Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Eldorado». Краткое содержание книги:

„Eldorado” jest dalszym ciągiem książki pt. „Szkarłatny kwiat”.
W Paryżu, w okresie największego terroru rewolucji francuskiej działa tajemniczy „Szkarłatny Kwiat”, który ratuje niewinnych ludzi od śmierci. Policja dużo by dała, aby wpaść na jego trop. Owym tajemniczym, nieuchwytnym bohaterem jest młody Anglik, który wraz z grupą przyjaciół utworzył tajną ligę. Jeden z jej członków, Armand, zakochuje się w aktorce i swym nieostrożnym zachowaniem naprowadza policję na trop „Szkarłatnego Kwiata”. Dostaje się on do więzienia oskarżony o uprowadzenie syna Ludwika XVI aresztowanego przez rewolucjonistów.
„Szkarłatny Kwiat” bestialsko torturowany zgadza się na wydanie młodego delfina. Komisarz policji w licznej asyście i w towarzystwie „Szkarłatnego Kwiata” i jego ukochanej jadą do rzekomej kryjówki syna Ludwika XVI. Jest to jednak podstęp.
Czy naszemu bohaterowi uda się uratować i czy Armand odzyska swoją piękną aktorkę? O tym już opowie ta książka.
1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 69
Перейти на страницу:

Nie robiła najmniejszej tajemnicy ze swego niskiego pochodzenia; przeciwnie, dumna była, że doszła tak daleko o własnych siłach. Liczyła dopiero 20 lat, a miała już wybitne stanowisko w artystycznym świecie Paryża.

Armand słuchał jej szczebiotu z zajęciem, wypytując ją z taktem o rozmaite szczegóły, a ona nawzajem pytała o jego lata dziecinne i o piękną Małgorzatę, która była swego czasu najjaśniejszą gwiazdą w wytwornym zespole artystów „Komedii Francuskiej”. Nie widziała nigdy na scenie Małgorzaty St. Just, ale do tej pory Paryż wysławiał jej talent i wszyscy miłośnicy sztuki dramatycznej ubolewali, że opuściła teatr.

W ten sposób rozmowa zeszła znów na Anglię; panna Lange oświadczyła, że żywi wielką sympatię dla przybranej ojczyzny Armanda.

– Dawniej zdawało mi się, że to brzydki kraj, pełen hałasu i wrzenia przemysłowego życia, przesycony mgłą i dymem zabójczym dla roślinności.

– A zatem w przyszłości – pani – odrzekł – myśl o Anglii jako o kraju okrytym zielonością, gdzie na wiosnę drzewa owocowe przystrajają się kwieciem, jak w czarownej bajce, a bujna trawa roztacza puszysty kobierzec w cieniu prastarych dębów i odwiecznych zamków obrosłych bluszczem i powojem.

– A „Szkarłatny Kwiat”? Opowiedz mi o nim, monsieur.

– Ach, mademoiselle, czegóż jeszcze o nim nie wiesz? „Szkarłatny Kwiat” jest człowiekiem, który poświęcił całe życie cierpiącej ludzkości. Słucha tylko jednego głosu – jęku uciemiężonych.

– Przecież twierdzą, monsieur, że filantropia gra podrzędną rolę u waszego bohatera, i że naraża się jedynie dla sportu.

– Jak każdy Anglik, mademoiselle, „Szkarłatny Kwiat” wstydzi się wszelkiej uczuciowości. Będzie się jej wypierał do upadłego, choć szlachetne jego serce odczuwa głęboko każdy ból. Sport?… A może sport i miłość bliźniego zbliżone są do siebie pod pewnym względem? Zawody na śmierć i życie, walka o zwycięstwo, rzucanie na hazard własnego życia z pogardą śmierci…

– Lękają się go we Francji, monsieur; wybawił tylu, tylu ludzi skazanych przez „komitet bezpieczeństwa publicznego”!

– Daj Boże, by więcej jeszcze wyratował.

– Ach, monsieur! Niech ratuje biedne dziecko, więzione w Temple!

– Litujesz się nad nim, mademoiselle?

– Jak każda dobrze mi myśląca kobieta we Francji. Ach! – dodała, wdzięcznym ruchem składając ręce i patrząc na Armanda oczyma pełnymi łez – gdyby wasz szlachetny „Szkarłatny Kwiat” chciał zająć się tym niewinnym jagniątkiem błogosławiłabym go z całego serca!

– Niech cię Bóg błogosławi za te słowa, mademoiselle – rzekł Armand z uniesieniem i olśniony jej urokiem i kobiecością klęknął przed nią na jedno kolano.

– Zacząłem tracić wiarę we własny naród, uważając Francuzów za podłych, a kobiety za godne pogardy. Mógłbym dziękować ci na kolanach za słodkie słowa współczucia i prawdziwie macierzyńskie serce dla małego delfina.

Nie wstrzymywała łez. Wzbierały w jej oczach i spływały po świeżych policzkach, nie odejmując uroku twarzyczce. W jednej ręce trzymała koronkową chusteczkę, którą od czasu do czasu ocierała oczy, a drugą oddała prawie bezwiednie Armandowi.

Zapach fiołków wypełniał pokój.

