Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:

Wiktoria – reporterka telewizyjna około trzydziestki, niespodzianie, tuż przed wyjazdem na zdjęcia, dowiaduje się, że zostanie mamusią. Mamusią – proszę bardzo, tylko gdzie jest tatuś do kompletu?

Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.

Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…

„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 71
Перейти на страницу:

– Z tatusiem? Nie. Z mamusią też nie. W ogóle jeszcze nie mówiłam rodzinie.

– Ja nie o tym. Dałabyś kawy?

– Zrób sobie. A o czym?

– Ja się ciebie pytam, czy powiedziałaś temu facetowi. I co on na to. I czy ewentualnie mam iść do niego, obić mu gębę?

Coś podobnego! On mnie kontroluje!

Już zamierzałam odpowiedzieć Pawełkowi, żeby zajął się pilnowaniem własnego nosa, ale spojrzenie moje padło na te jego szczere niebieskie oczy i w tych niebieskich szczerych oczach zobaczyłam coś takiego, że zmieniłam zamiar. To były zaniepokojone o mnie oczy przyjaciela. No, ten Paweł mnie zdumiewa!

– Jeszcze nie udało mi się go złapać – powiedziałam łagodnie i zgodnie z prawdą. – Ale nie martw się, jestem na dobrej drodze. Powinnam mu przekazać radosną wiadomość w ciągu tygodnia.

– Jak myślisz, co on powie? – kontynuował przesłuchanie.

– A bo ja wiem? Cokolwiek powie, raczej zostanę samotną mamą. Nie przejmuj się, Pawełku. Cukru chcesz?

– Poproszę. Łożył na dziecko, oczywiście, będzie?

– Tam jest cukier, w tym dużym pojemniku. Nie wiem, czy będzie. Nie wiem, jaka jest jego sytuacja majątkowa.

– No dobrze. Pamiętaj jakby co, że masz tu przyjaciół. A co z tą kamieniarką?

– Chyba dostaniemy zlecenie. Ale raczej na piętnaście minut niż na pół godziny. Co, już cię nosi?

– Nosi mnie. Już sobie wyobrażam te ujęcia. Te kamienie w trawie. Jak ona je wyrywa. Chyba sobie tam dołek wykopię, na tym polu.

– Niewykluczone. Dobrze by było, żeby się w redakcji zdecydowali przed zimą, bo jak przyjdą mrozy, trzeba będzie czekać do wiosny.

Wypiliśmy kawę, gawędząc na tematy służbowe. Potem przyszła Krysia, też pogawędzić na tematy służbowe. Potem dołączyli Maciek z Mateuszem i nie pozostawało nam nic innego, jak iść do baru na piwo. To znaczy oni pili piwo w dużych ilościach, mnie Paweł zabrał sprzed nosa szklankę wypitą do połowy i kazał pić sok z grejpfruta.

Przyjaciele bywają denerwujący. Ale generalnie dobrze, że są.

Piątek, 13 października

Przyszły kwity na kamieniarkę. Piętnaście minut. Krysia natychmiast zamówiła kamerę i montaż. Za parę dni jadę na zdjęcia. Oczywiście z Pawłem i Beretem. Montuję, ma się rozumieć, z Mateuszem.

No dobrze, to mogę zadzwonić do Karolka, dowiedzieć się, gdzie są. I jutro od rana do nich pojadę… jakimiś środkami komunikacji masowej. Pekaesem albo czymś podobnym. Własne auto chyba nie wchodzi w grę, bo przecież oni pewnie już wracają do Szczecina.

Wtorek, 17 października

Wszystko wiem.

Wróciliśmy w niedzielę wieczorem, cały poniedziałek leżałam martwym bykiem.

Ale po porządku.

W piątek przed południem zadzwoniłam z roboty do Karolka, a potem popędziłam do domu jak strzała i pozbierałam bety, żeby zdążyć. Okazało się, że Marcin, który opuścił towarzystwo w połowie tygodnia, wraca na końcówkę rejsu, a na jacht będzie go odwozić jego dziewczyna, która nienawidzi wszelkiego pływania jak zarazy. Swoją drogą ciekawe, po co jej w tym układzie chłop marynarz. A tak w ogóle to jest bardzo sympatyczna i życzę jej wszystkiego najlepszego.

