The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
— Przerwij na chwilę — wskazał ruchem głowy Reynart. - Zmierzają ku nam interesy. Ho, ho, i to nie jedna, lecz dwie winnice! Malatesta, nasz klient, prowadzi konfranta… I konkurenta. Dziw nad dziwy!
— Ten drugi to kto?
— Winnica Pomerol. Ich wino, Côte-de-Blessure, właśnie pijemy.
Malatesta, rządca winnicy Vermentino, dostrzegł ich, pomachał ręką, zbliżył się, prowadząc towarzysza, osobnika z czarnymi wąsikami i bujną czarną brodą, przystającą bardziej zbójcy niż urzędnikowi.
— Panowie pozwolą — przedstawił brodacza Malatesta — pan Alcides Fierabras, rządca winnicy Pomerol.
— Prosim siadać.
— My jeno na chwilę. Do pana wiedźmina względem bestyi z naszych loszków. Z tego, iż waszmościowie tutaj, wnoszę, że już potworzysko ubite?
— Na śmierć.
— Umówiona kwota — zapewnił Malatesta — wpłynie na wasze konto u Cianfanellich najdalej pojutrze. Oj, dzięki wam, panie wiedźminie. Dzięki stokrotne. Tyli loszek, piękny, wysklepiony, ku północy zorientowany, ani za suchy, ani za mokry, rychtyk taki, jak trzeba dla wina, a przez to monstrum plugawe nie dało się korzystać. Widzieliście sami, musielim tamtą całą część piwnic zamurować, ale umiała się i tak bestyja przedostawać… Tfu, tfu, skąd się wzięła, nie zgadnąć… Z piekła chyba samego…
— Jaskinie wypłukane w wulkanicznych tufach zawsze obfitują w potwory — pouczył z mądrą miną Reynart de Bois-Fresnes. Partnerował wiedźminowi już ponad miesiąc, a będąc dobrym słuchaczem zdążył się wiele nauczyć. - Sprawa jasna, gdzie tuf, tam potwora tylko patrz.
— Ano, może i tuf — Malatesta pokosił na niego oczy. - Kimkolwiek on by był, ten tuf. Ale ludzie gadają, że to dlatego, że nasze piwnice z głębokimi pieczarami się pono łączą z samym środkiem ziemi. Wiele u nas takich lochów i jaskiń…
— Choćby pod naszymi piwnicami, żeby daleko nie szukać — odezwała się czarnobroda winnica Pomerol. - Milami się te lochy ciągną, jak i dokąd, nikt nie wie. Ci, co rzecz ową chcieli wyświetlić, nie wrócili. A i potwora straszliwego też tam widziano. Jakoby. Owóż tedy zaproponować chciałbym…
— Domyślam się — rzekł sucho wiedźmin — co chcecie mi zaproponować. I przystaję na propozycję. Spenetruję wasze piwnice. Zapłatę ustalimy wedle tego, na co tam natrafię.
— Nie będzie wam krzywda — zapewnił brodacz. - Hem, hem… Jeszcze jedna rzecz…
— Mówcie, słucham…
— Ów sukkub, co nocami mężów nawiedza i dręczy… Co to go wam jaśnie oświecona księżna pani ubić zleciła… Tuszę, zabijać go nie ma wcale musu. Przecie zmora nikomu nie wadzi, tak po prawdzie… Ot, nawiedzi czasem… Podręczy krzynę…
— Ale jeno pełnoletnich — wtrącił szybko Malatesta.
— Z ust żeście mi, kumie, wyjęli. Tak być, nikomu sukkub nie szkodzi. A ostatnimi czasy to w ogóle słuch jakby o nim przepadł. Wierę, jakby się was, panie wiedźmin, zląkł. Jakiż tedy sens, by go prześladować? Przecie wam, panie, na gotowiźnie nie zbywa. A jeśli wam czego brakuje…
— Na moje konto u Cianfanellich — rzekł z kamienną twarzą Geralt — mogłoby coś wpłynąć. Na wiedźmiński fundusz emerytalny.
— Tak się stanie.
— A sukkubowi włos z blond główki nie spadnie.
— Tedy bywajcie. - Obie winnice wstały. - Ucztujcie w spokoju, nie będziem przeszkadzać. Święto dziś. Tradycja. A u nas, w Toussaint, tradycja…
— Wiem — powiedział Geralt. - Rzecz święta.
Towarzystwo przy sąsiednim stole hałasowało przy kolejnej wróżbie Yule, odprawianej za pomocą kulek ukręconych z miękiszu kołacza i ości ze zjedzonego karpia. Pito przy tym tęgo. Oberżysta i dziewki uwijały się jak w ukropie, biegając z dzbankami.
