Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Pierdolić twoją matkę! Ty bękarcie, pomiocie obszarników! Nie spocznę, póki cię nie dostanę!
Wciąż szukał, klnąc pod nosem; białe ćmy w jego zezowatych oczkach podskakiwały niby jajka, z których zaraz wyklują się pisklęta. Sha Zaohua wykorzystała okazję – skoczyła jak mała sarenka, podniosła nóż i trzymając go oburącz, wręczyła mi. Wei Yangjiao wstał i wyciągnął rękę.
– Oddawaj mój nóż, pomiocie zdrajcy! – krzyknął groźnie.
Sha Zaohua, cofając się w milczeniu, trąciła mnie pośladkami; nie odrywała wzroku od pokrytych odciskami łapsk Wei Yangjiao. Wei kilkakrotnie rzucał się na nią, lecz natknąwszy się na czubek noża, cofał się czym prędzej. Wreszcie Sima Liang dotarł z powrotem do kładki.
– Wei Yangjiao, ty kurwi synu, chodź no tu i załatw tego obszarniczego bękarta! Na co czekasz?! – wrzasnął Wu Deszczowa Chmura.
– Czekaj, tobą też niedługo się zajmę, dziewuszyno! – rzucił Wei Yangjiao nienawistnie do Sha Zaohua.
Próbował wyrwać łodygę rącznika i zrobić z niej broń, lecz korzenie okazały się zbyt mocne, toteż złamał ją, zamachał w powietrzu i przeszedł przez kładkę.
Ruszyłem niepewnie w stronę kładki, asekurowany przez Sha Zaohua. Pod wąskim mostkiem dryfowały z wartkim prądem stadka malutkich karpi; niektórym udawało się przeskoczyć przez kładkę, inne lądowały na niej i trzepotały się zaciekle, wyginając łukowato gibkie ciała. Między nogami wszystko mi się lepiło. Plecy, pośladki, łydki, szyja i inne miejsca, gdzie byłem bity – wszystko paliło mnie żywym ogniem. Moje serce wypełniał słodki i nieprzyjemny zarazem, jakby zardzewiały posmak. Chwiałem się z każdym krokiem, z ust wyrywały mi się mimowolne jęki. Uwiesiłem się całym ramieniem na chudych plecach Zaohua. Próbowałem się wyprostować, żeby jej nieco ulżyć, lecz nie dałem rady. Sima Liang biegł pomału ścieżką w stronę wioski. Gdy pościg się zbliżał, on przyśpieszał; gdy napastnicy zwalniali tempo, on czynił to samo. Cały czas trzymał się w odpowiedniej odległości – wystarczająco blisko, żeby jego przeciwnicy byli wciąż zainteresowani pościgiem i wystarczająco daleko, by nie mogli go złapać. Mgły unosiły się nad polami po obu stronach ścieżki, czerwieniejąc w promieniach zachodzącego słońca; żaby napełniały rowy głuchym rechotem. Wei Yangjiao szepnął parę słów do Wu Deszczowej Chmury, po czym wszyscy trzej rozdzielili się. Wei i Ding przekroczyli rów i pobiegli w przeciwne strony pola. Wu i Guo zwolnili bieg.
– Sima Liang! – wołali. – Sima Liang! Prawdziwy mężczyzna nie ucieka! Jeśli masz jaja, zatrzymaj się i stawaj do walki!
– Uciekaj, starszy bracie! – krzyknęła Sha Zaohua. – Nie daj się nabrać!
– Ty mała dziwko! – pogroził jej pięścią Wu Deszczowa Chmura. – Zatłukę cię na śmierć!
Sha Zaohua bohatersko wysunęła się przede mnie, trzymając nóż.
– No, dalej, nie boję się was!
Wu Deszczowa Chmura ruszył na nią, a Sha Zaohua, cofając się, napierała na mnie pośladkami. Sima Liang zawrócił w naszą stronę i ryknął:
– Ty wyliniały łbie, dotkniesz jej choćby palcem, a otruję tę twoją śmierdzącą babę handlarkę!
– Uciekaj, starszy bracie, uciekaj szybko! – wołała Sha Zaohua. – Te kundle Wei i Ding chcą cię zajść od tyłu!
