Przejście
- Автор: Уиллис Конни
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-253-8
- Переводчик: Piotr Budkiewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Przejście». Краткое содержание книги:
Joanna przejrzała zapiski. „Zupełnie, jakby fala zatrzęsła statkiem”’, „…lekki wstrząs…”, „zupełnie jakby statek poślizgnął się na tysiącu szklanych kulek”. To ostatnie brzmiało znajomo. Czy pani Briarley o tym wspominał? „Pomyślałem, że przybijamy do brzegu. Dziwne”.
— Wracając do tego urzędu pocztowego — odezwała się rzeczowo Kit. — Nie mogłam znaleźć niczego z wyjątkiem magazynu pocztowego na pokładzie G. Jesteś pewna, że na Titanicu znajdowała się poczta? Żadne listy napisane przez pasażerów i tak nie zostałyby doręczone przed dotarciem statku do Nowego Jorku, więc nie prościej by było, gdyby ludzie po prostu nadali je po wylądowaniu? Widziałaś tam jakąś pocztę?
— Nie — odparła Joanna i chciała dodać, że pan Briarley powiedział, że idzie na pocztę, ale ugryzła się w język. Zadała Kit wystarczająco dużo bólu, nie musiała jej jeszcze mówić, że w swoich doświadczeniach granicznych widziała jej wujka w pełni władz umysłowych.
— Tak czy owak, będę szukać dalej. Coś jeszcze? — spytała Kit, a z wyrazu jej twarzy Joanna domyśliła się, że to prośba.
— Owszem. — Na ustach Kit ponownie wykwitł uśmiech, zupełnie jak u Maisie. — Chciałabym… — Czego bym chciała? — Chciałabym wiedzieć, czy na pokładzie znajdowała się kobieta o imieniu Edith.
— Edith Evans — odparła natychmiast Kit. — Pamiętam, że wujek o niej wspominał. Oddała swoje miejsce w łodzi kobiecie z dwójką dzieci.
I zginęła, szepnęła do siebie Joanna. Pomyślała o młodej kobiecie, niespokojnie pytającej, czy nie powinni iść na pokład łodziowy.
Wiem, dlaczego ją widziałam, przyszło jej do głowy. Zmarła tak jak W.S. Gilbert. Jednak kiedy Kit oświadczyła, że sprawdzi, czy na statku płynęły jeszcze inne Edith, Joanna jej nie powstrzymała. Kit sprawiała wrażenie, jakby koniecznie chciała komuś pomóc.
W drodze do samochodu Joanna uznała, że Kit ma rację. To straszne tylko przyglądać się panu Briarleyowi, Carlowi Śpiączce, Maisie i nie wiedzieć, jak im pomóc, jak powstrzymać ich powolną śmierć. Właśnie dlatego muszę znaleźć pana Briarleya i spytać go, co powiedział na lekcji, pomyślała.
Zerknęła na zegarek. O Boże, sesja zaczyna się za niecałe dwadzieścia minut. Popędziła z powrotem do szpitala i pobiegła do gabinetu. Przy drzwiach stała Tish.
— Spóźniła się pani — oświadczyła. — A ja chcę wyjść o czasie, więc proszę o jeszcze jedną ośmiosekundową sesję, dobrze?
— Wybiera się pani na randkę z tym położnikiem? — zainteresowała się Joanna, idąc z pielęgniarką do laboratorium.
— Nie, pracuję. Połowa szpitala jest na zwolnieniu z powodu grypy, a ja akurat mogę wziąć godziny nadliczbowe. Co nie oznacza, że nie mam nic innego do roboty.
— Nic nie wyszło z położnikiem?
— Nie chcę o tym rozmawiać.
Richarda nie było w laboratorium.
— Jest na górze z doktor Jamison — wyjaśniła Tish. — Powiedział, żebym zaczęła bez niego. Mam panią przygotować do sesji, a on zaraz przyjdzie.
Joanna włożyła szpitalną koszulę i wspięła się na stół.
— Co się dzieje z tymi facetami? Wszyscy dostali obsesji na punkcie pracy? — skarżyła się Tish. — Położnik okazał się równie beznadziejny jak doktor Wright. Cały czas wpatruje się w USG. To zupełnie nienormalne. Któregoś dnia obaj po prostu się przekręcą.
Podłączyła kroplówkę i cały czas trajkocząc, przyczepiła elektrody. Joanna usiłowała ją zignorować. Chciała się skoncentrować na znalezieniu pana Briarleya. Obiecała sobie, że zacznie od zlokalizowania stewarda, a potem będzie się trzymała blisko niego. Nie spuści z niego wzroku.
Wszedł Richard.
— Przepraszam, rozmawiałem z doktor Jamison. Wszystko gotowe? — spytał Tish, która potwierdziła. — A ty? — zwrócił się do Joanny.
— Gotowa.
Richard nasunął maskę na jej oczy. Nie odwracaj się, powtarzała sobie Joanna. Patrz prosto przed siebie. Znajdź stewarda.
— W porządku. Proszę podać środek uspokajający. — Założył Joannie słuchawki.
Sprawdź, dokąd pójdzie steward, myślała, idź za nim po schodach. Nagle przypomniała sobie urzędnika pocztowego, ciągnącego mokry worek, ujrzała wilgotną plamę na dywanie, przechylający się pokład…
— Zaczekaj! — krzyknęła i poczuła, jak ktoś zdejmuje jej słuchawki. — Richard…
— Co się stało? — Usłyszała jego głos. — Cała drżysz. Chcesz koc? Siostro, proszę przynieść Joannie koc.
Dobiegł ją odgłos kroków oddalającej się pielęgniarki.
— Richard… — Wymacała jego dłoń. — Jeśli statek zacznie tonąć, obiecaj mi, że przyjdziesz i mnie uratujesz…
Rozdział 34
„Będę słyszał w niebie”.