— Słynny sukkub — zauważył Reynart, dokładając sobie jeszcze kapusty — zapoczątkował wiekopomną serię wiedźmińskich kontraktów, które przyjąłeś w Toussaint. Potem już poszło szybko, a ty opędzić się nie mogłeś od klientów. Ciekawe tylko, że nie pamiętam, która z winnic pierwsza dała ci zlecenie…
— Nie było cię przy tym. To zdarzyło się nazajutrz po audiencji u księżnej. Na której zresztą nie było się zresztą również.
— Nie dziwota. To była prywatna audiencja.
— Ładnie mi prywatna — parsknął Geralt. - Uczestniczyło w niej ze dwadzieścia osób, przy czym nie liczę nieruchomych jak statuły lokajów, małoletnich paziów i znudzonego trefnisia. Wśród tych policzonych był Le Goff, szambelan o aparycji i zapachu cukiernika, było kilku zginających się pod ciężarem złotych łańcuchów wielmożów. Było kilku typków w czerni, rajców, a może sędziów. Był poznany w Caed Myrkvid baron herbu Bycza Głowa. Była, jasna rzecz, Fringilla Vigo, osoba ewidentnie bardzo księżnej bliska.
— I byliśmy my, cała nasza gromadka, wliczając Milvę w stroju męskim. Ha, źle się wyraziłem, mówiąc o całej drużynie. Nie było z nami Jaskra. Jaskier, czy też raczej wicehrabia Jakiś Tam, siedział rozparty w karle po prawicy Jej Ostronosej Miłości Anarietty i puszył się jak paw. Jak prawdziwy faworyt.
— Anarietta, Fringilla i Jaskier były jedynymi osobami, które siedziały. Nikomu więcej usiąść nie pozwolono. A ja i tak byłem zadowolony, że nie kazano mi klęczeć.
Księżna wysłuchała mojej opowieści, rzadko przerywając, na szczęście. Gdy zaś pokrótce zrelacjonowałem wyniki rozmów z druidkami, załamała ręce gestem sugerującym zmartwienie równie szczere, co przesadne. Wiem, że brzmi to jak jakiś cholerny oksymoron, a wierz, Reynart, w jej przypadki tak właśnie było.
— Ach, ach — powiedziała księżna Anna Henrietta, załamawszy ręce. - Srodze nas zmartwiliście, panie Geralcie. Zaprawdę powiadamy wam, żal przepełnia nasze serce.
Pociągnęła ostrym nosem, wyciągnęła dłoń, a Jaskier natychmiast włożył do jej dłoni batystową chusteczkę z monogramem. Księżna musnęła chusteczką oba policzki, tak by nie zetrzeć pudru.
— Ach, ach — powtórzyła. - Zatem druidzi nie wiedzieli nic o Ciri? Nie byli zdolni udzielić wam pomocy? Czyżby zatem cały wasz wysiłek poszedł na marne i nadaremną była wasza droga?
— Nadaremną na pewno nie — odpowiedział z przekonaniem. - Przyznam, że liczyłem na to, że od druidów zdobędę jakieś konkretne informacje lub wskazówki mogące choćby w najogólniejszy sposób wyjaśnić przynajmniej to, czemu Ciri jest obiektem tak zawziętego polowania. Druidzi nie mogli jednak lub nie chcieli mi pomóc, w tym względzie faktycznie nic nie zyskałem. Ale…
Zawiesił na chwilę głos. Nie dla dramatyzmu. Zastanawiał się, na ile może być szczery wobec tego całego audytorium.
— Wiem, że Ciri żyje — powiedział wreszcie sucho. - Prawdopodobnie była ranna. Jest wciąż w niebezpieczeństwie. Ale żyje.
Anna Henrietta westchnęła, znowu użyła chusteczki i uścisnęła ramię Jaskra.
— Przyrzekamy wam — powiedziała — naszą pomoc i poparcie. Gościnę w Toussaint, jak długo zechcecie. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że bywaliśmy w Cintrze, znaliśmy i darzyliśmy przyjaźnią Pavettę, znaliśmy i lubiliśmy malutką Ciri. Całym sercem jesteśmy z wami, panie Geralcie. Jeśli trzeba, będziecie mieli asystę naszych uczonych i astrologów. Otworem stoją przed wami nasze biblioteki i księgozbiory. Musicie, wierzymy w to głęboko, znaleźć jakiś ślad, jakąś wskazówkę czy poszlakę, która wskaże wam właściwą drogę. Nie działajcie pochopnie. Nie musicie się spieszyć. Możecie tu zostać wedle waszej woli, miłym nam jesteście gościem.
— Dziękuję waszej miłości — skłonił się Geralt — za życzliwość i łaskę. Ruszamy jednak w drogę, gry tylko trochę odpoczniemy. Ciri wciąż jest w niebezpieczeństwie. Gdy za długo siedzimy w jednym miejscu, niebezpieczeństwo nie tylko rośnie, ale i zaczyna zagrażać ludziom nam życzliwym. I zwykłym postronnym. Do tego za nic nie chciałbym dopuścić.