Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Czemu podajesz wódkę, ciociu? – spytała Xuan'er niespokojnie, przeczuwając, że coś się wydarzy.
– Taki ponury, deszczowy dzień, a my powinnyśmy pogadać. Częstuj się, dziecko – rzekła ciotka, unosząc czarkę.
Xuan'er wzięła do ręki swoje naczynie i spojrzała z obawą na ciotkę, która trąciła jej czarkę swoją i wypiła do dna, odchylając głowę do tyłu. Xuan'er uczyniła to samo.
– Jak myślisz, dziecko, co robić? – spytała ciotka.
Jej siostrzenica pokręciła głową ze smutkiem.
Ciotka znowu napełniła obie czarki.
– Musimy pogodzić się z losem, dziecko – rzekła ciotka. – Ich syn jest do niczego, to dla nas wielki zawód. Pamiętaj o tym, że nie jesteśmy im nic winni, to oni są winni nam. Na tym świecie, drogie dziecko, mnóstwo chwalebnych uczynków dokonuje się w ukryciu, pod osłoną ciemności. Czy rozumiesz, co mam na myśli?
Xuan'er pokręciła głową nieprzytomnie. Po dwóch czarkach wódki była niemal zamroczona.
Tamtej nocy wuj poszedł z nią do łóżka.
Następnego ranka obudziła się z okropnym bólem głowy. Usłyszała, że na kangu ktoś smacznie chrapie. Z trudem uniosła powieki i zobaczyła wuja, który leżał obok niej, kompletnie nagi, trzymając na jej piersi rękę wielką jak niedźwiedzia łapa. Krzyknęła, okrywając się kocem i wybuchnęła płaczem. Wuj obudził się i niczym psotne dziecko, przyłapane na gorącym uczynku, zeskoczył z kangu, zabierając ze sobą ubranie.
– To twoja ciotka… – wyjąkał. – Zmusiła mnie…
Wiosną następnego roku, wkrótce po Święcie Przodków, Lu Xuan'er, synowa rodziny Shangguan, powiła chudą czarnooką dziewczynkę. Shangguan Lü złożyła trzy czołobitne pokłony przed porcelanowym posążkiem bodhisattwy.
– Dzięki wam, o Niebiosa, dzięki ci, o Ziemio – oznajmiła z wdzięcznością – nareszcie otworzyło się łono. Proszę cię, o bodhisattwo, w przyszłym roku ześlij nam wnuka!
Czym prędzej usmażyła miskę sadzonych jaj i zaniosła je Xuan'er.
– Jedz – poleciła.
Shangguan Lu spojrzała z wdzięcznością na teściową. Poczuła kręcenie w nosie, łzy popłynęły jej po policzkach.
Shangguan Lü spojrzała na zawiniętego w podartą tkaninę noworodka i powiedziała:
– Nazwijmy ją Laidi [35].
59
Druga Siostra, Shangguan Zhaodi, także pochodziła z nasienia Yu Wielkiej Łapy.
Po narodzinach kolejnej wnuczki z twarzy Shangguan Lü nie schodził wyraz głębokiego rozczarowania.
Matka zdała sobie sprawę z bolesnej prawdy: dla kobiety nie ma innej drogi, niż małżeństwo, nie wolno jej też pozostać bezdzietną, lecz rodzenie samych córek także nie jest dopuszczalne. Żeby uzyskać jakąkolwiek pozycję w rodzinie, musi urodzić syna.
Trzecie dziecko mojej matki zostało poczęte na mokradłach.
Stało się to pewnego dnia w południe, wkrótce po połogu. Teściowa posłała ją nad zarośnięty trzciną staw, leżący na południowy zachód od wioski, żeby nazbierała ślimaków dla kaczek.