Rozpadającym się ze starości mercedesem Anetka zawiozła nas do Wolina, gdzie czekał Tato Królik z trzyosobową załogą. Próbowaliśmy ją zatrzymać choćby na godzinkę, ale zakręciła prawie w miejscu i odjechała z obrzydzeniem. A Marcinek, radosny jak prosię w deszcz, z pieśnią na ustach rozwalił się na pokładzie, wystawiając oblicze do mizernego, październikowego słońca. Oczywiście, natychmiast podjął śpiew Karolek, któremu wyraźnie brakowało partnera do tych rzeczy (Tata Królik nie lubił śpiewać publicznie, a Jarek, jak wiadomo, nie potrafił; kobiety w dziedzinie pieśni marynarskich nie liczyły się wcale).

W innych okolicznościach z przyjemnością padłabym gdzieś nieopodal śpiewaków i przysłuchiwałabym się zgranemu duetowi – teraz jednak chciałam przede wszystkim obejrzeć sobie miągwę. Znacznie bardziej mnie to męczyło niż misja informacyjna wobec Jareczka. Musiałam się jednak wstrzymać z bólami całe dwadzieścia minut, bowiem para narzeczonych była uprzejma właśnie oddalić się w stronę najbliższego supermarketu – teraz już nie ma sklepów, nawet w Wolinie – celem uzupełnienia zapasów kawy i herbaty; żarcie i dwie skrzynki piwa przywieźliśmy mercedesem Anetki.

Powinni byli się spieszyć, bowiem Tato zamierzał jeszcze przepłynąć do znanej mi skądinąd marinki pani Eweliny na obiecany pensjonatowy nocleg. Spanie na jachcie było możliwe, ale już trochę ziębiło.

Dla zabicia czasu zeszłam na dół, zrobić kawę sobie i Marcinowi.

Właśnie wydłubywałam ze słoiczka ostatki i sprawiedliwie rozdzielałam pomiędzy dwa kubki, kiedy ktoś się zaparł w zejściówce i zasłonił mi światło.

Ona!

Nie, nie ona. Jarek. Szalenie się ucieszył na mój widok. Nawet mnie – dość ostrożnie jednak – uściskał. To świetnie, że jestem. Był pewien, że jednak przyjadę, choćby na ostatnie godziny. Teraz dopiero będzie można pożegnać sezon.

O miągwie ani słowa.

– Tu masz świeżą kawę, tamte resztki ci nie wystarczą! Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że załoga znowu jest razem…

No, niezupełnie, Darii nie ma, a wtedy była. Widać mu to nie robi różnicy.

Gdzie jest miągwa?!

– Pomóż mi zanieść tę kawę na pokład, ja zawsze rozlewam połowę – zażądałam. – I wyjdźmy na świeże powietrze.

– A ta druga to dla mnie? – zaszemrał zmysłowo.

Ktoś tu zwariował.

– Nie, nie dla ciebie. Dla Marcina, bo prosił. Zrobić ci także?

– Nie, dziękuję. Daj te kubki.

Zgrabnie sobie poradził, nie wylał.

No i dobrze, że nie wylał, bo miągwa na niego patrzyła.

Wygramoliłam się na pokład i pierwsze, co zobaczyłam, to dziewucha w białym płóciennym gieźle, płóciennych portkach i takimże zawoju na głowie, wsparta niedbale o reling.

Oczka miała wbite w otwór zejściówki.

– O, jak miło. Zrobiłeś kawę…

– Wiktoria zrobiła. Dla siebie i Marcina – odpowiedział rzeczowo jej narzeczony.

Marcin, niestety dżentelmen, usłyszawszy to, natychmiast zaoferował miągwie swoją kawę.

Gdybym to przewidziała, nie umyłabym kubka.

Miągwa podała mi miękką łapkę. Nienawidzę miękkich łapek!

