Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
– Patrz tylko w górę, tylko w górę! – powtórzyłem sobie maksymę wspinaczy.
Popatrzyłem i widok zmroził mnie bardziej niż wiatr hulający pod moją samodziałową szatą. Sponad okapu spoglądało na mnie coś żółtego. Chciałem posunąć się niżej, ale ręce dziwnie kurczowo zacisnęły się na węzłach. To coś żółtego miało skośne oczy, ciemne włosy i ostrzyło o krawędź dachu kordelas. Zgrzyt noża wykluczał możliwość złudzenia optycznego.
– Zaiste, miły spacer, czcigodny panie Walterze – powiedziała naraz zjawa nie zaprzestając ostrzenia.
– Tak, właśnie – bąknąłem, dyndając na sznurze jak zdechła ryba. – Lekarz zalecił mi sporo ruchu na świeżym powietrzu.
– Słuszna maksyma, czcigodny. U nas, w cieniu wielkiej Fudżi, mawiają: „Lotem bliżej!” Pomogę ci.
Charakterystyczne wzniesienie noża dowodziło, że uprzejmy przedstawiciel Dalekiego Wschodu serio traktuje pomysł dopomożenia mi w jak najszybszym dotarciu na dół. Niemal fizycznie czułem, jak kordelas pogrąża się we włóknach liny.
– Stop, Nakayama, wystarczy! – zabrzmiał nagle głos Jeremiasza.
– Czy pan Walter ma wrócić, gwiazdo mego dachu? – zapytał Japończyk z wytwornością właściwą jego nacji.
– Niech jeszcze trochę podynda! – doleciał zjadliwy śmieszek Piętaszki.
– Powiedziałem, wystarczy!
– Twoja wola, pagodo mej duszy, chociaż nasze stare przysłowie mówi: siedem razy upadniesz, osiem razy powstaniesz… On może być groźny, ale go wyciągnę!
To mówiąc, ruchem mistrza wędkarskiego pociągnął za linę, a ja jak szczupak rekordzista wylądowałem na piaszczystym wzgórku.
– Skąd on się tu wziął – wybełkotałem. – Ten bandyta?!
– Ostrożnie z epitetami – powiedział Jeremiasz. – Nakayama jest wcieleniem dobroci, ale raz powziętą urazę zachowuje dozgonnie. Jako typowy syn Kraju Kwitnącej Wiśni prędzej popełni harakiri, niż zejdzie z raz obranej drogi.
Spojrzałem na nieprzeniknioną twarz Japończyka. Ukłonił się uprzejmie.
– Ponadto – ciągnął pustelnik (chociaż jak na pustelnię zaczął się tu robić stanowczo za duży tłok) – nasz tokijski przyjaciel jest mistrzem sztuk walki. Aliści ma swoisty kodeks moralny, nie zabija bez wyraźnego polecenia. Pamiętam, jak trzy dni katował pewnego nieszczęśnika, ponieważ wyjeżdżając zapomniałem dać mu rozkaz: dobij! – Tu machnął ręką. – Możesz odejść, Naki.
Nakayama ukłonił się, zakręcił się na pięcie i znikł w zieleni, a po paru sekundach doleciało nas zagadkowe pluśnięcie.
– Burczy nam w brzuchu – powiedziała Piętaszka. – A śniadanie stygnie.
– Doskonale, zaproś Waltera, niech raz ma gastronomiczną odmianę, a ja tymczasem pójdę wydoić kozy.
Kuchnia i spiżarnia w ziemiance – salonce zaopatrzona była jak stołówka dla senatorów. Puszkowane szynki, kapsuły z kawiorem, wina i koniaki, konserwy z łososia robiły wrażenie nawet na człowieku przyzwyczajonym do dobrej kuchni…
„Wykluczone, żeby te zapasy leżały tu od dziesięciu lat”, powiedziałem sobie w duchu. Gospodyni jednak nie jedzenie było w głowie.
– Może pobaraszkujemy trochę? – zaproponowała, chichocząc. Miałem ochotę ją stłuc. Odgadła to.
– Dam ci, kochany, dyscyplinę i pejcz. To lubię – rzekła, oblizując się. – Nie chcę tylko, żeby Jeremy wiedział o naszej „rozmowie”. Stary jest zupełnie nietolerancyjny. Fanatyk w każdym calu.
– A wczorajsze igraszki puścił płazem?
– Wczoraj oddałam ci się służbowo, dla dobra sprawy… No – ostrymi pazurkami przejechała po moim ramieniu – buzi!