Wiosną tamtego roku w wiosce zjawił się obcy mężczyzna, który sprzedawał kaczęta. Postawny, z płachtą niebieskiego płótna zarzuconą na ramiona, w konopnych sandałach, w obu rękach niósł dwa kosze pełne puszystych żółtych piskląt. Ludzie skupili się wokół niego, przyglądając się uroczym stworzonkom o różowych dzióbkach, przypominającym włochate piłeczki. Pokwakując, wierciły się w koszykach, przebierając półprzezroczystymi łapkami. Shangguan Lü pierwsza kupiła od mężczyzny dziesięć kacząt, pozostali poszli jej śladem – wkrótce oba kosze były puste. Handlarz przespacerował się po wiosce i odszedł. Nocą najstarszy syn rodziny Sima, Sima Ting, został porwany przez bandytów, którzy zażądali za niego paru tysięcy dolarów okupu. Ludzie mówili, że handlarz kaczkami był ich szpiegiem, który miał wywiedzieć się jak najwięcej o mieszkańcach Szczęśliwej Rezydencji.
Sprzedawał jednak świetne kaczki, które po pięciu miesiącach wyglądały już jak małe łódeczki. Shangguan Lü po prostu za nimi przepadała i codziennie wysyłała synową po ślimaki specjalnie dla nich, nie mogąc się doczekać, aż zaczną składać jaja.
Matka z glinianym dzbankiem i drucianym sitkiem, umocowanym na kiju, szła zgodnie z wskazówkami teściowej. Wszystkie ślimaki w pobliskich rowach i stawach zostały już wyzbierane do czysta przez innych wieśniaków, którzy też hodowali kaczki, ale poprzedniego dnia, po drodze na targ w Liaolanie, Shangguan Lü natknęła się na spory staw, gdzie na płyciznach mieszkało mnóstwo ślimaków.
Po stawie pływało stadko dzikich zielonopiórych kaczek, które płaskimi dziobami niczym łopatami co do jednego zgarnęły wypatrzone przez teściową ślimaki. Matka bardzo żałowała, że zjawiła się za późno. Wiedziała, że gdy wróci do domu z pustymi rękoma, teściowa nigdy nie przestanie gderać, poszła więc błotnistą, krętą ścieżką nad brzegiem stawu z nadzieją, że trafi na miejsce nieodwiedzane przez kaczki, znajdzie trochę ślimaków i wykona zadanie. Czując nabrzmiewające piersi, pomyślała o córkach, które zostały w domu. Laidi dopiero co nauczyła się chodzić, a Zhaodi nie skończyła jeszcze dwóch miesięcy. Teściowa bardziej troszczyła się o kaczki niż o swoje dwie wnuczki. Choćby płakały wniebogłosy, nigdy nie brała ich na ręce. Co do Shangguana Shouxi, trudno było go nazwać mężczyzną. Poza domowym gniazdem było z niego tyle pożytku, co z grudy smarków, a w domu we wszystkim słuchał się swojej matki. Za to wobec żony wykazywał się wyjątkowym okrucieństwem, nie żywił też żadnych uczuć do dzieci. Za każdym razem, gdy źle ją potraktował, matka myślała z nienawiścią: „Bij mnie, bij, głupi ośle, i tak nie spłodziłeś tych dwojga dzieci. Ja, Lu Xuan'er, urodzę jeszcze tysiąc, i żadne z nich nie będzie dzieckiem twojego rodu!" Po spotkaniach z Yu Wielką Łapą nie potrafiła spojrzeć ciotce w oczy, toteż tego lata nie odwiedziła ich rodziny. Kiedy teściowa ją wyganiała, powiedziała jej:
– W mojej rodzinie wszyscy umarli. Dokąd mi każesz iść?
Ponieważ nasienie Yu Wielkiej Łapy, jak widać, nie na wiele się zdało, doszła do wniosku, że czas poszukać innego mężczyzny, który nadawałby się na dawcę. Proszę bardzo, teściowo, mężu, bijcie mnie i wyzywajcie. Zobaczycie, pewnego dnia urodzę syna, w którego żyłach też nie będzie ani kropli waszej krwi! Niech was diabli porwą!
