Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 51
Перейти на страницу:

Nocne powietrze wokół mnie zgęstniało od rozpychają-cych się i rozwrzeszczanych ptaków. Żądza przepełniała ogromne stado, oszalałe na punkcie tej uśpionej młodej kobiety. Czułem, że ich dzioby i szpony szarpią mi skrzy-dła, jak gdyby ptaki chciały stopić się w jedno z moim pie-rzastym ciałem i dzielić ze mną śpiące ciało Miriam St. Cloud. Ich skrzydła biły powietrze, odbierając mi dech, i zacząłem się dusić w próżni piór.

Nie mogąc dłużej trzymać się nieba, opadłem ku pomo-stowi wesołego miasteczka, wyzwalając się siłą z tornada wrzeszczących ptaków. Wyczerpany, dotarłem do wieży kościoła i wylądowałem na dachu. Kiedy składałem skrzy-dła, uświadomiłem sobie, jak ogromny był ciężar mojego ciała i wielkich, upierzonych ramion, które gniotły mi pierś i ciągnęły z powrotem w stronę snu.

Wyższe tabliczki dachówek osunęły się pod moimi szpo-nami. Nie mogąc rozwinąć skrzydeł, runąłem w ciemną przestrzeń i spadłem na plecy, na wyłożoną kaflami posadzkę jakiegoś niewielkiego pomieszczenia.

Leżałem wycieńczony między moimi własnymi, niepo-radnymi skrzydłami. Wokół stały stoły, na nich zaś leżały częściowo rozczłonkowane szkielety dziwacznych istot. Przy mikroskopie, na pochyłym blacie biurka, ujrzałem coś, co przypominało szkielet skrzydlatego człowieka. Wycią-gał swe długie ręce, jak gdyby chciał mnie chwycić i unieść hen, ku nekropolii wiatru.

11

PANI ST. CLOUD

Kiedy się obudziłem, poczułem czyjeś usta, przyciśnię-te lekko do moich warg, i dłoń, która pieściła mi pierś. Po-kój zalewało nadrzeczne światło. Wpadało do wnętrza przez wysokie okna, naprzeciwko których stało łóżko. Poranne słońce przewędrowało już podmokłą łąkę i gniewnie wpa-trywało się we mnie, jak gdyby usiłowało obudzić mnie już od świtu.

Usiadłszy, zauważyłem, że spod okna przygląda mi się spokojnie pani St. Cloud. Stała w tym samym miejscu, gdzie ujrzałem japo raz pierwszy po wypadku cessny. Podniosła rękę ku brokatowym zasłonom, ale jej zdenerwowanie znik-nęło i teraz wyglądała raczej na starszą, ale wciąż sprawną siostrę swojej córki. Czy to ona mnie całowała, gdy spa-łem?

– Spałeś, Blake? Sprowadziłeś nam niecodzienną pogo-dę. Wczoraj w nocy nad miasteczkiem przeszła niezwykła burza… Wszystkim śniły się ptaki.

– Zbudziłem się tylko raz… – Pamiętałem swój sen i jego wyczerpujący finał, toteż zdumiałem się, stwierdziwszy, że jestem całkowicie wypoczęty. – Ale nic nie słyszałem. -To dobrze. Chcieliśmy, żebyś wypoczął.-Pani St. Cloud usiadła na łóżku i dotknęła mojego ramienia, przyglądając mi się matczynym spojrzeniem. – Tak czy owak było to emocjonujące jak elektryczna burza. Słyszeliśmy tysiące pędzących w powietrzu ptaków. Burza wyrządziła wiele szkód… Ale tobie chyba zupełnie wystarczy dziwna pogo-da w twojej głowie.

