I wstali z martwych…
- Автор: Варгас Фред
- Язык: польский
- Жанр: Полицейские детективы
Электронная книга - «I wstali z martwych…». Краткое содержание книги:
– No właśnie – przytaknęła Julia. – Cała gama potraw z buraków.
Pięć minut potem Mateusz miał już pracę. Uśmiechał się, zacierając ręce. Później, już na schodach, Mateusz zapytał Marka, dlaczego skłamał, mówiąc, że nie może wziąć tej pracy, bo ma coś na oku.
– Bo to prawda – obruszył się Marek.
– Kłamstwo. Nic ci się nie trafiło. Dlaczego nie wziąłeś tej pracy?
– Łup należy do tego, kto go pierwszy zauważy – powiedział Marek.
– A kto co zobaczył?… Boże, gdzie się podział Łukasz? – zawołał nagle.
– Cholera, chyba zostawiliśmy go na dole.
Łukasz, który wlał w siebie równowartość dwudziestu kartonowych kubeczków, nie zdołał pokonać pierwszego półpiętra – zasnął na piątym stopniu. Marek i Mateusz chwycili go pod ramiona.
Vandoosler, po którym wciąż nie było widać zmęczenia, odprowadził Zofię do drzwi jej domu i właśnie wrócił.
– Piękny obrazek – skomentował. – Trzej ewangeliści wspierają się wzajemnie, pnąc się ku nieosiągalnym wyżynom.
– Psiakrew – mruknął Mateusz, dźwigając Łukasza – dlaczego oddaliśmy mu właśnie trzecie piętro?
– Skąd mieliśmy wiedzieć, że pije jak smok? – odpowiedział pytaniem Marek. – Pamiętasz zresztą, że nie mieliśmy wyboru. Obowiązywał porządek chronologiczny: na parterze – nieznane, tajemnica prapoczątku, powszechny mętlik, skupisko różnorodności, krótko mówiąc – wspólna przestrzeń. Na pierwszym piętrze – zaczątki wyłaniania się z chaosu, mętny bełkot, nagi człowiek stopniowo przyjmujący pozycję stojącą, czyli ty, Mateuszu. Wspinając się po drabinie czasu…
– O czym on tak ględzi? – zapytał stary Vandoosler.
– Deklamuje – odparł Mateusz. – W końcu ma do tego prawo. Oratorom nie wyznacza się godzin.
– Wspinając się po drabinie czasu – ciągnął Marek – przeskakujemy antyk, wskakujemy w drugie tysiąclecie, pełne kontrastów, odwagi graniczącej z szaleństwem, średniowiecznych kar – to ja i moje drugie piętro. A wyżej, nade mną, degradacja, dekadencja, współczesność. Jednym słowem on – mówił Marek, potrząsając ramieniem Łukasza – zamykające hańbą pierwszej wojny światowej stratygrafię historii i schodów. A jeszcze wyżej chrzestny, który na swój szczególny sposób pogrąża współczesność.
Marek przystanął, wzdychając.
– Sam widzisz, Mateuszu, że nawet jeśli względy praktyczne kazałyby ulokować tego typka na pierwszym piętrze, nie możemy sobie pozwolić na zakłócenie chronologii, zaburzenie architektury schodów. Drabina czasu, Mateuszu, to jedyne, co nam zostało! Nie wolno niszczyć tej klatki schodowej, która jest jedynym, co ustawiliśmy we właściwym porządku! Jedynym, stary przyjacielu! Nie możemy jej zniszczyć.
– Masz rację – przyznał z powagą Mateusz. – Nie wolno nam. Musimy wtaszczyć Wielką Wojnę na trzecie piętro.
– Jeżeli wolno mi wtrącić słowo – rozległ się nieoczekiwanie łagodny głos Vandooslera – obaj macie nieźle w czubie, a ja chciałbym, żebyście wnieśli świętego Łukasza na jego stratygraficzne leże, bo dopiero wtedy będę mógł dostać się na niezaszczytny poziom współczesności, gdzie zamieszkuję.
Nazajutrz Łukasz z ogromnym zaskoczeniem spoglądał na Mateusza szykującego się do wyjścia do pracy. Ostatnie epizody wieczoru, zwłaszcza zatrudnienie Mateusza w roli kelnera w restauracji Julii Gosselin, jakoś mu umknęły.
– Ależ – przypominał Mateusz – obściskiwałeś nawet Zofię Simeonidis, dziękując jej za to, że zechciała zaśpiewać. Pozwoliłeś sobie na dużą poufałość, Łukaszu.
