Ptaki Ciernistych Krzewów
- Автор: Маккалоу Колин
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Ptaki Ciernistych Krzewów». Краткое содержание книги:
– Czy wiesz już coś o kobietach, Dane? – spytała nagle, otwierając oczy.
Uśmiechnął się.
– Chodzi ci o te sprawy?
– To z pewnością wiesz. Justyna wszystko wypaplała, jak tylko odkryła, co się mieści między okładkami podręczników fizjologii. Nie, chciałam wiedzieć, czy wprowadziłeś już w życie wykłady Justyny.
Potrząsnął głową, usiadł znów przy niej i spojrzał w oczy.
– Śmieszne, że pytasz mnie o to, mamo. Już dawno chciałem z tobą o tym porozmawiać, ale nie wiedziałem, jak zacząć.
– Masz ledwie osiemnaście lat, kochanie. – Czy nie za wcześnie myśleć o sprawdzaniu teorii w praktyce? – Jednocześnie pomyślała, że tylko osiemnaście lat i aż osiemnaście.
– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. To znaczy, nie chcę w ogóle sprawdzać teorii a praktyce.
Poczuła zimny wiatr wiejący od dalekich gór i zdziwiła się, że dotąd go nie czuła. Rozejrzała się za swoim płaszczem kąpielowym.
– Nie sprawdzać w ogóle w praktyce – powtórzyła za nim tępo i nie było to pytanie.
– No właśnie, nie chcę. Myślałem o tym, myślałem, żeby mieć żonę i dzieci. Naprawdę. Ale nie mogę. Nie umiałbym kochać ich i jednocześnie kochać Boga. Wiem o tym już od dawna. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czułem inaczej: im jestem starszy tym większa moja miłość do Boga. To wielka tajemnica – miłowanie Boga.
Meggie patrzyła w łagodne, jakby nieobecne oczy. To były oczy Ralpha, dawnego Ralpha. Palił się w nich jednak jakiś ogień, którego nigdy nie widziała u Ralpha. Może kiedy miał osiemnaście lat? Czy kiedykolwiek był w nim ten ogień? A może to było coś, czego można doświadczyć tylko w wieku osiemnastu lat? Kiedy zjawiła się w życiu Ralpha, był już znacznie starszy, miał dwadzieścia osiem lat. Jej syn był mistykiem, zawsze o tym wiedziała. Nie sądziła, by kiedykolwiek Ralph miał skłonności do mistycyzmu. Przełknęła ślinę, owinęła się ściślej płaszczem kąpielowym.
– Zadałem więc sobie pytanie – kontynuował Dane – w jaki sposób mógłbym pokazać Mu, jak bardzo go kocham. Długo opierałem się nasuwającemu rozwiązaniu, ponieważ pragnąłem również być mężczyzną. Jednak wiedziałem, jaką powinienem ponieść ofiarę… Jest tylko jedna rzecz, którą mogę mu ofiarować, żeby pokazać, że w moim sercu nigdy nie będzie nikogo poza Nim. Muszę ofiarować jedynego Jego rywala, tej właśnie ofiary On żąda.
– Westchnął, zerwał źdźbło trawy. – Muszę pokazać Mu, że rozumiem, dlaczego otrzymałem tyle już przy urodzeniu. Muszę pokazać., że rozumiem, jak mało ważne jest moje życie jako mężczyzny.
– Nie możesz tego zrobić, nie pozwolę ci! – krzyknęła Meggie chwytając go za ramię. Poczuła gładkość skóry i drzemiącą pod nią siłę, zupełnie jak u Ralpha. Czy żadna dziewczyna nie dotknie tego wspaniałego ciała?
– Będę księdzem – powiedział Dane. – Stanę się Jego oddanym sługą, ofiaruję Mu wszystko, co mam i czym jestem, jako Jego kapłan. Ubóstwo, czystość i posłuszeństwo. Nie będzie to łatwe, ale uczynię to.
Zdumiał go wyraz jej oczu. Jakby ją zabił, wdeptał w ziemię. Nie przypuszczał, że tak to przyjmie, sądził, że będzie z niego dumna. W szkole mówili, że z pewnością będzie zachwycona, podniesiona na duchu, że zgodzi się z radością. Zamiast tego patrzyła na niego, jakby jego kapłaństwo było dla niej wyrokiem śmierci.
– Zawsze tego pragnąłem – powiedział w rozpaczy, patrząc w jej umierające oczy. – Mamo, dlaczego nie chcesz zrozumieć? Nigdy nie chciałem być kimkolwiek innym, tylko księdzem! Nie mogę nie być księdzem!
Ręka jej opadła. Na jego ramieniu zostały białe ślady jej palców i maleńkie łuki tam, gdzie wbiły się jej paznokcie. Odrzuciła głowę i zaczęła się śmiać. Śmiała się długo, histerycznie, śmiałą się gorzkim, ironicznym śmiechem.
