Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Nynaeve wyrzuciła ręce w górę.
— Może ty coś powiesz, żeby ją przekonać — powiedziała do Min.
Min, która dotychczas stała wsparta o drzwi i zmrużonymi oczyma patrzyła na Elayne, teraz potrząsnęła głową.
— Myślę, że ona też musi jechać, tak jak i wy. Tak jak my wszystkie. Otaczające was niebezpieczeństwo widzę teraz jeszcze wyraźniej. Nie tak wyraźnie, by wiedzieć, co to takiego, ale myślę, że to ma coś wspólnego z waszą decyzją o wyjeździe. Widać je wyraźniej, bo jest bardziej nieuchronne.
— To jeszcze nie jest powód, by ona też jechała — wskazała Nynaeve, jednak Min znowu pokręciła głową.
— Ją z tymi chłopcami łączy taka sama więź jak z tobą, Egwene, albo ze mną. Ona jest tego częścią, Nynaeve, cokolwiek by to było. Częścią Wzoru, jak zapewne powiedziałaby jakaś Aes Sedai.
Elayne wyglądała na wstrząśniętą i jednocześnie podnieconą.
— Naprawdę jestem? Jaka to część, Min?
— Nie widzę wyraźnie. — Min wbiła wzrok w podłogę. — Czasami wolałabym w ogóle nic nie czytać w ludziach. Zresztą i tak większość ludzi wcale nie jest zadowolona z tego, co u nich widzę.
— Skoro wszystkie jedziemy — powiedziała Nynaeve — to lepiej zabierzmy się za sporządzenie planu.
Mimo że wcześniej tak się spierała, teraz, gdy decyzja już zapadła, przeszła do spraw praktycznych: co powinny z sobą zabrać, jak zimno będzie, gdy już dotrą na Głowę Tomana i w jaki sposób wyprowadzić ze stajni konie, by nikt ich nie zatrzymał.
Słuchając jej, Egwene mimowolnie zastanawiała się, jakie to niebezpieczeństwo widziała u nich Min i co zagraża Randowi. Znała tylko jedno niebezpieczeństwo, które mogło mu grozić i na samą myśl robiło jej się zimno.
„Trzymaj się, Rand. Trzymaj się, ty wełnianogłowy idioto. Jakoś ci pomogę”.
39
Ucieczka z Białej Wieży
Podczas wędrówki przez Wieżę, Egwene i Elayne pochylały przelotnie głowy przed każdą napotykaną grupą kobiet. Zdaniem Egwene, dobrze się składało, że tego dnia do Wieży przybyło ich tak wiele z zewnątrz, zbyt wiele, by każda z nich mogła otrzymać eskortę Aes Sedai albo Przyjętej. Samotne lub w niewielkich grupkach, odziane bogato lub biednie, w sukniach z kilkunastu różnych krain, niektóre nadal okryte pyłem po przebytej podróży do Tar Valon, trzymały się razem i czekały na swoją kolej, gdy będą wreszcie mogły zadać swoje pytania na temat Aes Sedai albo przedłożyć petycje. Niektórym kobietom — damom, handlarkom albo żonom kupców — towarzyszyły służące. Z petycjami przybyło nawet kilku mężczyzn, trzymali się na uboczu, wyraźnie onieśmieleni pobytem w Tar Valon, na wszystkich popatrując nieswoim wzrokiem.
Prowadziła Nynaeve, z wzrokiem wyzywająco utkwionym w dal, w rozwianym płaszczu, maszerowała takim krokiem, jakby nie tylko wiedziała, dokąd idą — co zresztą było prawdą, dopóki ich jeszcze nikt nie zatrzymał — lecz na dodatek miała absolutne prawo tam iść, co z kolei było całkiem inną sprawą, rzecz jasna. Ubrane teraz w rzeczy, które przywiozły z sobą do Tar Valon, z pewnością nie wyglądały na mieszkanki Wieży. Każda wybrała swoją najlepszą suknię, ze spódnicą specjalnie rozciętą do konnej jazdy, a także płaszcze z delikatnej wełny, kapiące od wyhaftowanych ozdób. Egwene uważała, że jeśli będą się trzymały z dala od tych osób, które mogły je rozpoznać — już umknęły paru takim, którym ich twarze były znajome — to być może wszystko się powiedzie.
— To by się bardziej nadawało jako strój do parku jakiegoś lorda niż do jazdy na Głowę Tomana — orzekła oschłym tonem Nynaeve, gdy Egwene pomogła jej zapiąć guziki przy popielatym jedwabiu przeplatanym złotą nitką, z kwiatami wyhaftowanymi z pereł na brzuchu i rękawach — ale może dzięki temu uda nam się wyjechać niepostrzeżenie.