Z zamętem w głowie szła dalej, rozgarniając trzciny, które niemal całkowicie zarastały ścieżkę. Głośny szum trzcin i zimna, drażniąca woń wodnych roślin zaczęły wzbudzać w niej blady strach. Wodne ptactwo pokrzykiwało wśród gąszczu, chłodne podmuchy błądziły w trzcinach. Nagle dzik o długim pysku zaszedł jej drogę. Spomiędzy jego warg wystawały dwa potężne kły; wpatrywał się w nią nienawistnie małymi oczkami, okolonymi twardą szczeciną, i parskał groźnie. Matka poczuła wstrząs, jakby wypiła potężny łyk octu, przeszedł ją lodowaty dreszcz. Jak ja się tu znalazłam? – zadała sobie w myślach pytanie. Wszyscy w Północno-Wschodnim Gaomi wiedzą, że w tych zaroślach od zawsze ukrywali się bandyci. Nawet uzbrojeni partyzanci nie zapuszczali się nieostrożnie w te strony, a w ramach antybandyckiej akcji naczelnika tylko ustawiono moździerz pośrodku drogi i oddano kilkanaście salw.
Matka zaczęła się pośpiesznie wycofywać, lecz ze zgrozą odkryła, że wśród zarośli krzyżuje się całe mnóstwo ścieżek wydeptanych przez ludzi i zwierzęta. Nie potrafiła rozpoznać, którą z nich dotarła aż tutaj. Kręciła się to tu, to tam, jak po omacku, w końcu rozpłakała się ze strachu. Słońce przeświecało przez gąszcz podobnych do mieczy źdźbeł i padało na zgromadzone na ziemi wieloletnie pokłady liści wydzielających woń zgnilizny. Matka wdepnęła w odchody, które budziły wstręt, lecz jednocześnie sprawiły, że poczuła się bezpieczniej – skoro są tu ludzkie kupy, to znaczy, że bywają tu i ludzie. „Jest tu kto?" – zawołała. – „Hop hop, jest tu kto?" Słyszała, jak jej głos wędruje wśród zarośli i wsiąka w gąszcz łodyg. Spojrzawszy pod nogi odkryła, że to, w co wdepnęła, składa się w całości z przetrawionych z grubsza szczątków roślinnych, co oznaczało, że odchody te pozostawił nie człowiek, lecz dzik albo inne zwierzę. Jeszcze raz ruszyła przed siebie, lecz po chwili usiadła zrezygnowana i rozpłakała się znowu. Nagle poczuła na plecach zimny powiew, jakby czyjeś złowrogie oczy przypatrywały jej się groźnie z ukrycia. Czym prędzej odwróciła się i rozejrzała się wokoło, lecz nie zobaczyła nic oprócz krzyżujących się źdźbeł, sterczących ostrymi końcami w niebo. Nikły podmuch narodził się w gąszczu i po chwili ustał, pozostawiając po sobie delikatny poszum. W zaroślach odezwał się dziwacznie brzmiący ptasi głos, jakby naśladujący ludzką mowę. Wszędzie wokół czaiło się niebezpieczeństwo. Tyle zielonych, mrocznych oczu ukrywało się w trzcinach! Szmaragdowe błędne ogniki błyskały wśród liści. Matkę opuściła cała odwaga, wszystkie włosy na ciele stanęły jej dęba, piersi miała twarde jak żelazo. Gdy już ulotnił się cały jej rozsądek, zamknęła oczy i popędziła na oślep. Wbiegła na płyciznę; stado komarów niczym czarna chmura poderwało się z powierzchni wody i opadło ją, gryząc bezlitośnie. Całe jej ciało pokrywał lepki pot, który jeszcze bardziej przyciągał owady. Zgubiwszy dzbanek i sitko, moja biedna matka biegała bezładnie w kółko i płakała. Gdy już niemal straciła nadzieję, Bóg zesłał jej ratunek w osobie sprzedawcy kaczek.
[35] Czyli: nadchodzi młodszy brat.