– Cześć – powiedziała idiotycznie zachrypniętym głosem. Już ja znam takie chrypki. Starannie ćwiczone. Żadna uczciwa chrypa tak nie brzmi.

– Wiktoria Sokołowska – przedstawiłam się wyraźnie i uścisnęłam mocno, choć z obrzydzeniem tę jej miękką łapkę. Jakbym złapała meduzę.

Skrzywiła się nieco.

– Karol mówił, że może przyjedziesz – chrypnęła.

– No i jestem. – Tu mi się skończyła inwencja. O czym jeszcze z nią gadać, na Boga? I jak ona się nazywa? Jarek nie uznał za stosowne porządnie nas sobie przedstawić.

A teraz zajął się odcumowywaniem jachtu od kei. Ryczący wciąż radośnie duet Marcina z Karolkiem rzucił się mu pomagać. W chwilę później płynęliśmy w stronę ulubionej mariny Taty Królika. Towarzyszyły nam dźwięki pieśni „Żegnaj, Nowa Szkocjo”. Poczułam się, jakbym wypływała na ocean.

Kiedy cumowaliśmy przy gościnnym pomoście pani Eweliny, słońce zaczynało już się skłaniać ku zachodowi. Wczesnemu, jak to w październiku, ale jednak zachodowi.

Pani Ewelina stanęła na wysokości zadania. Uprzedzona telefonicznie (komórka to największe cudo dwudziestego wieku!) pogoniła swój personel i znowu czekała na nas nieprzytomna wyżerka. Jak również ogrzany ogniem płonącym na kominku salon, gdzie mieliśmy spać wszyscy na kupie, w śpiworach, na materacach, kanapach, poduchach, skórach baranich i tak dalej. Cała reszta pensjonatu była zapchana wycieczką z Niemiec.

– Rozumie pan kapitan – tłumaczyła pani Ewelina – dla mnie to jest duży interes, teraz, pod koniec sezonu; a właściwie już po sezonie. Cały autokar!

Nie mieliśmy jej za złe. I tak okazała nam dużo serca, nie biorąc od nas żadnych pieniędzy. W dodatku znowu uparła się nas częstować.

– Kochani – tłumaczyła – dla mnie przyjmować przyjaciół pana kapitana Królikiewicza to jest taki zaszczyt, taka przyjemność, że tu nie ma mowy o żadnym płaceniu! Zjedzcie tu zaraz kolację, taka zaimprowizowana jest, jak to po sezonie, a potem może byście chcieli posiedzieć przy ognisku? Nie przy kominku, tylko na dworze, zrobimy ognisko nad wodą…

Kto by nie chciał? Rzuciliśmy się na smakołyki, a kiedy nasyciliśmy pierwszy głód, wyszliśmy na dwór, do tego ogniska.

Okazało się, że ogniska są dwa. Po obu stronach pomostu. Jedno było już – jeżeli można to tak określić – zajęte. Stała nad nim niemiecka wycieczka, zachwycona i, niestety, śpiewająca. Repertuar zachodnich gości obejmował pieśni zapewne biesiadne, obfitujące w różne tralala i jodłowanie. Każdy uczestnik przyjęcia dzierżył w jednej ręce flaszkę piwa, w drugiej kiełbaskę na patyku. Tata Królik, widząc nasze strapione miny, pocieszył nas przypuszczeniem, że te kiełbaski w końcu im się upieką, a wtedy oni zajmą się spożywaniem, a my sobie pośpiewamy. To znaczy Karol i Marcin.

Zazwyczaj po kilku piwach do tych dwóch kapitalnie współbrzmiących głosów przyłączały się nasze, nieco mniej wyrafinowane. Rozpoczynali jednak oni i tylko oni.

Rozsiedliśmy się na ławeczkach (tu uwidocznił się patriotyzm lokalny pani Eweliny: Niemcy musieli stać, bo nie dostali ławeczek; a może gospodyni nie miała ich już więcej) i słuchaliśmy krzepkiej pieśni z refrenem Ein, zwei, drei Matrosen, Matrosen, Matrosen… Echo niosło się po zalewie.

1 ... 6 7 8 9 10 11 12 13 14 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)