I wstali z martwych…
- Автор: Варгас Фред
- Язык: польский
- Жанр: Полицейские детективы
Электронная книга - «I wstali z martwych…». Краткое содержание книги:
– Nie znudziły się jej dotąd te cielęce zrazy? – zapytał Vandoosler.
– Skądże – obruszyła się Julia. – Zresztą ma dziwny sposób ich jedzenia. Układa grzyby jak nuty na pięciolinii, a potem systematycznie, widelec za widelcem, opróżnia talerz.
– Jest kobietą zorganizowaną – rzekł Vandoosler. – Tacy ludzie nie znikają bez uprzedzenia.
– Skoro jej mąż jest spokojny – powiedział Łukasz – to pewnie ma swoje racje, a nie musi przecież zwierzać się z prywatnych spraw każdemu, kto uzna, że zniknęła, tracąc okazję skosztowania cielęciny z grzybami. Dajmy temu spokój. Nie ma powodu, żeby kobieta nie wyjechała na jakiś czas, kiedy ma na to ochotę. Nie widzę powodu, żeby od razu jej szukać.
– Wydaje mi się – wtrącił Marek – że Julii chodzi po głowie coś, o czym nam nie powiedziała. Nie zamartwia się wyłącznie z powodu zrazów. Mam rację, Julio?
– To prawda – przyznała.
W bladym świetle poddasza wyglądała bardzo ładnie. Skoncentrowana na niepokojącej ją sprawie, nie zwracała uwagi na wygląd. Pochylona splotła ręce, a jej luźna sukienka nie przylegała do ciała. Marek zauważył, że Mateusz stanął na wprost Julii. Znów dostrzegł w nim to nieme poruszenie. Trzeba przyznać, że było się czym podniecać. Biel skóry, krągłe kształty, wdzięczna linia szyi, obnażone ramiona.
– Jeżeli jednak Zofia jutro wróci – ciągnęła Julia – będzie mi głupio, że opowiadałam zwykłym sąsiadom jakieś bzdury.
– Można być niezwykłym sąsiadem. – Łukasz się roześmiał.
– Poza tym jest to drzewo – dodał cicho Vandoosler. – Drzewo zmusza do mówienia.
– Drzewo? Jakie drzewo?
– Później – przerwał Vandoosler. – Teraz proszę nam powiedzieć, co pani wie.
Trudno było oprzeć się tembrowi głosu starego gliny. Dlaczego Julia miałaby być wyjątkiem od tej reguły?
– Przyjechała z Grecji z przyjacielem – powiedziała Julia. – Nazywał się Stelyos. Twierdziła, że to wierny wielbiciel, opiekun, jeżeli jednak dobrze zrozumiałam, to fanatyk, pociągający, ale wybuchowy, który nikomu nie pozwalał się do niej zbliżyć. Zofia była noszona na rękach, chroniona i pilnowana przez Stelyosa. Aż do dnia, w którym poznała Piotra i opuściła tamtego. Podobno rozegrał się istny dramat, Stelyos chciał się wysadzić w powietrze czy coś takiego. Już wiem, chciał się utopić, ale mu się nie udało. A potem wrzeszczał, gestykulował, groził, aż w końcu gdzieś zniknął. To wszystko. Nic nadzwyczajnego. Dziwny jest tylko sposób, w jaki Zofia o nim mówi. Nigdy spokojnie. Sądzi, że pewnego dnia Stelyos wróci i dla nikogo nie będzie to zabawne. Mówi, że jest Grekiem „do szpiku kości” przesiąkniętym starymi greckimi opowieściami i jeśli dobrze pamiętam, że nigdy się tego nie wyzbędzie. Dawniej Grecy byli kimś. Zofia mówi, że o tym się zapomina. Krótko mówiąc, trzy miesiące temu, nie, trzy i pół miesiąca, pokazała mi kartę, którą przysłano jej z Lyonu. Była na niej tylko gwiazda, i to niezbyt starannie narysowana. Nie zwróciłabym na tę kartę uwagi, ale Zofia była bardzo poruszona. Myślałam, że gwiazda oznacza śnieg, Gwiazdkę, ona jednak była przekonana, że znaczy Stelyos i nie zapowiada niczego dobrego. Podobno Stelyos zawsze uważał gwiazdę za swój znak. Że Grecy wpadli na pomysł, że należy uważać na gwiazdy. Ale potem nic się nie wydarzyło i Zofia zapomniała o karcie. To wszystko. Jednak teraz ogarnęły mnie wątpliwości. Zastanawiam się, czy Zofia dostała kolejną kartę. Może miała powody się bać. Nie wszystko potrafimy zrozumieć. Grecy byli naprawdę kimś.
