The Lady of the Lake [Pani Jeziora]
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #7
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-129-1
- Переводчик: David French
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «The Lady of the Lake [Pani Jeziora]». Краткое содержание книги:
But this is Ciri, the child of prophecy, and she will not be defeated. She knows she must escape to finally rejoin the Witcher, Geralt, and his companions - and also to try to conquer her worst nightmare. Leo Bonhart, the man who chased, wounded and tortured Ciri, is still on her trail. And the world is still at war
— Jaśnie Oświecona Xiężna Anna Henrietta — półgłosem odezwał się ktoś za plecami Geralt, z wysiłkiem zginając obolałe kolano w ceremonialnym ukłonie. Obie, żeby mnie tak szlag trafił, wyglądają równie książęco. Ba, królewsko.
— Wstańcie, panie Geralcie — rozwiała jego wątpliwości ta z misterną kasztanową koafiurą i ostrym nosem. - Witamy was i waszych przyjaciół w Księstwie Toussaint, w pałacu Beauclair. Radzi jesteśmy, mogąc gościć osoby będące w tak szlachetnej misji. Nadto pozostające w przyjaźni z miłym naszemu sercu wicehrabią Julianem.
Jaskier skłonił się głęboko i zamaszyście.
— Wicehrabia — podjęła księżna — wyjawił nam wasze imiona, zdradził charakter waszej wyprawy, powiedział, co przywiodło was do Toussaint. Opowieść ta wzruszyła nasze serce. Radzibyśmy pomówić z wami na prywatnej audiencji, panie Geralcie. Rzecz ta odwlec się musi jednak nieco, albowiem ciążą na nas obowiązki państwowe. Zakończono winobranie, tradycja nakazuje nasz udział w Święcie Kadzi.
Druga kobieta, ta w woalce, nachyliła się ku księżnej i szepnęła coś szybko. Anna Henrietta spojrzała na wiedźmina, uśmiechnęła się, oblizała wargi.
— Wolą naszą jest — podniosła głos — by u boku wicehrabiego Juliana przy Kadzi usłużył nam pan Geralt z Rivii.
Przez grupkę dworzan i rycerzy przeleciał szmer, coś niby szelest uderzonych wiatrem sosen. Księżna Anarietta podarowała wiedźminowi kolejne powłóczyste spojrzenie i wyszła z sali wraz ze swoją towarzyszką i orszakiem paziów.
— Do pioruna — szepnął Rycerz Szachownicy. - A to dopiero! Nielichy spotkał was zaszczyt, panie wiedźmin.
— Nie bardzo pojąłem, w czym rzecz — przyznał się Geralt. - W jakiż to sposób mam usłużyć jej wysokości?
— Jej miłości — poprawił, podchodząc, zażywny jegomość o aparycji cukiernika. - Darujcie, panie, że koryguję, ale w danych cyrkumstancjach muszę to uczynić. My tu, w Toussaint, wielce tradycję i protokół szanujemy. Jestem Sebastian Le Goff, szambelan i marszałek dworu.
— Miło mi.
— Oficjalnym i protokólarnym tytułem pani Anny Henrietty — szambelan nie tylko wyglądał jak cyrulik, ale nawet pachniał lukrem — jest "Jaśnie Oświecona". Nieoficjalnym: "Jej Miłość". Familiarnym, poza dworem: "Xiężna Pani". Ale zwracać należy się zawsze per "Wasza Miłość".
— Dziękuję, zapamiętam. A ta druga niewiasta? Jak ją mam tytułować?
— Jej oficjalny tytuł brzmi: «Czcigodna» — pouczył poważnie szambelan. - Ale zwracanie się per «Pani» jest dopuszczalne. Jest to familiantka księżnej, a zwie się Fringilla Vigo. Zgodnie z wolą Jej Mości jej to właśnie, pani Fringilli, przyjdzie wam usłużyć przy Kadzi.
— A na czym ma polegać ta usługa?
— Nic trudnego. Wnet wam wyjaśnię. Widzicie, my już od lat używamy mechanicznych tłoczni, wszelako tradycja…
Dziedziniec rozbrzmiewał gwarem i fenetycznym piskiem piszczałek, dziką muzyką fletni, zajadłym brzękiem tamburynów. Dookoła ustawionej na podwyższeniu kadzi pląsali i fikali kozły wystrojeni w wieńce skomorochwie i akrobaci. Dziedziniec i krużganki pełne były ludzi — rycerzy, dam, dworaków, bogato odzianych mieszczan.
Szambelan Sebastian Le Goff wzniósł w górę przybraną winoroślą laskę, trzykrotnie stuknął nią o podest.
— Ho, ho! — krzyknął. - Szlachetne panie, panowie i rycerze!
— Ho, ho! — odpowiedział tłum.
