Zapiski Stanu Poważnego
- Автор: Szwaja Monika
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:
Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.
Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…
„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
Jako aktorka pani Zosia spisała się, oczywiście, znakomicie. Grała zresztą samą siebie. Prosiliśmy, żeby dla potrzeb kamery podliczała zarobki za te swoje kamienie i żeby przy tym mamrotała pod nosem. A potem miała już gromkim głosem zawiadomić pana Zdzisia, siedzącego w pokoju obok, że znowu będą tyły finansowe.
Udało się nadzwyczajnie. Pani Zosia pisała, kreśliła, używała kalkulatorka, martwiła się spektakularnie (ale bez niestosownych przerysowań), klęła (z chwalebnym umiarem), w końcu zaś zawołała do pana Zdzisia to, co miała zawołać. On zaś siedział sobie na kanapie i oglądał telewizję. Leciało akurat sprawozdanie z obrad sejmowych. Nabzdyczona pani posłanka mówiła właśnie o konieczności cięć budżetowych. Udało nam się ją nagrać jednym ujęciem z panią Zosią. Jedną panoramą!
Mogłam, naturalnie, wykorzystać czyste nagrania z sejmu, ale o wiele lepiej było tak to złapać razem z tym mało zamożnym mieszkaniem i dwojgiem niemłodych ludzi.
Po tych ćwiczeniach pani Zosia zagrzała kiełbaskę i ekipa pożywiła się, nadal jednak, ku zmartwieniu gospodyni, odmawiając wypicia setki.
Potem było jeszcze lepiej. Kręciliśmy mianowicie piłowanie drewna przez panią Zosię. I to już zahaczało o horror.
Zażyczyłam sobie taką sekwencję gospodarczą. Żeby pani Zosia poruszała się w obrębie tego swojego malowniczego podwórka, karmiła kaczki, używała krajzegi – takie klimaty wsiowe były mi potrzebne. Pawełek kiwnął głową, że rozumie, o co mi chodzi i zabrał się do roboty. Z panią Zosią już byli poważnie zaprzyjaźnieni, bo strasznie jej się podobało, że z pełnym wdziękiem przyjął porażkę w tym pojedynku z nią na ręce. Chłop, a nie udaje, że lepszy we wszystkim! Więc robiła, co tylko sobie zażyczył. Powtarzali te kaczki, dublowali, Pawełek kręcił ogólniaki, zbliżenia, latał dookoła pani Zosi jak szalony, a ją to bawiło coraz bardziej. Kaczki prawdopodobnie były zachwycone, bo każdy dubel wymagał nowej porcji żarcia, które pochłaniały z kaczym wdziękiem.
Aż przyszło do piły.
Piła była okrągłą tarczą, umocowaną pionowo w stole. Po prawej jego stronie leżała sterta gałęzi do pocięcia. Takich, powiedziałabym, grubszych gałęzi.
Paweł postanowił sekwencję nakręcić z ręki. Konsekwentnie, tak jak kaczki. Zresztą inaczej by nie dał rady, pani Zosia bowiem poruszała się z prędkością błyskawicy.
Najpierw złapała jakieś kable i zaczęła je rozplątywać. Znalazła końcówkę – bynajmniej nie zakończoną wtyczką – i poleciała podłączać te dwa sterczące druty do gniazdka.
– Tego tutaj niech pan nie kręci – zawołała wesolutko do swojego nowego przyjaciela Pawełka – bo tu wszystkie bebechy na wierzchu! Jeszcze mi się ktoś doczepi!
– Dobrze – odkrzyknął Paweł – ja to zrobię tak z daleka, żeby nie było widać szczegółów!
Zamiast przyzwoitego gniazdka, w murze ziała dziura, do której pani Zosia wetknęła to, co powinno być wtyczką. Znaczy – w dziurze siedział prąd.
Potem jak fryga zakręciła się wokół własnej osi, podbiegła do maszyny i włączyła ją. Ustrojstwo zadrżało i piła poszła w ruch.