– Buzi później! Posłuchaj, kochana. Nie mam zamiaru mieszać się w wasze interesy, ale muszę jak najprędzej dać stąd nogę. Słowo biznesmena, że nie wspomnę nikomu o waszej Enklawie. Więcej, jeśli chcecie, użyję swoich wpływów, aby poskromić tych gangsterów…
– Dlaczego nie chcesz tu zostać… brzydalu?
– Nienawidzę pustelnictwa.
– Widzisz przecież, że pustelnie mogą być różne. Są jedynki, są pustelnie grupowe. A pustelnia sześcioosobowa to prawdziwa seks grupa.
– Możemy pustelnikować wszędzie, złotko: w Rio de Janeiro i Honolulu! Ale ten przeklęty dach działa mi na nerwy!!!
– Lęk wysokości?
– Nie, poczucie marnowania czasu.
– No to nie marnujmy go! Tu uderz! Tu! I nałóż mi kolczatkę. Do krwi! – zażądała.
– Pomóż mi w ucieczce, Piętaszko, a zrobię cię pierwszą damą świata!
– Nie chcę być damą, chcę być dziwką! – zaśmiała się.
I wtedy przypomniałem sobie! Te słowa, ten ton, te oczy. Operacja plastyczna zmieniła jej nosek, a dobry fryzjer przerobił uczesanie i kolor włosów. Wszystkiego jednak zmienić nie można. To samo zdanie trzy lata temu wypowiedziała na tajnej konferencji prasowej córka Szefa Super Secret Service, Sonia. Było to w miesiąc po jej ucieczce z domu rodzicielskiego i przyłączeniu się do sekty apokaliptyków.
18. Autor
Zanim jeszcze ciało Ezechiela zdążyło wystygnąć na dobre, Tim za pomocą krótkofalówki zebrał swoją trzyosobową grupę. Przy czym pod określeniem „swoja” kryło się coś dwuznacznego. Nominalnie Tim był szefem, ale miał świadomość, iż obaj podlegli mu funkcjonariusze kontrolują jego posunięcia, informując o wszystkim przełożonych. (Szef SuSeSu wie, jak organizować ludzi na zasadzie ograniczonego zaufania). Zespół prezentował się malowniczo: ogromny Murzyn – Bob, chuderlawy Mike z niewątpliwą domieszką krwi indiańskiej i bladolicy Tim dopełniali się jak klocki w kolorowej układance. Łączyły ich obszarpane kostiumy „dzieci bożych”. Były inspektor błyskawicznie wprowadził kolegów w sytuację i skromnie przyjął gratulacje współpracowników.
– Czy Ezechiel coś zeznał? – zapytał Mike, nie przestając żuć gumy. Zawsze musiał ruszać szczękami. A gdy brakowało balonówy, żuł przekleństwa.
– Nic nie zeznał i nie zezna – odrzekł Tim. – Niestety, strzelam za celnie. Wiemy jednak, gdzie szukać tych ptaszków – uniósł gruszkę z kluczem: Hotel „Finisz”.
– A ja nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie dorwiemy tego cwaniaczka z dachu. Po tym, co mówiłeś o sygnałach Morse’a nie ma wątpliwości, że jest w kontakcie z apokaliptykami. Zróbmy desant i podduśmy go! – podniecił się Mike.
– Mamy za mało konkretnych dowodów – zaoponował Tim. – Wszystko opiera się wyłącznie na domniemaniach, poszlakach, domysłach… Poza tym jest z nimi Sonia, co stanowi poniekąd jego puklerz…
– Jedźmy więc do hotelu „Finisz” – mruknął Bob. – Dla niepoznaki proponuję ruszyć jakimś kradzionym wozem…
– OK! – zgadza się były inspektor. Nie ma zresztą innej koncepcji. Nadal nie wie, jak dopaść przeciwnika ukrytego na „dachu”. Chyba, żeby apokaliptycy złożyli jakieś zeznania obciążające Jeremiasza. Na razie trudno jest cokolwiek zrobić – Sonia, jako pełnoletnia, nie może być sprowadzona do domu siłą, pustelnik-dachowiec w świetle obowiązującego prawa jest czysty. A że związał się z sektą apokaliptyków, powstałą jako odprysk gminy samobójców? No cóż, na żadnym z piątki proroków nie ciążyły zbrodnie, w orgii śmierci w Księżycowej Osadzie na Saharze nie brali żadnego udziału. A że wieszczyli koniec świata? Cóż, na ten temat lamentuje tyle sekt, bractw i stowarzyszeń, że starczyłoby nie na jeden, a na tysiąc kataklizmów. Gdyby nie zielona teczka, która pewnego dnia znalazła się na biurku Szefa Super Secret Service, w ogóle nie podjętoby żadnej akcji.