliśmy na besźańskie lotnisko wcześniej, na wypadek gdyby samolot przyleciał przed terminem, i usiedliśmy napić się kiepskiej kawy w miejscowym odpowiedniku Starbucksa. Zapytałem ją, czy była kiedyś za granicą.
— Pewnie — odparła. — W Rumunii i w Bułgarii.
— A w Turcji?
— Nie. A ty?
— Byłem. W Londynie i w Moskwie też. W Paryżu tylko raz, dawno temu. W Berlinie tak samo. To był wtedy Berlin Zachodni, nim jeszcze się połączyły.
— W Berlinie? — powtórzyła.
Ruch na lotnisku nie był zbyt duży. Większość pasażerów wyglądała na wracających do domu besźan. Widziało się też garstkę turystów oraz handlowców z Europy Wschodniej. Trudno jest być turystą w Besźel albo Ul Qomie — w ilu miejscach na świecie urządza się egzaminy dla wszystkich, którzy pragną je odwiedzić? — lecz na odnowionym ulqomańskim lotnisku widuje się znacznie więcej ludzi. Nigdy tam nie byłem, ale widziałem je w telewizji. Leży około dwudziestu pięciu kilometrów na południowy zachód od Lestov, po drugiej stronie zatoki Bulkya, i przylatuje tam o wiele więcej pasażerów, mimo że Ul Qoma stawia gościom równie surowe wymagania jak my. Rozbudowano je przed kilkoma laty. Po paru miesiącach intensywnych prac przerodziło się z nieco mniejszego od naszego terminalu w znacznie od niego większe. Z lotu ptaka jego terminale wyglądały jak połączone ze sobą półksiężyce zbudowane z luster. Zaprojektował je Foster albo ktoś o podobnym stylu.
Grupkę cudzoziemskich ortodoksyjnych Żydów przywitali — sądząc po stroju — znacznie mniej pobożni miejscowi kuzyni. Gruby pracownik ochrony podrapał się po podbródku, zdejmując rękę z pistoletu. Wśród pasażerów można było wypatrzyć paru menedżerów w budzących szacunek garniturach, przedstawiciela naszych nowych, sypiących złotem przyjaciół, specjalizujących się w zaawansowanych technologiach korporacji, niekiedy nawet amerykańskich. Po drugiej stronie stali kierowcy z tabliczkami informującymi, że czekają na członków rad nadzorczych firm Sear & Core, Shadner i VerTech — tych, którzy nie przylecieli tu własnymi samolotami albo helikopterami lądującymi na prywatnych lądowiskach. Corwi zauważyła, że czytam napisy na tabliczkach.
— Kurwa, po co ktokolwiek miałby tu inwestować? — zdziwiła się. — Myślisz, że pamiętają, kiedy się na to zgodzili? Rząd z pewnością podaje im rohypnol na tych fetach.
— To typowy besźański defetyzm, posterunkowa. To właśnie jest przyczyna niepowodzeń naszego kraju. Posłowie Buric, Nyisemu i Syedr znakomicie wypełniają zadania, które im powierzyliśmy.
Buric i Nyisemu mieli sens, ale było zdumiewające, że Syedr zdołał się dostać na listę organizatorów targów handlowych. To była czysto polityczna nominacja. Czyniło to fakt, że udało się osiągnąć choć niewielkie sukcesy — o czym świadczyła obecność tych gości — jeszcze bardziej zdumiewającym.
— Jasne — mruknęła. — Mówiąc poważnie, przyjrzyj się tym facetom, gdy już przejdą na drugą stronę. Mogłabym przysiąc, że widzę w ich oczach panikę. Widziałeś samochody, którymi obwożą ich po mieście do różnych turystycznych atrakcji, przeplotów i tak dalej? „Zwiedzają miasto”. No pewnie. Biedne sukinsyny szukają drogi ucieczki.
Wskazałem na tablicę. Wylądował nasz samolot.
— Rozmawiałaś z promotorką Mahalii? — zapytałem. — Parę razy próbowałem się do niej dodzwonić, ale bez skutku, a nie chcą mi podać numeru jej komórki.
— Tylko przez krótką chwilę — odparła. — Udało mi się ją złapać w centrum badań znajdującym się na terenie ulqomańskich wykopalisk. Profesor Nancy to ważna figura, ma mnóstwo studentów. Tak czy inaczej, udało mi się potwierdzić, że Mahalia była jedną z nich, ale już od dłuższego czasu nikt jej nie widział i tak dalej, i tak dalej. Powiedziałam jej, że mamy powody, by sądzić kropka, kropka, kropka. Przesłałam jej zdjęcie. Była wstrząśnięta.
— Naprawdę?
— Ehe. Ciągle powtarzała, że Mahalia była świetną studentką i nie potrafi uwierzyć, że coś takiego mogło się stać. No wiesz. Powiedziałeś, że byłeś w Berlinie. To znaczy, że mówisz po niemiecku?
— Kiedyś mówiłem — odparłem. — Ein bisschen.
— A po co tam pojechałeś?
— Byłem młody. To była konferencja poświęcona pracy policji w podzielonych miastach. Urządzono na niej sesje dotyczące Budapesztu, Jerozolimy, Berlina, Besźel i Ul Qomy.
— O kurwa!
— Wiem, wiem. Też tak wtedy zareagowaliśmy. Totalnie nie zrozumieli, w czym rzecz.
— Podzielone miasta? Dziwię się, że akademia pozwoliła ci jechać.
— Wiem. Mało brakowało, by mój bilet umknął, uniesiony wiatrem patriotyzmu innych. Mój promotor powiedział, że to nie tylko brak zrozumienia naszego szczególnego statusu, lecz również zniewaga dla Besźel. Pewnie miał trochę racji. Ale chcieli mi zafundować wycieczkę zagraniczną, więc jak miałem odmówić? Musiałem go jakoś przekonać. Przynajmniej udało mi się po raz pierwszy w życiu spotkać kilkoro ulqoman. Najwyraźniej oni również zdołali stłumić oburzenie. Na jedną z nich natknąłem się w miejscowej dyskotece i podjęliśmy próbę złagodzenia międzynarodowych napięć w rytm 99 Luftballons, jeśli dobrze sobie przypominam.