– Jeszcze raz, pani Zosiu – zawołał Paweł, który nie zdążył dobiec. – Ja zrobię zbliżenie. Jeszcze raz, proszę.
– Dobrze – zgodziła się życzliwie pani Zosia – proszę bardzo.
I wyłączyła urządzenie. Cisza zatrzęsła powietrzem.
Paweł przymierzył się z kamerą.
– Teraz proszę.
Pani Zosia podbiegła raz jeszcze, jej dłoń pojawiła się w wizjerze kamery i przekręciła wyłącznik. Maszyna ponownie ruszyła, z potwornym rzężeniem, jękiem i zgrzytem.
– O cholerka – zmartwiła się nagle nasza gwiazda. – Ciapek mi przegryzł izolację, na tym kablu może być przebicie… Ciapek, ty zarazo!
Ciapek, żółty kundel, odwrócił się do nas zadkiem.
– To nie powinno tak leżeć w wodzie – kontynuowała pani Zosia – bo może być nieszczęście.
W istocie, nadgryziony fragment kabla spoczywał właśnie w kałuży.
Pani Zosia rozejrzała się, podniosła z ziemi niewielki pieniek, wstawiła go do kałuży, po czym całkiem spokojnie włożyła rękę do wody, podniosła zeń kabel i położyła go na pieńku. Przegryzionym do góry. Maszyneria cały czas była w ruchu! Prąd przez ten kabel przelatywał!
– O Jezu – powiedział nabożnie Marek. – Behape!
Beret nie mógł opanować nerwowego chichotu. Jedyne widoczne oko Pawełka (drugie miał przyklejone do wizjera) otwierało się coraz szerzej.
Tymczasem pani Zosia stanęła sobie za wirującym w pionie kołem tarczy, po czym złapała grube polano ze stosu, chwyciła je obiema rękami za końce i naparta nim na piłę. Jazgot zmienił tonację, polano zostało przecięte, pani Zosia odrzuciła jego dwie połówki na inny stosik. I złapała następny kawał konara. I powtórzyła operację. I tak dalej, i dalej, dopóki Paweł nie opuścił kamery i nie oznajmił, że ma wszystko.
Było mi nieco słabo. Oczami duszy widziałam, jak pani Zosia traci równowagę, leci do przodu i zostaje przez własną krajzegę rozcięta na dwie równe połowy! W pionie!!!
Moich kolegów dręczyły chyba podobne wizje, bo Paweł ocierał pot z czoła, Beret kręcił głową jak zepsuty pajacyk, a Marek powtarzał z rosnącą pobożnością:
– O mój Boże, o mój Boże, nie mogę na to patrzeć, Matko Boska…
– Pani Zosiu – powiedziałam – nie boi się pani tak tą piłą… bez żadnej osłony?
– A czego mam się bać?
– No przecież, gdyby pani straciła równowagę…
– To by mnie przecięło na pół – dokończyła beztrosko. – Nie ma strachu, ja to robię od lat!
Popatrzyliśmy na siebie. Pani Zosia miała, niewątpliwie, bardzo porządnego i pracowitego anioła stróża. Może jej nie uchronił przed reformą Balcerowicza, ale i tak miał sporo zajęcia.
W poniedziałek nic już więcej nie robiliśmy. Wypiliśmy wreszcie tę setkę – setka jest tu wartością raczej symboliczną, bo koledzy wytrąbili znacznie więcej, a Marek oraz ja z kotusiem – zero, z powodów oczywistych. Przyjaźń ekipy z panią Zosią (pan Zdzisio w tym stadle pełni raczej rolę bierną) zacieśniła się niezmiernie. Nic dziwnego, bo ekipa jest sympatyczna, a pani Zosi też niczego nie brakuje. Kładła potem na rękę wszystkich trzech, bo się uparli, że jeszcze spróbują. Najbardziej jednak pokochała Pawełka – i to z wzajemnością. Bardzo serdecznie się ściskali na dobranoc.