Sima Liang stanął, niezdecydowany, czy się cofać, czy biec naprzód, a może miał inny powód, by się zatrzymać; Wu Deszczowa Chmura i Guo Qiusheng stanęli także. Tymczasem Wei Yangjiao i Ding Jingou zeszli z pola, przekroczyli rów i czołgali się po ścieżce; nogi mieli całe w sinawym mule. Posuwali się ostrożnie, niczym małe zwierzątka, otoczone przez wrogie bestie. Sima Liang stał spokojnie, wręcz nonszalancko i ocierał spocone czoło. Nagle od strony wioski dobiegły wołania mojej matki. Sima Liang skoczył do rowu, a następnie ruszył wąziutką ścieżką między polami sorga i kukurydzy.
– Dobra, chłopaki, bierzmy go! – zakrzyknął entuzjastycznie Wei Yangjiao.
Niczym stadko kaczek skoczyli do rowu, po czym mokrzy i ubłoceni ruszyli za nim. Rozrośnięte liście sorga i kukurydzy zasłaniały ścieżkę – nie widzieliśmy, co się dzieje, słyszeliśmy tylko szelest liści i pokrzykiwania ludzi, przypominające szczekanie psów.
– Poczekaj tu na babcię, wujaszku, a ja pobiegnę na pomoc Liangowi.
– Boję się, Zaohua.
– Nie bój się, wujaszku, babcia zaraz tu będzie – pocieszała mnie Zaohua. – Babciu! – zawołała. – Oni chcą zabić brata Lianga! Krzycz!
– Mamo! Tu jestem! Mamo! Tu jestem!
Sha Zaohua odważnie skoczyła do rowu; woda sięgała jej do klatki piersiowej. Chlupnęła w głąb, wzbudzając zielone fale, a ja zląkłem się, czy nie utonęła; po chwili jednak wgramoliła się na przeciwległy brzeg, wciąż trzymając w ręku nóż. Jej cienkie nóżki poruszały się z trudem w głębokim mule. Buty pozostały w błocie. Podążyła wąską ścieżką i błyskawicznie zniknęła mi z oczu.
Niczym stara krowa, zdążająca na pomoc cielęciu, kolebiąc się na boki, nadbiegła zadyszana matka. Jej włosy przypominały złote nici, twarz miała ciepłą, żółtą barwę.
– Mamo… – zawołałem; z oczu pociekła mi resztka łez. Czułem, że jeszcze chwila, a osunę się na ziemię, toteż czym prędzej przebiegłem kilka kroków i rzuciłem się w ciepłe, wilgotne objęcia matki.
– Synku, kto cię tak pobił? – spytała matka z płaczem.
– Wu Deszczowa Chmura, Wei Yangjiao… – łkałem.
– Bandyci! – krzyknęła matka z wściekłością. – Dokąd poszli? – spytała.
– Gonią teraz Simę Lianga i Sha Zaohua! – pokazałem wąską ścieżkę wśród pól.
Znad ścieżki unosiła się mgła. Z głębi tajemniczego korytarza dobiegał głos jakiegoś zwierzęcia oraz dalekie odgłosy walki i piski Zaohua.
Matka spojrzała w stronę wioski pogrążonej w gęstej mgle. Glosy zwierząt gospodarskich brzmiały, jakby dobiegały z dna jeziora. Matka złapała mnie za rękę i ruszyliśmy do rowu. Woda, ciepła jak oliwa do smarowania wozów, wypełniła mi nogawki spodni. Ciężka sylwetka matki i jej maleńkie stopy powodowały, że poruszała się w mule z dużym trudem. Chwytając się zarośli na przeciwległym brzegu, mozolnie wygramoliła się na górę.
Wkroczyła na wąską ścieżkę, prowadząc mnie za rękę. Musieliśmy iść schyleni – w przeciwnym razie ostre liście poraniłyby nam twarze i oczy. Gęste trawy i bujnie rozrośnięte cierniste pnącza zarosły ścieżkę niemal całkowicie, kolce kłuły mnie w stopy. Pojękiwałem żałośnie. Zamoczone w wodzie rany bolały jeszcze okropniej, wiele razy omal nie osunąłem się na ziemię, lecz matka podtrzymywała mnie mocno swoim silnym ramieniem. Światło słoneczne słabło; w mrocznym, bezkresnym gąszczu zbóż krzątało się mnóstwo nieznanych mi stworzeń; ich oczy były zielone, a języki – jaskrawoczerwone. Prychały spiczastymi nosami. Miałem wrażenie, że wkrótce przekroczę bramy mitycznego piekła – czy istota, która ściska moją dłoń, dyszy jak krowa i prze wytrwale naprzód, na pewno jest moją matką? A może to demon, który przybrał jej postać, ciągnie mnie do piekieł? Spróbowałem wyrwać dłoń z jej bolesnego uścisku, lecz jedynym skutkiem było wzmocnienie chwytu.