– Kiedy wyszła za Piotra? – zapytał Marek.
– Dawno… Przed piętnastu, może dwudziestu laty… – powiedziała Julia.- Prawdę mówiąc, nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś czekał z zemstą dwadzieścia lat. W życiu mamy ważniejsze sprawy niż przeżuwanie rozczarowań. Zdajecie sobie sprawę? Gdyby każdy wariat dumał nad swym nieszczęściem i szykował zemstę, ziemia zamieniłaby się w jedno wielkie pole bitwy. W pustynię… Mam rację?
– Czasami zdarza się, że po długim czasie wraca się do kogoś myślami – zauważył Vandoosler.
– Rozumiem, że można kogoś zabić od razu – ciągnęła, nie słysząc. – Takie rzeczy się zdarzają. W afekcie. Ale wpaść w szał po dwudziestu latach? Nie mogę w to uwierzyć. Jednak Zofia wydawała się przekonana, że takie reakcje są możliwe. Nie wiem, może to typowe dla Greków. Opowiadam o tym, ponieważ dla Zofii to było ważne. Odnoszę wrażenie, że wyrzuca sobie, iż odtrąciła greckiego przyjaciela, a ponieważ zawiodła się na Piotrze, wspomnienia o Stelyosie ożyły. Mówiła, że się go boi, ale sądzę, że lubiła o nim myśleć.
– Zawiodła się na Piotrze? – zapytał Mateusz.
– Tak – potwierdziła Julia. – Piotra nic już nie interesuje. To znaczy, ona go nie interesuje. Rozmawia z nią, i tyle. Konwersuje, jak mówi Zofia, i godzinami czyta gazety, nie wysuwając zza nich nosa, kiedy ona przechodzi obok. Podobno zaczyna się już rano. Tłumaczyłam jej, że to normalne, ale ona uważa, że to smutne.
– Co z tego? – zapytał Łukasz. – Co z tego? Jeżeli wybrała się na wczasy ze swoim greckim kochasiem, to nie nasza sprawa!
– No ale te zrazy z grzybami – podjęła z uporem Julia. – Uprzedziłaby mnie. Zresztą wolałabym wiedzieć. Byłabym spokojniejsza.
– Mniejsza o zrazy cielęce – podchwycił Marek. – Ważniejsze jest drzewo. Nie wiem, czy możemy bezczynnie czekać, skoro kobieta zniknęła bez uprzedzenia, mąż nic sobie z tego nie robi, a w ogrodzie jest drzewo. Trochę tego za dużo. Co o tym myślisz, komisarzu?
Armand Vandoosler uniósł twarz o szlachetnych rysach. Była to twarz policjanta. Skupione spojrzenie, które zdawało się przenikać rozmówcę, nos, który jakby się wyostrzył, gotów do ofensywy. Marek dobrze znał to oblicze wuja. Armand miał tak wyrazistą twarz, że siostrzeniec potrafił wyczytać z niej, jakie pochłaniały go myśli. Kiedy tonacja była mroczna, skupiały się wokół bliźniąt i żony, którzy zniknęli, nie wiadomo gdzie, kiedy była neutralna – chodziło o śledztwo, gdy się wyostrzała, szło o kobietę, którą chciał zdobyć. Oczywiście – w uproszczeniu. Czasami wszystko się mieszało i sprawa stawała się bardziej skomplikowana.
– Niepokoję się – powiedział Vandoosler. – Ale sam niewiele mogę zrobić. Piotr Relivaux, jeżeli dobrze go oceniłem tamtego wieczoru, nie zechce rozmawiać z pierwszym lepszym gliniarzem, w dodatku starym i zepsutym, który zapuka do jego drzwi. Z pewnością nie zechce. Taki człowiek podporządkowałby się urzędnikowi państwowemu. Mimo to musimy się dowiedzieć…
– Czego? – zapytał Marek.
– Czy Zofia podała mężowi powód wyjazdu, a jeśli tak – jaki. Musimy się dowiedzieć, czy pod drzewem coś jest.
– Chyba nie zaczniemy od początku! – krzyknął Łukasz. – Pod tym przeklętym drzewem nic nie ma! Tylko gliniane fajki z osiemnastego wieku! W dodatku połamane.
– Pod drzewem nic nie było – poprawił go Vandoosler. – Ale… dziś?
Julia patrzyła na nich, nie rozumiejąc.
– O co chodzi z tym drzewem? – zapytała.
– Mówimy o młodym buku – wyjaśnił zniecierpliwiony Marek. – Pod murem w głębi jej ogrodu. Prosiła, żebyśmy rozkopali ziemię pod tym bukiem.