Ptaki Ciernistych Krzewów
- Автор: Маккалоу Колин
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Ptaki Ciernistych Krzewów». Краткое содержание книги:
– Nie martw się, nie mam zamiaru – odrzekł poważnie.
Bardzo kształtna para kobiecych nóg zatrzymała się przy Danie. Podniósł wzrok i zaczerwienił się mimowolnie. Siląc się na obojętność powiedział:
– Cześć, Marto.
– Cześć.
Marta była niezwykle urodziwą, choć niezbyt utalentowaną aktorką, ale i tak stanowiła atrakcję każdego przedstawienia. Była w typie Dane'a i Justyna już nieraz słyszała jego pełne uznania komentarze. Wysoka, ciemnooka, ciemnowłosa, miała jasną karnację i wspaniałe piersi.
Przysiadła na brzegu stołu Justyny i machała nogą przed nosem Dane'a, przyglądając mu się z niekłamanym uznaniem. Wyraźnie wprawiało to Dane'a w zakłopotanie. Naprawdę jest na co popatrzeć – myślała Marta. – Skąd Justyna wytrzasnęła takiego brata? Cóż z tego, że ma dopiero osiemnaście lat?
– Może wpadniecie do mnie na kawę? – zaprosiła, patrząc na Dane'a. – Oboje – dodała niechętnie.
Justyna zdecydowanie pokręciła głową, przyszłą jej bowiem pewna myśl do głowy.
– Dzięki, nie mogę. Musisz zadowolić się moim bratem.
Ale i on potrząsnął głową, choć z żalem, jakby naprawdę miał ochotę.
– Dzięki, marto, ale ja też nie mogę. – Spojrzał na zegarek jak na wybawienie. – O rany, spóźnię się! Justyno, długo ci to jeszcze zajmie?
– Jakieś dziesięć minut.
– Poczekam na ciebie na zewnątrz dobrze?
– Tchórz! – zadrwiła.
Marta odprowadziła go wzrokiem.
On jest naprawdę wspaniały. Czemu nawet na mnie nie spojrzy?
Justyna uśmiechnęła się krzywo i dokończyła zmywać makijaż. Zauważyła kilka piegów, pomyślała, że pochmurny Londyn dobrze wpłynie na jej cerę.
– Nie martw się, patrzy. Może nawet miałby ochotę spotkać się z tobą, ale nie może się zdecydować. Nie, nie Dane.
– Dlaczego? Co mu jest? Nie mów mi, że to pedał! To okropne! Co spotkam wspaniałego faceta, okazuje się, że jest dziwny! Nie przypuszczałam jednak, że Dane też, nie wygląda na takiego.
– Uważaj, co mówisz, głupia! Z całą pewnością jest normalny. A jeśli się zainteresuje naszą słodką młodą gwiazdą, małym Williamem, osobiście poderżnę mu gardło i Williamowi też.
– No to jeśli nie jest taki, dlaczego nie korzysta? Nie rozumie moich aluzji? A może uważa, że jestem dla niego za stara?
– Kochanie, nawet jeśli będziesz miała sto lat, nie będziesz za stara dla normalnego faceta. O to nie musisz się martwić. Nie, Dane wyrzekł się życia płciowego, idiota! Ma zamiar zostać księdzem.
Ponętne usta Marty otworzyły się ze zdziwienia, odrzuciła do tyłu piękne czarne włosy.
– Niemożliwe!
– Szczera prawda.
– Chcesz powiedzieć, że to wszystko się zmarnuje?
– Niestety, ofiaruje to Bogu. A Bóg na pewno nie jest zanadto zainteresowany nami, kobietami. Zajmujemy u Niego miejsca dalekie, na jaskółce. Pierwsze rzędy i balkon zarezerwowany jest dla mężczyzn.
– Och!
Justyna zdjęła strój Elektry i włożyła cienką bawełnianą sukienkę, a uświadomiwszy sobie, że na dworze jest chłodno, narzuciła jeszcze wełniany żakiet. Pogładziła Martę po głowie.
– Nie martw się moja droga. Bóg był dla ciebie dobry, nie dał ci rozumu. Wierz mi, tak jest zdecydowanie lepiej. Stwórca nigdy nie będzie miał w tobie rywala.
– Nie wiem, nie miałabym nic przeciwko rywalizowaniu Nim o twojego brata.
– Zapomnij o tym. Walczyłabyś z Kościołem, a tego się nie robi. Znacznie łatwiej będzie ci uwieść słodkiego Williama, mówię ci.
Samochód z Watykanu czekał na Dane'a na lotnisku. Gdy przejeżdżali nasłonecznionymi i wyblakłymi ulicami, pełnymi przystojnych, roześmianych ludzi, Dane nie odrywał nosa od szyby. Nie mógł uwierzyć, że widzi to wszystko na własne oczy, te widoku znane mu dotąd tylko z fotografii – starożytne kolumny, rokokowe pałace, renesansowe piękno bazyliki Świętego Piotra.
