Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
Zawrócili i ruszyli z powrotem.
– Oszukaliśmy pana, Alfredzie, bo chcieliśmy, żeby dla drugiej strony to wyglądało jak najbardziej autentycznie. Chcieliśmy, żeby pan podejmował te same kroki, jakie podjąłby pan wtedy, gdyby to była prawdziwa akcja. Poza tym nie musiał pan wiedzieć, że Jordan cały czas dla nas pracuje. To nie było konieczne.
– Wielki Boże! – wybuchnął Vicary. – Więc wykorzystał pan mnie jak każdego innego agenta. Manipulowaliście mną.
– Można i tak to ująć.
– Ale dlaczego właśnie ja? Dlaczego nie ktoś inny?
– Bo pan, tak samo jak Peter Jordan, idealnie się nadawał.
– Mógłby mi to pan wyjaśnić?
– Wybraliśmy pana, ponieważ jest pan inteligentny, pomysłowy i w normalnej sytuacji nieźle dałby im pan w kość. Na Boga, toż omal nie przejrzał pan całej maskarady, gdy operacja była w toku. Wybraliśmy pana też, ponieważ tarcia między nami stały się niemal przysłowiowe. – Boothby zawiesił głos i zmierzył Vicary'ego wzrokiem. – Nie można powiedzieć, żeby wykazał się pan dyskrecją w okazywaniu wobec pracowników swej niechęci względem mojej osoby. Ale przede wszystkim wybraliśmy pana dlatego, że przyjaźnił się pan z premierem, a Abwehra o tym wiedziała.
– A kiedy mnie wylaliście, powiadomiliście o tym Niemców przez Hawke'a i Pelikana. Liczyliście, że poświęcenie osobistego przyjaciela Winstona Churchilla ostatecznie przekona Niemców o prawdziwości dokumentów Kettledrum.
– Właśnie, to było wpisane w scenariusz. I doskonale się sprawdziło.
– Churchill o tym wiedział?
– Tak, wiedział. I osobiście zaakceptował. Stary przyjaciel pana zdradził. Och, ten nasz Winston! On lubi takie gierki. Gdyby nie był premierem, zatrudniłbym go na oficera wywiadu. Wydaje mi się, że wręcz mu się to podobało. Podobno kazanko, którym pana uraczył w podziemnej kwaterze, to był prawdziwy majstersztyk.
– Dranie – mruknął Vicary. – Łajdacy, manipulatorzy. Choć cóż, chyba powinienem się uznać za szczęściarza. Mogłem zginąć, jak tamci. Boże! Zdaje pan sobie sprawę, ilu ludzi zginęło przez tę waszą gierkę? Pope, jego dziewczyna, Rose Morely, dwóch ludzi z wydziału specjalnego na Earl's Court, czterech policjantów w Louth, jeden w Cleethorpes, Sean Dogherty, Martin Colville.
– Zapomniał pan wymienić Pétera Jordana.
– Na miłość boską, zabił pan własnego agenta.
– Nie, Alfredzie, to pan go zabił. Pan go w końcu wysłał na tamten kuter. Przyznam, że nawet mi się to spodobało. Człowiek, którego beztroska omal nas nie kosztowała przegranej wojny, ginie, ratując życie dziewczynki, i w ten sposób okupuje swe winy. Tak by to przedstawił Hollywood. I to właśnie, zdaniem Niemców, się stało. Zresztą, ci zabici to nic w porównaniu z rzezią, jaka by się dokonała w Normandii, gdyby Rommel tam na nas czekał.
– Czy wszystko sprowadza się do winien i ma? Tak to pan traktuje? Jak jedną olbrzymią płachtę księgowości? Cieszę się, że się stamtąd wyrwałem! Nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Nie, jeśli to oznacza zniżanie się do takich postępków. Boże, takich jak pan już dawno powinno się było spalić na stosie.
Wspięli się na ostatni pagórek. Przed nimi, w oddali, widniał dom Vicary'ego. Winorośl posadzona przez Matyldę opiekuńczo otulała kamienny murek. Vicary chciał tam wrócić, trzasnąć drzwiami, usiąść przy ogniu i więcej o tym nie myśleć. Zdawał sobie sprawę, że teraz to niemożliwe. Marzył, by się pozbyć Boothby'ego. Przyspieszył kroku i tak gwałtownie ruszył w dół, że omal się nie przewrócił. Długonogi, umięśniony Boothby usiłował dotrzymać mu kroku.
– Wcale pan tak nie myśli, prawda, Alfredzie? Lubił pan to. Dał się pan uwieść tej grze. Podobało się panu manipulowanie i oszustwo. Uniwersytet chce pana z powrotem przyjąć, a pan nie jest pewny, czy chce wrócić, bo uświadomił pan sobie, że wszystko, w co pan wierzył, to kłamstwo, mój świat zaś, ten świat, jest prawdziwy.
