Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zapiski Stanu Poważnego». Краткое содержание книги:

Wiktoria – reporterka telewizyjna około trzydziestki, niespodzianie, tuż przed wyjazdem na zdjęcia, dowiaduje się, że zostanie mamusią. Mamusią – proszę bardzo, tylko gdzie jest tatuś do kompletu?

Na reporterskim horyzoncie pojawia się wprawdzie ktoś, kto by się nadał, ale niestety – ma on pewne felery, które niestety uniemożliwiają wydanie się za niego i tzw. „szczęśliwy happy end”. Poza tym co zrobić z tą koszmarną, stresującą, wyczerpującą, ukochaną pracą? Doprawdy, dziecko takiej matki musi wykazać niezłą siłę charakteru, żeby urodzić się w przepisowym terminie.

Sporo w „Zapiskach” prawdziwej telewizji, tej codziennej, nie gwiazdorskiej, takiej od podszewki. Co sympatyczniejsze postacie autorka żywcem przeniosła z rzeczywistości. Monika Szwaja przyznaje się między innymi do podobnego fioła telewizyjnego, jaki ma bohaterka „Zapisków”. Przyjaciele twierdzą życzliwie, że obie są tak samo „zakręcone”…

„Zapiski stanu poważnego” otrzymały III nagrodę w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka na „polską Bridget Jones”.
1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 71
Перейти на страницу:

– A coś ty – powiedział wprawdzie cyniczny Beret – my po prostu nie chcemy mieć żadnych zwłok w ekipie!

– To straszny kłopot, taki nieboszczyk znienacka, policja może się przyczepić – zamruczał Marek, dodając gazu, bo chcieliśmy złapać poranne klimaty, a czas uciekał.

– Właśnie – dodał Paweł, przewracając oczami. – Materiał zaczęty, nieskończony, rozpaprany; nie byłoby wiadomo, jak to rozliczyć…

Ale już do końca zdjęć cackali się ze mną jak ze śmierdzącym jajkiem. Zauważyłam, że stale któryś z nich miał mnie na oku.

Przeważnie pilnował mnie Marek. Pawełek bowiem, pospołu z biegającym za nim na kablu Beretem, dokumentowali zmagania pani Zosi z polnymi kamieniami.

To było coś niesamowitego. Pani Zosia nie tylko bowiem zbierała kamienie leżące na polu. Również wyrywała je z ziemi, a czasami były w nią wrośnięte do połowy. Jednemu nie mogła dać rady.

– Och ty, ty sobie nie myśl, że cię tak zostawię – syczała i stękała przez zaciśnięte zęby, próbując jednocześnie podważyć głaz łomem. – Tak nie może być. Nie wygrasz! Muszę cię zabrać… No chodź, chodź do mnie, ty draniu…

W końcu jednak nie zdołała go wyciągnąć. Pogroziła mu zaciśniętą pięścią.

– Ja tu wrócę po ciebie, czekaj…

Nie chodziła, ale biegała po tym kamienistym poletku. Mniejsze i większe kamienie najpierw układała obok siebie po kilka, potem zaś brała ich całe naręcze i biegła z nimi do traktora z przyczepką. W kabinie siedział sercowy pan Zdzisio i obserwował jej wysiłki, wzdychając ciężko. Pewnie by jej pomógł, gdyby mu to nie groziło zawałem.

– Patrz, Wicia – mówił do mnie z podziwem Marek. – Ja bym tego nie uniósł! Jeden, dwa, ale ona bierze po pięć na raz!

Przyczepką zapełniała się. Pani Zosia miała swój urobek i my mieliśmy swój. Paweł ciężko dyszał.

– Będzie? – Pani Zosia popatrzyła na niego pytająco.

– Będzie – odpowiedział, kiwając głową.

Nagle pani Zosia podskoczyła w miejscu.

– Jak to będzie? Przecież mi jeszcze został ten jeden, co mu obiecałam, że do niego wrócę!

Obróciła się i pognała przez pole, a za nią Paweł i Beret.

Z daleka widziałam, co się działo.

Pani Zosia z furią natarła na głaz, wciąż wbity w glebę. Spróbowała parę razy łomem, w końcu objęła go ramionami, zaparła się i wyszarpnęła ogromny kamień z ziemi! Pogalopowała do swojego traktorka, cisnęła głaz na kupę i z błyskiem w oku mruknęła:

– Mówiłam ci, że po ciebie wrócę!