Kardynał de Bricassart czekał na niego tym razem od stóp do głów odziany w purpurę. Na palcu wyciągniętej ku niemu ręki błyszczał pierścień. Dane padł na kolana, by go ucałować.
– Wstań, Dane. Pozwól, że ci się przyjrzę.
Wstał, uśmiechając się do wysokiego mężczyzny. Dorównywał mu wzrostem, mogli więc spojrzeć sobie w oczy. Dane wyczuwał w kardynale ogromną duchową siłę, która kojarzyła się raczej z papieżem niż świętym, lecz smutne oczy kardynała nie były oczyma papieża. Ileż musiał wycierpieć by zagościł w nich taki wyraz, i jak szlachetnie musiał się wznieść ponad swoje cierpienie, by zostać tym najwspanialszym z księży.
Kardynał Ralph patrzył na syna, nie zdając sobie z tego sprawy. Kochał go, bo jak sądził, był synem jego ukochanej Meggie. Takiego właśnie syna pragnąłby – wysokiego, przystojnego, pełnego wdzięku. W cały swoim życiu nie widział nikogo, kto by miał tak harmonijne ruchy. Jednak znacznie bardziej niż uroda podbiła go czystość duszy Dane'a. Chłopiec miał w sobie siłę anioła, a także jego niebiańskość. Czy on sam w jego wieku był taki? Usiłował przypomnieć sobie, przeskoczyć pamięcią wydarzenia kilkudziesięciu lat. Nie, nigdy taki nie był. Czy dlatego, że ten przychodził naprawdę z własnego wyboru? On sam bowiem został zmuszony, mimo powołania, tego przynajmniej wciąż był pewien.
– Usiądź, Dane. Czy zacząłeś uczyć się włoskiego, tak jak prosiłem?
– Mówię płynnie i czytam z łatwością. Jest to mój czwarty język i zapewne dlatego nie mam kłopotów. Zdaje się, że mam ucho do języków. Po paru tygodniach osłucham się z językiem potocznym.
– Z pewnością. Ja też mam talent do języków.
– Przydają się – powiedział Dane.
Kardynał pochylił się ku niemu nie spuszczając wzroku.
„Ralphie, czynię cię za niego odpowiedzialnym – pisała Meggie w liście. – W twoich rękach jest jego los, jego szczęście. Oddaję, co ukradłam. Tak się złożyło. Żebym jednak była spokojna, że chodzi ci tylko o jego dobro, obiecaj mi dwie rzeczy. Po pierwsze, upewnij się, czy tego właśnie szczerze pragnie. Jeśli tak, to obiecaj, że będziesz miał na niego oko i przypilnujesz, by nie zmienił zdania. Gdyby jednak do tego doszło, chcę, by do mnie wrócił. Najpierw bowiem należał do mnie, i to ja daję go Tobie”.
– Dane, czy jesteś absolutnie pewny swojej decyzji? – spytał kardynał.
– Absolutnie.
– Dlaczego?
– Dlatego, że miłuję naszego Pana i chcę Mu służyć przez resztę moich dni.
– Czy rozumiesz, co wiąże się z tą służbą?
– Tak.
– Żadna inna miłość nie może wejść pomiędzy ciebie i Niego. Należysz wyłącznie do Niego.
– Tak.
– Jego wola decyduje o wszystkim, w Jego służbie musisz zapomnieć o sobie, o swojej indywidualności, o przekonaniu, że jesteś jedyny i najważniejszy.
– Tak.
– Może w Jego imieniu będziesz musiał stanąć oko w oko z szykanami, więzieniem i śmiercią. Nie wolno ci posiadać i cenić czegokolwiek, co mogłoby zmniejszyć twoje umiłowanie Pana.
– Tak.
– Czy jesteś silny, Dane?
– Jestem mężczyzną, Wasza Eminencjo, przede wszystkim mężczyzną. Wiem, że będzie to trudne. Modlę się jednak, bym z Jego pomocą znalazł wystarczającą siłę.
– Czy tylko to cię zadowoli, Dane?
– Tylko to.
– Co zrobisz, jeśli kiedyś zmienisz zdanie?
– Poproszę, by pozwolono mi odejść – powiedział zdumiony Dane. – Gdybym poczuł, że minąłem się z powołaniem. Nie kochałbym Go mniej, lecz zrozumiałbym, że muszę Mu służyć w inny sposób.
– Czy zdajesz sobie sprawę, że kiedy złożysz ostatnie śluby i zostaniesz wyświęcony, nie będzie już drogi odwrotu, żadnej dyspensy, absolutnie żadnego uwolnienia?
– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedział Dane cierpliwie. – Gdybym chciał zmienić decyzję, zrobię to w porę.