– To niemożliwe! – wydusiła z siebie, kiedy wreszcie odzyskała mowę, wycierając łzy z kącików oczu drżącą ręką. – Niesamowita ironia! Popioły róż – tak powiedział tamtej nocy, gdy szliśmy do jeziorka. Ale ja nie rozumiałam, co miał na myśli. Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Należysz do Kościoła, więc wrócisz do Kościoła. To piękne, naprawdę piękne! Niech diabli wezmą Boga! Sodomita! Największy wróg kobiet – to właśnie Bóg! Czegokolwiek chcemy dokonać, On stara się to zepsuć!
– Nie, mamo! Nie, nie, nie! – Płakał, litował się nad jej bólem nie rozumiejąc go, nie rozumiejąc słów, które wypowiadała. Łzy paliły jego serce. A więc taka miała być jego ofiara! Lecz nawet jej łzy nie mogły go powstrzymać. Ofiara musiała zostać spełniona i trudniej przychodziło ją złożyć, tym cenniejszą musiała być w Jego oczach.
Po raz pierwszy w życiu doprowadziła go do płaczu. Nie powinna niszczyć go własnymi problemami, nie jego wina, że taki się urodził, że takim go stworzył Bóg! Jego Bóg. Bóg Ralpha. Był światłem jej życia, jej synem i nigdy nie powinien cierpieć z jej powodu, przenigdy.
– Dane, nie płacz – szeptała, gładząc ślady swego gniewu na jego ramieniu. – Przepraszam cię, nie chciałam. Zaskoczyłeś mnie, zaskoczyłeś mnie, nie spodziewałam się tego. – Zdobyła się nawet na śmiech, trochę jeszcze drżący. – Jakbyś mnie zdzielił pałką przez głowę!
Osuszył łzy, spoglądając na nią niepewnie. Dlaczego wydawało mu się, że sprawił jej tak śmiertelny ból? To znów były oczy mamy, takie jak zawsze, pełne miłości i życia. Silne, młode ramiona otoczyły ją i przygarnęły.
– Naprawdę nie masz nic przeciwko temu?
– Przeciwko? Czyż porządna matka katoliczka może mieć coś przeciwko temu, żeby syn został księdzem? Nie! – Wstała szybko. – Brr! jak zimno! Jedźmy do domu.
Tym razem przyjechali nie konno, lecz otwartym landroverem. Dane usiadł za kierownicą, matka obok.
– Czy wiesz, dokąd chciałbyś pójść? – spytała, łapiąc gwałtownie oddech i odgarniając włosy z czoła.
– Chyba do Świętego Patryka. Przynajmniej na początek. Może potem wstąpię do zakonu. Chciałbym być jezuitą, ale nie jestem tego na tyle pewien, by od razu iść do zakonu jezuitów.
Meggie wpatrzona była w płową trawę przed sobą.
– Mam znacznie lepszy pomysł, Dane. Wyślę cię do Rzymu, do kardynała de Bricassart? Pamiętasz go?
– Czy go pamiętam? Też pytanie, mamo! Nie mógłbym go zapomnieć! Uważam go za idealnego księdza. Gdybym mógł być taki jak on, byłbym szczęśliwy.
– Pozory mogą mylić! – powiedziała Meggie sucho. – Ale polecę cię jemu, bo wiem, że wyświadczy mi przysługę i zaopiekuje się tobą. Możesz uczęszczać do seminarium w Rzymie.
– Naprawdę, mamo? Naprawdę? – Niepokój wyparł radość z jego twarzy. – Ale czy wystarczy pieniędzy? Byłoby znacznie taniej, gdybym został tu, w Australii.
– Mój drogi, właśnie dzięki kardynałowi de Bricassart nigdy nie zabraknie ci pieniędzy. – Przy kuchni wepchnęła go do środka.
– Idź, powiedz pani Smith i dziewczynom. Na pewno będą w siódmym niebie.
Ociągając się, Meggie weszła do domu. W salonie siedziała przy popołudniowej herbacie Fee, jakim cudem zajęta nie pracą, lecz rozmową z Anne Mueller. Podniosły głowy na widok Meggie. Zauważyły od razu, że stało się coś złego.
Muellerowie odwiedzali Droghedę co roku od osiemnastu lat. Wszyscy sądzili, że tak już będzie zawsze. Ale minionej jesieni Luddie Mueller nagle zmarł. Meggie natychmiast napisała do Anne i zaprosiła ją, by zamieszkała w Droghedzie na stałe. Miejsca było dość, domek gościnny stał pusty, a pieniędzy starczyłoby na przyjęcie niejednego gościa. A jeśli duma nie pozwoliłaby Anne na takie rozwiązanie, zawsze mogła łożyć na swoje utrzymanie. Meggie traktowała to jako spłatę długu za samotne lata w Queensland. Dla Anne propozycja ta była zbawieniem. Bez Luddiego czuła się w Himmelhoch okropnie samotna. Domu jednak nie sprzedała, lecz wynajęła. Po jej śmierci miał przypaść Justynie.