– Nic nie pamiętam – jęknął Łukasz. – Więc zaangażowałeś się po stronie frontu wschodniego? I wyruszasz zadowolony? Z kwiatem w lufie karabinu? Wiesz, zawsze nam się wydaje, że pokonamy świństwo w parę dni, ale w rzeczywistości walka z łajnem trwa w nieskończoność.
– Naprawdę strzeliłeś o parę luf za dużo – stwierdził Mateusz.
– Bo to były lufy armatnie – sprecyzował Łukasz. – Powodzenia, żołnierzu.
XII
Mateusz zaangażował się w sprawy frontu wschodniego. Kiedy Łukasz miał wolne, wraz z Markiem przekraczał linię frontu i obaj szli na obiad do Le Tonneau, aby dodać koledze odwagi, a także dlatego, że świetnie się tam czuli. W czwartki również Zofia Simeonidis jadała tam obiady. W każdy czwartek, już od lat.
Mateusz obsługiwał powoli, nosił po jednej filiżance, nie uprawiając kelnerskiej ekwilibrystyki. Trzeciego dnia zauważył klienta, który jadł chipsy widelcem. Po tygodniu Julia zaczęła oddawać mu nadwyżki z kuchni i w ruderze znacznie poprawiła się jakość wieczornych posiłków. Dziewiątego dnia Zofia zaprosiła Marka i Łukasza na wspólny czwartkowy obiad. W kolejny czwartek, w szesnastym dniu pracy Mateusza, Zofia zniknęła.
Nazajutrz także nikt jej nie widział. Zaniepokojona Julia powiedziała świętemu Mateuszowi, że po zamknięciu restauracji chciałaby, jeśli to możliwe, spotkać się ze starym komisarzem. Mateusza drażniło, że Julia nazywa go świętym, ale stary Vandoosler w pierwszej rozmowie zaprezentował jej trzech młodych współlokatorów pod tymi idiotycznymi i nadętymi imionami i teraz sąsiadka nie potrafiła już ich zapomnieć. Kiedy zamknęli Le Tonneau, Julia poszła z Mateuszem do ich rudery. Po drodze zapoznał ją z chronologicznym podziałem schodów i pięter, aby nie oburzyło ją umieszczenie najstarszego z nich na samej górze.
Zadyszana po szybkiej wspinaczce na trzecie piętro Julia usiadła na wprost Vandooslera, którego twarz wyrażała pełne skupienie. Wydawało się, że Julia ceni ewangelistów, woli jednak zasięgać opinii starego komisarza. Wsparty o futrynę Mateusz pomyślał, że w rzeczywistości twarz starego komisarza ma w sobie piękno, i trochę go to rozgniewało. W dodatku im większe skupienie malowało się na obliczu Vandooslera, tym był bardziej urodziwy.
Łukasz, który wrócił z Reines, dokąd wyjechał na dobrze płatną konferencję na temat „Cofania się frontu”, zażądał, aby w skrócie zrelacjonować mu ostatnie wydarzenia. Zofia się nie odnalazła. Julia odwiedziła Piotra Relivaux, a on powiedział, żeby się nie martwić, bo Zofia wkrótce wróci. Wyglądał na zatroskanego, ale pewnego siebie. Dlatego Julia pomyślała, że Zofia usprawiedliwiła przed nim swój wyjazd. Jednak Julia nie potrafiła zrozumieć, że Zofia mogłaby wyjechać, nie uprzedzając jej o tym. Nie dawało jej to spokoju. Łukasz wzruszył ramionami. Nie chciał urazić Julii, lecz nic nie zobowiązywało Zofii do informowania jej o wszystkim. Ale Julia nie ustępowała. Nigdy dotąd Zofia nie opuściła czwartkowego obiadu bez uprzedzenia. Specjalnie dla niej przygotowywano cielęce zrazy z grzybami. Łukasz coś mruknął. Jakby zrazy cielęce mogły coś znaczyć wobec nieprzewidzianych, nagłych zdarzeń. Ale dla Julii zrazy były najwyraźniej ważniejsze. Julia była inteligentną kobietą, ale zawsze działo się to samo: zanim oderwała myśli od spraw codziennych, od siebie i tych cielęcych zrazów, zdążała palnąć głupstwo. Miała nadzieję, że stary komisarz zdoła skłonić Piotra Relivaux do powiedzenia czegoś więcej. Chociaż odniosła wrażenie, że Vandoosler nie cieszył się opinią najlepszego policjanta.
– Mimo wszystko – powiedziała – policjant zawsze jest policjantem.
– Niekoniecznie – zaprzeczył Marek. – Policjant wyrzucony z pracy może stać się antygliną, swego rodzaju wilkołakiem.