St. Just klęczał u jej stóp, przyciskając usta do jej ręki. Armand był bardzo młodym idealistą. W tej chwili trudno było twierdzić, że kochał się w pannie Lange. Miłość przyszła później, gdy nieszczęście spadło na niego jak grom – teraz poddawał się tylko czarowi jej osoby z całym entuzjazmem. Uważał za rzecz zupełnie naturalną, że zgina kolana przed uroczą małą kameą, której poznanie dało mu tyle radości i estetycznego upojenia.

Wkoło niego świat szedł za popędem najniższych instynktów; ludzie zwalczali się wzajemnie wśród obłudy i nienawiści; ale do tego małego stylowego saloniku, zdobnego w jedwabie i koronki, nie dotarł nigdy zewnętrzny świat. Tu panowały jedynie spokój i piękno.

Z młodzieńczego upojenia wyrwały ich ciężkie kroki na starych dębowych schodach. Rozległ się groźny rozkaz, krzyk kobiety, i w tej samej chwili wpadła do pokoju opiekunka młodej aktorki pani Belhomme, drżąc na całym ciele.

– Janko! Janko! Moje dziecko, to okropne! Mój Boże, co się z nami stanie? – Jęcząc i zawodząc rzuciła się na krzesło, kryjąc twarz w fałdach fartucha. Panna Lange i Armand nie ruszyli się z miejsca, jakby skamienieli. On klęczał w dalszym ciągu u jej stóp, a ona nie odrywała oczu od jego twarzy. – Zdawało się, że nie zauważyli nawet obecności starej krewnej, ale usłyszeli miarowe kroki na schodach i groźną komendę:

– Otwierać w imię ludu.

Zrozumieli, co to znaczy.

Rozkaz w imię ludu był prologiem do dramatu o dwóch rozstrzygających aktach: aresztowanie i gilotyna. Janka i Armand spojrzeli sobie prosto w oczy. Ujrzeli rozpostarte nad sobą skrzydła śmierci i w tej okropnej chwili uświadomili sobie, że tylko śmierć może ich rozdzielić. Miłość przyszła ze swym nieodłącznym towarzyszem_cierpieniem.

– Ciociu Mario!

Głos panny Lange stracił w jednej chwili dziecinny dźwięk, stał się poważnym, silnym i twardym. Choć mówiła do krewnej, promienne jej oczy spoczywały na pochylonej głowie Armanda St. Justa.

– Ciociu Mario! – powtórzyła rozkazująco, widząc, że krewna w dalszym ciągu drży ze strachu i trzyma fartuch przed oczami.

– Otwierać w imię ludu! – odezwał się po raz wtóry głośny, szorstki głos u drzwi wejściowych.

– Ciociu Mario, jeżeli chodzi ci o swoje i moje życie, to zapanuj nad sobą – rzekła Janka stanowczo.

– Co my poczniemy? Co się z nami stanie? – szlochała pani Belhomme. Lecz w końcu otarła łzy i ze zdumieniem spojrzała na słodką, małą Jankę, która stała się tak rozkazującą, tak zupełnie inną.

– Nie potrzebujesz się lękać, ciociu, jeśli uczynisz, co ci powiem – tłumaczyła Janka spokojnie – jeżeli zaś okażesz strach, jesteśmy zgubieni. A więc uspokój się, proszę cię.

Stanowczość dziewczęcia miała pożądany skutek. Pani Belhomme, choć wstrząsana łkaniem strzepnęła fartuch, przygładziła stargane włosy i spytała drżącym głosem:

– Co zamierzasz uczynić?

– Idź spokojnie do drzwi i otwórz.

– Ale przecież żołnierze…

– Jeżeli nie otworzysz dobrowolnie, wtargną gwałtem do mieszkania – rzekła Janka. – Idź zaraz i otwórz. Nie okazuj najmniejszego strachu, tylko pewne niezadowolenie, że przeszkodzili ci w pracy; powiedz żołnierzom, że mademoiselle jest w salonie. Idź w imię Boże.

Pani Belhomme wypełniła rozkaz jak automat i skierowała się ku drzwiom, gdyż nie było czasu do stracenia. Po raz trzeci usłyszano głośne wezwanie.

– Otwierać w imię ludu!

Po czym drzwi zostały wyważone.

Armand klęczał wciąż u stóp Janki, trzymając w swych dłoniach jej drżącą rękę.

– Miłosną scenę!… – szepnęła śpiesznie. – Czy umiesz coś w tym rodzaju?

Próbował powstać, lecz ona wstrzymała go. Myślał, że straciła przytomność ze strachu.

– Mademoiselle… – szepnął, próbując ją uspokoić.

– Staraj się mnie zrozumieć, rzekła ze zdumiewającym spokojem – i rób, co ci mówię. Ciocia Maria usłuchała mnie. Czy uczynisz to samo?

– Aż do śmierci – rzekł z zapałem.

– W takim razie odegramy pierwszą lepszą scenę miłosną. Z pewnością umiesz na pamięć dialog Rodryga z Szimeną… Na pewno znasz to – nagliła, a łzy przerażenia napływały jej do oczu – jeżeli nie, to co innego… Prędzej! Każda sekunda ważna!…

Tymczasem pani Belhomme doszła do drzwi i otworzyła je. Dały się słyszeć gniewne pomruki i szorstkie zapytanie żołnierzy:

– Gdzie obywatelka Lange?

– W salonie.

1 ... 10 11 12 13 14 15 16 17 18 ... 69
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)