Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 171 172 173 174 175 176 177 178 179 ... 185
Перейти на страницу:

Sima Liang, roztrącając tłum, podążył w stronę wejścia do budynku. Zatrzymał żółtą taksówkę, otworzył drzwi i wsiadł, zanim odziany w purpurę odźwierny zdążył zareagować. Taksówka popędziła, plując z tyłu kłębami czarnego dymu, zakręciła, włączyła się do strumienia samochodów na szosie i zniknęła.

Podniosłem głowę i westchnąłem przeciągle, jakbym obudził się z jakiegoś strasznego snu. Słońce świeciło pięknie, pogrążając miasto Dalan w leniwym odurzeniu, pełnym nadziei, a zarazem obawy przed nieokreślonym niebezpieczeństwem. Blask odbijał się od dachów siedmiopiętrowej pagody na peryferiach miasta, obok której mieszkała moja matka.

– Synu, zaprowadź mnie do kościoła. Ostatni raz – rzekła matka słabo.

Niosąc na plecach moją matkę, której lewe widzące oko reagowało już jedynie na światło, bite pięć godzin wędrowałem krętą uliczką, zaczynającą się za hotelem dla aktorów, nad strumykiem pełnym ścieków z fabryki barwników chemicznych, zanim wreszcie znalazłem odnowiony kościół.

Kościół stał wciśnięty między stare parterowe domki; bardzo skromny, z jego dawnej świetności nie pozostała nawet połowa. Po obu stronach wąskiej uliczki parkowało mnóstwo rowerów ozdobionych kolorowymi wstążkami. W drzwiach siedziała pulchna stara kobieta o szerokiej twarzy, wyglądająca jak skrzyżowanie bileterki z wierną wartowniczką, stojącą na straży jakiejś tajemniczej działalności, która odbywała się wewnątrz. Skinęła mi głową przyjaźnie i wpuściła nas do środka. Na dziedzińcu siedziało mnóstwo ludzi; w środku tłum był jeszcze większy. Stary pastor wygłaszał enigmatycznie brzmiące kazanie. Promień słońca padał na ambonę; zwiędłe dłonie pastora wyglądały jak dobrze zakonserwowane eksponaty. Wśród słuchaczy byli starcy i dzieci, lecz ponad połowę stanowiły młode kobiety, które siedziały pilnie w ławkach, trzymały na kolanach otwartą Biblię i robiły notatki. Pewna starsza pani, rozpoznawszy matkę, znalazła dla nas dwa stare krzesła pod murem. Nad naszymi głowami rozpościerała się rozłożysta korona sofory, obsypana mnóstwem białych kwiatów, podobnych do płatków śniegu. Było bardzo duszno. Ze starego, zniszczonego głośnika, zawieszonego na grubym pniu, rozchodził się głos pastora. Nie byliśmy pewni, czy szumy i trzaski, jakie słyszymy, pochodzą od duchownego, czy też z głośnika. Siedzieliśmy w milczeniu i słuchaliśmy. „Drodzy parafianie, powinniście być dobrzy dla bliźnich, nawet dla waszych wrogów…"

„Amen!" – zabrzmiało chórem; w oczach wielu kobiet lśniły łzy. Gdzieś z boku dały się słyszeć stłumione dźwięki organów; organista zaintonował pieśń. Ci, którzy potrafili, śpiewali głośno razem z nim, pozostali nucili.

Nabożeństwo było skończone. Wierni pozamykali swoje Biblie; niektórzy wstali i rozprostowywali kości, inni siedzieli, rozmawiając ze sobą półgłosem.

Matka siedziała na ławce z dłońmi na kolanach. Oczy miała przymknięte, wyglądała, jakby spała. Powietrze stało nieruchomo, lecz z drzewa nad nami niespodzianie spadł deszcz białych kwiatów, zupełnie jakby trzymała je tam wcześniej siła elektromagnesu, który został nagle wyłączony. Wypełniając powietrze silnym aromatem, kwiaty niczym płatki śniegu okryły całe ciało matki: jej włosy, szyję, uszy, ręce, ramiona i brunatną ziemię przed nią.

Amen!

Stary pastor, który wcześniej wygłaszał kazanie, podreptał niezdarnie w kierunku drzwi kościoła. Opierając się o framugę, podziwiał niezwykły widok. Miał potargane włosy ceglastej barwy, ciemnoniebieskie oczy, czerwony nos i rzadką blond bródkę; w jego szczęce tkwił rządek metalowych zębów, podobnych do zębów brony. Wstałem, przyglądając mu się ze zdumieniem, jakbym właśnie zobaczył swojego legendarnego ojca.

Stara pani Li przykuśtykała truchcikiem na swoich maleńkich stopach, by nas sobie przedstawić.