Egwene poprawiła płaszcz, wygładziła haftowaną złotem suknię z zielonego jedwabiu i zerknęła na niebieskości z kremowymi wrąbkami, które miała na sobie Elayne, z nadzieją, że Nynaeve ma rację. Jak dotąd, wszyscy brali je za petentki, szlachcianki, albo przynajmniej bogate kobiety, ale jakoś się wydawało, że jednak powinny rzucać się w oczy. Zdziwiła się, zrozumiawszy przyczynę — czuła się nieswojo w takiej pięknej sukni po kilku miesiącach noszenia prostej, białej szaty nowicjuszki.
Napotkały po drodze małą grupkę wieśniaczek w sukniach ze zgrzebnej, ciemnej wełny, które ukłoniły się głęboko na ich widok. Gdy już je minęły, Egwene obejrzała się na Min. Przyjaciółka ukryła spodnie i workowatą męską koszulę pod chłopięcym płaszczem i kaftanem brązowej barwy. Krótkie włosy nakryła starym kapeluszem z szerokim rondem.
— Jedna z nas powinna udawać służącego — powiedziała śmiejąc się. — Kobietom ubranym tak jak wy zawsze towarzyszy co najmniej jeden. Jeszcze pozazdrościcie mi tych spodni, gdy będziemy musiały biec.
Uginała się pod ciężarem czterech sakiew, wypchanych ciepłą odzieżą, jako że z całą pewnością nie miały wrócić przed zimą. Były w nich także pakunki z jedzeniem skradzionym w kuchni, którego miało im wystarczyć dopóty, dopóki nie będą mogły czegoś kupić.
— Jesteś pewna, że nie mogę czegoś ponieść? — spytała cicho Egwene.
— Je się tylko niewygodnie niesie — odparła z szerokim uśmiechem Min — nie są ciężkie. — Najwyraźniej uważała to wszystko za zabawę albo po prostu udawała, że tak myśli. — Poza tym ludzie na pewno by się dziwili, że taka wytworna dama jak ty targa sakwy. Będziesz je mogła nieść, nie tylko swoje, lecz również moje, jeśli zechcesz, gdy już...
Jej uśmiech zamarł nagle, szepnęła ostrzegawczo:
— Aes Sedai!
Egwene błyskawicznie przeniosła wzrok na drogę. Z przeciwnej strony korytarza nadchodziła Aes Sedai obdarzona długimi czarnymi włosami i skórą barwy postarzałej kości słoniowej, po drodze wysłuchując kobiety ubranej w prosty wiejski strój i połatany płaszcz. Jeszcze ich nie zauważyła, Egwene natomiast rozpoznała ją — Takima, z Brązowych Ajah, uczyła historii Aes Sedai i Białej Wieży, swoje uczennice potrafiła rozpoznać z odległości stu kroków.
Nynaeve skręciła w boczny korytarz, nie zwalniając kroku, ale w tym samym momencie minęła je jedna z Przyjętych, szczupła kobieta z wiecznym marsem na czole. Wlokła za ucho nowicjuszkę o poczerwieniałej twarzy.
Egwene musiała najpierw przełknąć ślinę i dopiero potem była w stanie coś powiedzieć.
— To były Irena i Else. Zauważyły nas?
Nie miała odwagi spojrzeć za siebie, by sprawdzić.
— Nie — odparła po chwili Min. — Widziały tylko nasze ubrania.
Egwene odetchnęła z ulgą, takie samo westchnienie usłyszała ze strony Nynaeve.
— Serce mi chyba wyskoczy, zanim dotrzemy do stajni — mruknęła Elayne. — Czy właśnie na tym polegają przygody, Egwene? Że serce masz w gardle, a żołądek w nogach?
— Myślę, że chyba tak — wolno odparła Egwene. Ledwie potrafiła sobie przypomnieć, że kiedyś również ona tak bardzo chciała mieć przygody, robić coś niebezpiecznego i podniecającego, tak jak ci wszyscy ludzie z opowieści. Teraz miała wrażenie, że całe uczucie podniecenia pamięta się dopiero wtedy, gdy człowiek wspomina przeszłość i że bardowie opuszczają w swych opowieściach wiele nieprzyjemnych momentów. Powiedziała o tym Elayne.
— Ale i tak — orzekła bez wahania dziedziczka tronu — nigdy dotąd nie przeżyłam niczego naprawdę podniecającego i nigdy nie będę miała takiej szansy, dopóki matka będzie miała swoje zdanie na ten temat, i tak będzie zawsze, nim wreszcie sama nie zasiądę na tronie.
— Uciszcie się obydwie — rozkazała Nynaeve. Dla odmiany na tym korytarzu znalazły się same, nikogo, gdzie spojrzeć, na nim nie było. Wskazała wąskie stopnie wiodące w dół. — Chyba właśnie tego szukałyśmy. O ile całkiem nie zmieniłyśmy kierunku przez te wszystkie zakręty i wiraże.