— Ho, ho! Oto prastary obyczaj! Niech się darzy winne grono! Ho, ho! Niech dojrzewa w słońcu!
— Ho, ho! Niechaj dojrzewa!
— Ho, ho! Niechaj zgniecione fermentuje! Niechaj nabiera mocy i smaku w beczkach! Niechaj smacznie płynie do pucharów i idzie do głów, na chwałę majestatu, pięknych pań, szlachetnych rycerzy i robotników winnic!
— Ho, ho! Niechaj fermentuje!
— Niechaj wystąpią Piękne!
Z adamaszkowych namiotów po przeciwległych stronach dziedzińca wyłoniły się dwie kobiety — księżna Anna Henrietta i jej czarnowłosa towarzyszka. Obie były szczelnie owinięte w szkarłatne płaszcze.
— Ho, ho! — szambelan uderzył laską. - Niechaj wystąpią Młodzi!
"Młodzi" byli pouczeni, wiedzieli, co mają czynić. Jaskier podszedł do księżnej, Geralt do czarnowłosej. Którą, jak już wiedział, zwano czcigodną Fringillą Vigo.
Obie kobiety jednocześnie odrzuciły płaszcze, a tłum zahuczał gromką owacją. Geralt przełknął ślinę.
Kobiety miały na sobie białe, cieniutkie jak pajęczynka, nie sięgające nawet bioder koszulki na ramiączkach. I ciasno opięte majtki z falbankami. I nic więcej. Nawet biżuterii. Były również bose.
Geralt wziął Fringillę na ręce, a ona dość ochoczo objęła go za szyję. Pachniała nieuchwytnie ambrą i różami. I kobiecością. Była ciepła, a ciepło to przenikało jak grot. Była miękka, a miękkość ta parzyła i drażniła palce.
Donieśli je do kadzi, Geralt Fringillę, Jaskier księżną, pomogli im wejść na uginające się i tryskające sokiem winne grona. Tłum ryknął.
— Ho, ho!
Księżna i Fringilla położyły sobie dłonie na ramionach, dzięki wzajemnemu oparciu łatwiej utrzymując równowagę na gronach, w które zapadały się aż po kolana. Moszcz strzykał i pryskał. Kobiety, obracając się, deptały winne kiście, chichocząc jak podlotki. Fringilla całkiem nieprotokolarnie puściła do wiedźmina oko.
— Ho, ho! — krzyczał tłum. - Ho, ho! Niechaj fermentuje!
Miażdżone grona bryzgały sokiem, mętny moszcz bulgotał i pienił się obficie wokół kolan deptaczek.
Szambelan uderzył laską o deski podestu. Geralt i Jaskier przystąpili, pomogli kobietom wyjść z kadzi. Geralt widział, jak brana na ręce Anarietta ukąsiła Jaskra w ucho, a oczy błyszczały jej niebezpiecznie. Jemu samemu zdawało się, że wargi Fringilli musnęły mu policzek, ale głowy by nie dał, z rozmysłem czy przypadkiem. Moszcz winny pachniał silnie, uderzał do głowy.
Postawił Fringillę na podeście, owinął szkarłatnym płaszczem. Fringilla szybko i mocno uścisnęła jego dłoń.
— Te starodawne tradycje — szepnęła — potrafią być podniecające. Prawda?
— Prawda.
— Dziękuję ci, wiedźminie.
— Cała przyjemność po mojej stronie.
— Nie cała. Zapewniam cię, że nie cała.
— Nalej, Reynart.
Przy sąsiednim stole odprawiano kolejną zimową wróżbę, polegającą na rzucaniu skrojoną w długą spiralną wstęgę skórką jabłka i odgadywaniu inicjału imienia przyszłego partnera z kształtu, w jaki się ułoży. Skórka za każdym razem układała się w «S». Mimo to wesołości nie było końca.
Rycerz nalał.
— Milva, okazało się — rzekł wiedźmin, zamyślony — była zdrowa, choć wciąż jeszcze nosiła bandaż na żebrach. Siedziała jednak w komnacie i odmawiała wyjścia, za cholerę nie chcąc założyć sprezentowanej sukni. Zanosiło się na protokolarny skandal, ale sytuację spacyfikował wszystkowiedzący Regis. Zacytowawszy z tuzin precedensów zmusił szambelana, by przyniesiono łucznicze strój męski. Angouleme dla odmiany z radością pozbyła się spodni, jeździeckich butów i onuc, a sukienka, mydło i grzebień zrobiły z niej wcale ładną dziewuszkę. Wszystkim nam, co tu dużo gadać, poprawiły humor łaźnia i czyste ubrania. Nawet mnie. W całkiem niezłym nastroju poszliśmy wszyscy na tą audiencję…