Nocowaliśmy w pobliskim Wałczu w hotelu, dosyć podłym. Ciepłej wody nie było, że o barze z herbatą nie wspomnę. Ale namówiłam recepcjonistkę, żeby mi zrobiła swojej prywatnej herbaty. Zwierzyłam się jej, że jestem w ciąży i to jej podziałało na wyobraźnię. Oraz damską solidarność.
We wtorek świtkiem zaczęłam wewnętrzną linią hotelową dzwonić do kolegów, żeby sprawdzić, czy już się zreanimowali. Paweł, zaspany, ale żywy, odebrał telefon w miarę szybko. Z Markiem było nieco gorzej, ale po kilkunastu sygnałach zgłosił się, mocno niezadowolony z życia. Telefon do Bereta wypadł mi nieco dziwnie. Po kilku sygnałach jakby podniósł słuchawkę, potem coś dźwięknęło i zapadła cisza. Z daleka dobiegała tylko muzyczka, taka, jaką często słyszy się w telefonach, czekając na połączenie. Oraz dziwny, trudny do określenia odgłos.
Nie mogąc dodzwonić się do Bereta, spróbowałam do recepcji. Ale i mój telefon nagle przestał działać.
Zezłościłam się, ubrałam byle jak i zeszłam do recepcji osobiście. Powiedziałam tej samej co wczoraj, życzliwej panience, jaki mam kłopot.
Teraz ona zaczęła próbować. Rezultat był żaden.
– Strasznie mi przykro – powiedziała w końcu zaczerwieniona z wysiłku – ale nic mi nie wychodzi, to połączenie jest jakieś dziwne. Ja dopiero niedawno tu pracuję, może jeszcze nie znam tej centrali tak dobrze… A może pani zadzwoni do tego pana na komórkę?
– On nie ma komórki. Jakby miał, to bym to już dawno zrobiła. Proszę pani, chodźmy tam. Niech pani weźmie zapasowe klucze, może mu się coś stało.
Zdenerwowałam się. Może mu ta setka zaszkodziła? Ale Beret ma mocną głowę. Co to dla niego taka ilość trunku! Boże, może naprawdę coś się stało.
Wbiegłyśmy na piętro. Recepcjonistka, której udzieliło się moje zdenerwowanie, wetknęła klucz do zamka i zaczęła nim gmerać. Bez rezultatu.
Serce podeszło mi do gardła. Rąbnęłam pięścią w drzwi.
Otworzyły się. Nie były wcale zamknięte na klucz.
Na miękkich nogach weszłam do pokoju.
Radio cicho grało. To była ta muzyczka, którą słyszałam.
Częściowo przykryty kołderką, a częściowo na niej, wystawiając kosmate nogi na świeże powietrze, leżał sobie w łóżeczku mój kochany kolega dźwiękowiec. Chrapał. W ręce dzierżył słuchawkę telefoniczną, na której ufnie oparł policzek. I spał jak dziecko. Musiał odebrać ten mój telefon, przyłożyć słuchawkę do ucha i natychmiast zasnąć.
Zdążyłam już tyle sobie nawyobrażać, że ulga mnie dosłownie powaliła. Moje miękkie kolana zmiękły całkiem i zemdlałam, jak się zdaje.
Kiedy się ocknęłam, wszyscy trzej koledzy stali nade mną, ciężko przerażeni. W towarzystwie równie przerażonej recepcjonistki. Wyglądali tak, że dostałam ataku śmiechu. Było mi wprawdzie nieco niedobrze, ale widok trzech facetów niekompletnie ubranych i z oczami na słupkach był po prostu zniewalający.
A jak się ucieszyli, że jednak żyję!
Śniadanie hotelowe było obrzydliwe, ale i tak mi się nie chciało jeść. Wzięłam, bo było w cenie pokoju, ale zeżarli je kochani koledzy. Mówili, że z nerwów bardziej ich ssie.
Zanim dojechaliśmy do wiochy pani Zosi, wydobrzałam całkowicie.
Nawet mi się spodobało takie mdlenie. Przynajmniej przekonałam się, że koledzy się mną przejmują.