Zauważyłem, że pani St. Cloud zaczesała włosy w nie-wielką, ale wytworną falę, jak gdyby spodziewała się spo-tkać z kochankiem. Myślałem o moim śnie, o wizji nocne-go lotu i jego koszmarnym końcu, kiedy dusiłem się w próżni bijących wokół skrzydeł i spadłem przez dach kościoła do jakiegoś niezwykłego, pełnego szkieletów pokoju. Niepo-koiła mnie autentyczność wizji. Gwałtowne skręty i po-wietrzne skoki nad miastem w świetle księżyca pamięta-łem równie dokładnie, jak lot cessną z londyńskiego lotni-ska, a krzyki oszalałych z żądzy ptaków, moje własne, po-żądliwe jęki na widok Miriam St. Cloud, dzika siła nurku-jących ciał i kloaczna gwałtowność tych prymitywnych stworzeń wydawały mi się o wiele bardziej rzeczywiste niż ten cywilizowany, pełen słońca pokój.

Uniosłem poranione dłonie, które zabandażowała mi doktor Miriam, zanim zapadłem w sen. Poszarpana gaza opatrunkowa, moje poranione łokcie i przedramiona usia-ne były maleńkimi, czarnymi okruszkami, jak gdybym mo-cował się z krzemienną poduszką. Pamiętałem mgliście, że potem uciekłem z kościoła i biegłem w świetle księżyca. Czułem ostry, ptasi zapach, prostackie piękno powietrza, spowijającego moje ciało, i cierpki odór ptaków morskich, karmiących się wciąż jeszcze żywymi ciałami innych stwo-rzeń. Dziwiłem się, że pani St. Cloud nie zauważyła tego zapachu.

A ona siedziała obok, głaszcząc mnie po ramieniu. Mia-łem się przed nią na baczności, opadłem więc z powrotem na poduszki i zacząłem rozglądać się po sypialni, do której zaniosły mnie matka i córka, gdy porzuciłem bezowocne próby przekroczenia rzeki. Niepokojące było jednak to, że obie czekały na mnie, jak gdybym mieszkał z nimi od lat jako członek rodziny i wrócił właśnie do domu, wyszedłszy cało z jakiegoś żeglarskiego wypadku.

Skąd ta pewność, że wrócę? Rozbierały mnie z niesa-mowitym wyczuciem fizycznej intymności, jak gdyby roz-wijały skarb, którym miały się za chwilę podzielić. Patrzy-łem, jak pani St. Cloud okrąża łóżko, wyjmuje z szafy moje ubranie i szczotkuje poły marynarki, niby zatroskana po-wstałymi wskutek ciśnienia mojej skóry zmarszczkami na tkaninie – śladami mojego ciała, pozostawionymi na uży-wanej serży. Obmacałem swoje posiniaczone żebra i usta, nadal obolałe, jak wczorajszego popołudnia, i rozmyślałem dalej o moim śnie. Nie był niczym więcej niż sennym ma-rzeniem upadłego lotnika, ale moc, jaką miałem nad ptaka-mi, i sposób, w jaki je zwołałem z mrocznych dachów, da-wały mi nieoczekiwane poczucie siły. Po latach niepowo-dzeń, kiedy nie udawało mi się odnaleźć formy życia, współ-brzmiącej z moim sekretnym wyobrażeniem samego sie-bie, na krótką chwilę znalazłem się na krawędzi swoistego spełnienia. Latałem pod postacią najwspanialszego z pta-ków – kondora. Przypomniałem sobie swoją seksualną wła-dzę nad ptakami i żałowałem, że Miriam St. Cloud nie wi-działa mnie jako największego z ptasich drapieżników, bo zwabiłbym ją wówczas ku niebu niczym nieśmiałego alba-trosa. Gdyby nie panika, która wybuchła nagle wśród po-wietrznej żądzy, i gdyby nie zapadł się kościelny dach, spółkowałbym z Miriam w głębokim łożu nocnego powie-trza.

Myśląc o swoim upadku, spytałem panią St. Cloud:

1 ... 9 10 11 12 13 14 15 16 17 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)