– Popatrz – mówił do mnie Paweł, kiedy wracaliśmy już do domu, nakręciwszy jeszcze kilka scenek z panią Zosią w stacji paliw i przy zdawaniu kamieni. – Gdybyś napisała taką rolę dla aktorki, to nawet największa na świecie, najzdolniejsza aktorka zrobiłaby ci z tego kupę nie do przyjęcia. To po prostu nie mogłoby wypaść naturalnie. A ona naprawdę z tymi kamieniami rozmawiała. Beret, nagrałeś to porządnie? – zwrócił się nagle do dźwiękowca, zatopionego w rozmyślaniach na tylnym siedzeniu.

– Tak, tak, oczywiście, bardzo porządnie. – Beret najwyraźniej myślał już o czymś innym. A może raczej zasypiał snem sprawiedliwego.

– A słuchaj, Wika, jakie mi wyszły obrazki pod słońce, ona sylwetkowo z tymi kamieniami w objęciach… Kiedy montujesz?

– Za jakiś tydzień dopiero. Ale będę wcześniej przeglądać, to przyjdź.

– A jak ty się czujesz? – przypomniał sobie nagle.

– Bardzo dobrze, tylko mi się spać chce.

– No to śpimy. Beret już dawno odleciał.

No to poszliśmy spać. Z wyjątkiem biednego Marka, który włączył sobie radio i jechał.

Czwartek, 26 października

Nie bardzo mi się chciało iść dzisiaj do firmy. Niby nic mi nie było, ale śniadanko stanęło mi kością w gardle. Poniechałam jedzenia i postanowiłam jednak jechać do pracy i zająć się czymś konkretnym, żeby nie myśleć o żołądku. Czyżby to kotuś tak rozrabiał?

I bardzo dobrze, że pojechałam. W kancelarii obok kilku zaproszeń na różne imprezy, przeważnie mało ciekawe, znalazłam przesyłkę od pięknego Stanisława. Poznałam jego charakterystyczne pismo, przypominające indiańskie pismo węzełkowe. Prawie nie do odczytania.

Strasznie chciałam zajrzeć do koperty od razu, ale w tym momencie do kancelarii wszedł naczelny.

Pogadaliśmy trochę o Orkiestrze.

Szef zawiadomił mnie, że dostaliśmy bardzo porządny budżet na program i sporo wejść antenowych. On nam gratuluje. Podobno scenariusz był bardzo ładny.

No, no, jak miło.

Poszedł sobie.

Następnym przeszkadzaczem okazał się Paweł.

Przyszedł do mnie, do redakcji, dokładnie w momencie, kiedy zabierałam się do rozcinania koperty.

Chciał wiedzieć, czy przeglądałam już obrazki z panią Zosią oraz, skoro nie, to może byśmy zaraz poszli na przeglądarkę i zobaczyli? Bo on nie może usiedzieć.

Ja też nie mogę. Z nieco innego powodu, ale go rozumiem.

– Pawełku – powiedziałam – idź na dół, weź klucz od przeglądarki i wróć po mnie. Ja tymczasem wykonam jeszcze parę telefonów.

Paweł posłusznie wybiegł, a ja złapałam kopertę.

Telefon zadzwonił.

Nie umiem nie odebrać telefonu. Skoro już dzwoni, to znaczy, że ktoś mnie szuka, bo ma do mnie jakiś interes. Że jestem komuś potrzebna. No więc muszę odebrać. Ale to nie ja byłam potrzebna, jak się okazało.

– Dzień dobry, czy to redakcja programu „Morze Bałtyckie”?

Schowałam kopertę do kieszeni.

– Jak najbardziej. Wiktoria Sokołowska przy telefonie, autorka.

– Jak to autorka? Przecież to prowadzi taki pan z brodą?

– Zgadza się. Pan z brodą prowadzi, nazywa się Roch Solski. A ja redaguję. Czym mogę służyć?

Damski głos w telefonie zawahał się.

– Czy ja jednak nie mogłabym rozmawiać z tym panem… Solskim?

– Niestety nie, pan Roch nie pracuje w telewizji, tylko wpada do nas, kiedy robimy program. Ale jeżeli chodzi o sprawy tego cyklu, to ja się orientuję we wszystkim.

– No tak, pani się orientuje. Ale ja bym chciała z panem Solskim. Proszę mi podać jego telefon.

Zdenerwowała mnie ździebko.