– Pan i pana świat nie jesteście prawdziwi. Sam nie wiem, jacy jesteście, ale z pewnością nie jesteście prawdziwi.
– Może pan sobie gadać, lecz ja wiem, jak strasznie pan za tym tęskni. Nasza praca staje się jak kochanka. Czasem za nią nie przepadasz. I przy niej siebie też niezbyt lubisz. Chwile, kiedy dobrze się czujesz, szybko ulatują. Lecz jeśli próbujesz ją porzucić, coś cię z powrotem do niej ciągnie.
– Obawiam się, że ta metafora do mnie nie trafiła, sir Basilu.
– I znowu to samo. Udaje pan, że jest ponad nami, lepszy. A ja sądziłem, że w końcu pan zmądrzał. Potrzebuje pan ludzi takich jak my. Kraj nas potrzebuje.
Przeszli przez furtkę i na podjazd. Żwir chrzęścił im pod nogami.
Vicary'emu przypomniało się popołudnie, kiedy wezwano go do Chartwell i zaangażowano do MI- 5. Przypomniał sobie poranek w podziemnej kwaterze Churchilla i jego słowa: „Musisz odrzucić resztki moralności, odłożyć na bok wszelkie ludzkie uczucia, jakie jeszcze żywisz, i robić tylko to, co prowadzi do zwycięstwa".
Wreszcie ktoś był z nim szczery, nawet jeśli wówczas kłamał.
Zatrzymali się przy samochodzie Boothby'ego.
– Zrozumie pan, jeśli nie zaproszę pana na herbatę – przemówił Vicary. – Chciałbym pójść zmyć z rąk krew.
– Na tym polega całe piękno tej sprawy, Alfredzie. – Boothby podniósł obie dłonie, żeby Vicary mógł im się przyjrzeć. – Na moich rękach też jest krew. Ale ani ja jej nie widzę, ani nikt inny. To sekretne plamy.
Boothby otworzył drzwiczki, silnik zawarczał.
– Kto to jest Brum? – po raz ostatni spytał Vicary. Twarz generała pociemniała, jakby przesłoniła ją chmura.
– Brum to Brendan Evans, pana stary przyjaciel z Cambridge. Powiedział nam o sztuczce, dzięki której w czasie pierwszej wojny dostał się pan do wywiadu. Powiedział też o pana wypadku we Francji. Wiedzieliśmy, co panem kieruje, co pana motywuje. Musieliśmy. W końcu manipulowaliśmy panem.
Vicary'ego zaczęła boleć głowa.
– Mam jeszcze jedno pytanie.
– Chce pan wiedzieć, czy Helen była w to wciągnięta, czy też przyszła do pana z własnej woli.
Vicary znieruchomiał, czekając na odpowiedź.
– Czemu jej pan nie poszuka i sam nie spyta?
Po czym Boothby zniknął w samochodzie i odjechał.
Rozdział dwudziesty drugi
Londyn, maj 1945
Tego wieczoru o szóstej Lillian Walford odchrząknęła, lekko zastukała do drzwi i weszła, nie czekając na odpowiedź. Profesor był na miejscu, siedział przy oknie z widokiem na Gordon Square – drobna figurka pochylona nad starym rękopisem.
– Pójdę już, jeśli nie jestem panu potrzebna, profesorze – odezwała się, rozpoczynając rytuał zamykania książek i porządkowania papierów, który nieodmiennie towarzyszył ich piątkowym wieczornym rozmowom.
– Nie, poradzę sobie, dziękuję.
A mimo wszystko bardzo w to wątpię, profesorze – pomyślała, spoglądając na niego. Coś się w nim zmieniło. Och, nigdy nie był gadatliwy. Nigdy sam nie zagaił rozmowy, jeśli się go nie zmusiło. Ale teraz stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie, biedaczysko. I wbrew jej oczekiwaniom, w miarę upływu czasu to się pogłębiało, zamiast ustępować. Po wydziale krążyły plotki, czcze spekulacje. Niektórzy twierdzili, jakoby wysłał ludzi na śmierć albo kazał zabijać. Trudno sobie wyobrazić, żeby profesor robił coś takiego, choć musiała przyznać, że to ma jakiś sens. Coś sprawiło, że złożył ślub milczenia.
– Powinien pan niedługo wyjść, jeśli chce pan zdążyć na pociąg.
– Pomyślałem, że może zostanę na weekend w Londynie – odrzekł, nie odrywając wzroku od tekstu. – Chcę się przekonać, jak teraz wygląda nocą, kiedy wreszcie znowu płoną światła.