– To jest pastor Malloy, najstarszy syn naszego starego pastora Ma. Przyjechał z Lanzhou, by objąć naszą parafię. A to jest Shangguan Jintong, syn naszej starej parafianki, Shangguan Lu.

W gruncie rzeczy prezentacja starej pani Li była zbyteczna – zanim wymówiła nasze imiona, Bóg już objawił każdemu z nas tożsamość i pochodzenie tego drugiego. Bękart, syn pastora Malloya i muzułmanki, mój przyrodni brat, objął mnie mocno swoimi czerwonymi, owłosionymi rękami i ze łzami w niebieskich oczach oznajmił: – Bracie, czekałem na ciebie tak długo!

Część siódma

55

Rok dwudziesty szósty panowania Wielkiej Dynastii Qing, era Guangxu, czyli rok tysiąc dziewięćsetny.

Rankiem siódmego dnia ósmego miesiąca księżycowego armia niemiecka pod dowództwem gubernatora powiatu Ji Guifena otoczyła Piaskowe Gniazdo, wieś położoną w południowo-zachodniej części Północno-Wschodniego Gaomi. Moja matka niedawno skończyła sześć miesięcy; jej mleczne imię brzmiało Xuan'er [33].

Mój dziadek ze strony matki, Lu Wuluan, był młodym adeptem sztuk walki, który potrafił poruszać się bezszelestnie i nie pozostawiać śladów. Jako dowódca drużyny Czerwonych Włóczni zajmował się trenowaniem wojska, odlewaniem grotów włóczni i kul armatnich, budową wałów i okopów na wypadek ataku wroga. Atak nie następował przez wiele miesięcy, żołnierze się rozleniwiali. W końcu jednak wydarzyło się najgorsze.

Po całym dniu bitwy Niemcy wymordowali trzystu dziewięćdziesięciu czterech mieszkańców wsi Piaskowe Gniazdo.

Lu Wuluan wbił żelazne ostrze zdobnej czerwonymi frędzlami włóczni w brzuch niemieckiego żołnierza. Gdy ją wyciągał, poczuł na plecach lodowaty powiew. Ręce mu zdrętwiały, wypuścił broń i odwrócił się z trudem – dwie niemieckie lufy celowały mu prosto w klatkę piersiową. Z rozpostartymi ramionami rzucił się naprzód. Pa-pa-pa – rozległ się odgłos, jakby coś się złamało; oczy Lu Wuluana zasnuła szmaragdowa zasłona.

Gdy uzbrojeni Niemcy wpadli do naszego domu, znaleźli wiszące u krokwi zwłoki młodej kobiety o skórze białej jak śnieg.

Nazajutrz po rozejściu się strasznych wieści ciotka i wuj mojej matki, Yu Wielka Łapa, zjawili się w naszym domu i wyratowali małą Xuan'er z wielkiej kadzi pełnej mąki. Cała oblepiona białym proszkiem, była na skraju uduszenia. Pani Yu usunęła mąkę z buzi dziecka i poklepywała niemowlę tak długo, aż wydało z siebie zduszony krzyk.

56

Kiedy Lu Xuan'er skończyła pięć lat, jej ciotka przygotowała kilka bambusowych listewek, drewniany młoteczek, nieco białej tkaniny i inne utensylia, służące do krępowania stóp i powiedziała:

– Xuan'er, masz już pięć lat. Czas na owijanie stóp!

– A po co się owija stopy? – spytała zdziwiona Xuan'er.

– Kobieta, która nie owija stóp, nie może wyjść za mąż – odparła ciotka surowo.

– A po co mam wychodzić za mąż?

– Chyba nie myślisz, że będę się tobą opiekować do końca życia?

Mąż ciotki, Yu Wielka Łapa, łagodny hazardzista, poza domem był śmiałym, dumnym mężczyzną, lecz po powrocie zamieniał się w potulnego kociaka. Siedział właśnie przy kuchni, piekąc małe rybki w kształcie wierzbowych listków na zakąskę do wina. Jego wielkie dłonie, z pozoru niezdarne, w rzeczywistości były całkiem zręczne. Smakowity zapach skwierczących w ogniu rybek wciskał się do nozdrzy Xuan'er. Bardzo lubiła swojego wuja. Zawsze, gdy ciotka szła do pracy, jej leniwy mąż po kryjomu się objadał – smażył jaja na patelni albo podkradał suszone mięso. Xuan'er zawsze dostawał się jakiś smaczny kąsek, pod jednym warunkiem: nie zdradzić się przed ciotką.

Wuj paznokciem oskrobał rybkę z łusek, oderwał skrawek mięsa, położył na języku i pociągnął łyk wina.

вернуться

[33] Czyli: Jadeit.

1 ... 171 172 173 174 175 176 177 178 179 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)