– A pani dzwoni w sprawie programu czy jako wielbicielka pana Rocha? – zapytałam ciepło i uprzejmie. – Bo widzi pani, ja, niestety, nie jestem upoważniona do podawania jego prywatnego numeru. Proszę mi podać swój, postaram się państwa skontaktować.

– A gdzie on pracuje?

Zastanowiłam się, czy podawać babie takie informacje, ale w końcu podpisywaliśmy Rocha w każdym programie, mogła sobie przeczytać wizytówkę. Chociaż wątpię, skoro nie pamiętała nawet nazwiska swojego idola.

– Pan Solski pracuje w Urzędzie Morskim.

– W jakim dziale?

Już jej miałam dosyć. Niech sobie szuka tego Rocha i nie zawraca mi głowy.

– Proszę pani, proszę zadzwonić na centralę urzędu i poprosić o połączenie. Ja nie mogę pani nic więcej powiedzieć. Chyba że chodzi o zawartość programu. Nie? Do widzenia pani.

Rzuciła słuchawkę. Bardzo dobrze. Wreszcie przeczytam.

Telefon.

Ludzie! Co się dzieje? Przypomniało mi się, jak usiłowałam powiadomić Jarka o jego nowej roli – i też nie mogłam, bo mi bez przerwy coś przeszkadzało. Coś ja mam utrudnioną komunikację z tymi tatusiami. A w ogóle dlaczego nie zadzwonił, tylko pisze?

Prawda, dzwoni.

– Słucham…

– Witam cię, Wikuniu – zadudnił w słuchawce ciepły baryton Rocha. – Jak leci?

Nie leci. Zaparło się.

– Jako tako, Rosiu drogi. A co u ciebie?

– Mam dla ciebie parę ciekawostek. A tak w ogóle to dlaczego do mnie nie dzwonisz? Nie potrzebujesz mnie już? Nie robimy więcej programów?

– Robimy, robimy. Forsę za wrzesień dostałeś?

– Dostałem, ale nie wiem dlaczego, skoro mnie we wrześniu nie używałaś… Były jakieś premiery, które przeoczyłem?

– Skleroza jesteś. Używałam cię przed wakacjami. Zapomniałeś? Nakręciliśmy materiałów na pięć odcinków do przodu. Cztery już poleciały, właśnie miałam cię szukać, żeby kontynuować. Zapasy się kończą. Trzeba by coś dokręcić na dniach. Krysia uzgodni z tobą terminy. Wpadnij zresztą, pogadamy.

Pawełek zadyndał mi przed nosem kluczami od przeglądarki.

– Dobrze, Wikuś – mówił tymczasem Roch. – To ja wpadnę jutro, chcesz?

– Może być. Koło jedenastej, nie wcześniej. Aha, będzie cię szukała jedna wielbicielka. Ze mną nie chciała gadać, tylko z tym pięknym panem z długą brodą.

– Ja nie mam długiej brody! Dałaś jej moją komórkę?

– Skądże. Powiedziałam jej tylko, że pracujesz w Urzędzie Morskim. Pewnie już zaczęła zamęczanie sekretarek.

– No i świetnie. Jutro ci powiem, czy mnie znalazła.

Wyłączył się. Takie wielbicielki to on miewał od czasu do czasu, bowiem, obiektywnie rzecz ujmując, był mężczyzną przystojnym do obłędu. Typ wikinga. Jasna grzywa nad czołem. Siwe oczy pod grzywą. Nos jak marzenie – prosty i rasowy. Szerokie, chętne do uśmiechu usta. Broda – wcale nie długa, lecz starannie przystrzyżona. W mundurze Urzędu Morskiego prezentował się wstrząsająco.

Byłabym się może w nim zakochała, gdyby nie to, że jestem odwieczną przyjaciółką jego żony. Chodziłyśmy razem do liceum, studiowałyśmy, tylko że ona, wyszedłszy już za Rocha, którego poznała na jakichś baletach, zrezygnowała z dziennikarstwa i postanowiła zająć się szczęściem rodzinnym. Gotowanie, sprzątanie, tego rodzaju sprawy. Machnęli sobie od razu bliźniaki, bardzo praktycznie. Kiedy już trochę podrosły, Lilka zaczęła pracować w księgarni, ale wciąż jej zainteresowania koncentrowały się na tym, żeby kochany Rosio miał podane, uprane i wyprasowane.

1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)