Boża klepsydra [Deepsix - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-77-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
Frank nie zgadzał się z tym.
— Kryza wygląda na dużą, ale to dlatego, że jesteśmy nad nią. I opadamy z tą samą prędkością co ona. Lądownik będzie się zbliżał na mniej więcej stałej wysokości. Sieć opada w dół, a potem ma pójść w górę. Pilot będzie musiał wszystko zgrać, żeby wskoczyć we właściwym momencie. Jeśli się nie uda, wszystko na nic.
Lecieli w milczeniu. Embry, lekarka, patrzyła refleksyjnie w okno. Janet Hazelhurst przeglądała pokładową bibliotekę, ale wyglądało na to, że tylko przerzuca strony. Drummond sączył kawę w zamyśleniu.
— Osiemnaście minut do kontaktu — rzekła SI. — Wszystko zgodnie z planem.
Sieć nadal rozwijała się, opadając ku chmurom. Drummond nie dostrzegł, żeby gdzieś zaczęła się zaplątywać. Frank zwolnił tempo opadania.
— Niżej się nie da — oznajmił. Drummond pokiwał głową.
— Jak dotąd wszystko gra — rzekł Marcel.
Kolejny wahadłowiec pojawił się i zrównał z nimi.
— Dziennikarze przylecieli — zauważył Frank.
Drummond włączył e-skafander i wszedł od śluzy, skąd mógł obserwować dwie osoby gramolące się niezdarnie z drugiego wahadłowca. Przelecieli kilka metrów między wahadłowcami. Złapał każde z nich za rękę i wciągnął do środka.
Canyon nie był wcale tak wysoki, jak Drummond sądził, ale miał bardzo melodyjny głos. Przedstawił się cicho i skromnie.
— A to jest Emma Constantine — rzekł. — Moja producentka.
— Chcielibyśmy się tu rozlokować — wyjaśniła Emma. — Jeśli to nie problem. — Wskazała pomieszczenie przylegające do śluzy. — Chciałabym z panem porozmawiać, zanim zacznie się akcja.
— Dobrze — zgodził się.
— August będzie zadawał pytania o to, jak zamierzacie to przeprowadzić, kto wyjdzie z panem…
— Chwileczkę — przerwał jej Drummond. — Nie zamierzam wychodzić. To zadanie Franka.
— Och — odwróciła się od Drummonda z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie został wymazany z pamięci ludzkości. Canyon uśmiechnął się do niego i wzruszył ramionami.
Frank zobaczył na ekranie nawigacyjnym coś, co mu się nie podobało.
— Wszyscy na miejsca — rzekł. — Pasy.
Nikt nie musiał tego Canyonowi powtarzać. Zanurkował w kierunku najbliższego fotela. Emmie szło to wolniej.
— Co się dzieje? — spytał Drummond.
— Pole odłamków.
Gdy tylko pasażerowie znaleźli się na swoich miejscach, statek zaczął przyspieszać.
SI rozmawiała z Frankiem, ale ten przełączył rozmowę na słuchawki, najwyraźniej nie chcąc wystraszyć pasażerów. Dopiero to zaniepokoiło Drummonda.
— Proszę wszystkich o pozostanie na miejscach — oznajmił pilot. — Nie ma się czym martwić. — Przyspieszył. — Są za nami — wyjaśnił. — Przegonimy je.
— Jak to wygląda? — spytał Drummond.
Frank spojrzał na jeden z ekranów.
— To duży rój. I prędko się zbliża. Nie chcielibyśmy się z nim spotkać.
Canyon za plecami Drummonda mówił coś do mikrofonu. Drummondowi udało się wyłapać parę fragmentów.
— …statek ratowniczy… w opałach… meteory… oddalić się z miejsca…
Nagle mikrofon został wycelowany w jego kierunku, — …rozmawiamy z Johnem Drummondem, który zaplanował większą część tej operacji. Jest z zawodu astronomem…
— Matematykiem — poprawił go Drummond.
— Matematykiem. Jak opisałby pan naszą obecną sytuację, doktorze Drummond?
Drummond był pod wrażeniem. Wyglądało na to, że przemawia do kilku milionów ludzi. Czy raczej: będzie przemawiał, kiedy sygnał do nich dotrze. Jak opisać obecną sytuację? Zaczął szybko mówić coś o pyle i odłamkach, które gromadzą się w polu grawitacyjnym.
— Szczególnie wokół ciała niebieskiego o takich rozmiarach.
Na jednym z monitorów było widać obraz Morgana. Zerknął na niego.
Coś walnęło w kadłub. Drummond wzdrygnął się i uświadomił sobie, że kilka milionów widzów także zobaczy jego przestrach.
— Czy obraz też wysyłamy? — spytał.
Siedząca z boku Emma skinęła głową. Wysyłali. Nagle odnieśli wrażenie, jakby wokół wahadłowca padał deszcz. Wyraźne staccato zabębniło po kadłubie.
— Panie i panowie — rzekł cicho Canyon, głosem, który podsycał przerażenie Drummonda — słyszą państwo, co się dzieje.
— Jakie to jest duże? — spytał Marcel.
— Duże. Tysiące kilometrów średnicy. Frank jest na brzegu. Ale porusza się bardzo szybko i za kilka sekund powinien się wydostać.
— A „Zwick”?
Wiedział, jaką otrzyma odpowiedź. Z tego, co było widać na ekranach, wynikało, że rój przemieszcza się dokładnie w kierunku statku dziennikarzy. A w przeciwieństwie do wahadłowca „Zwick” nie mógł uciec.
Gdy Emma i Canyon opuścili „Zwicka”, na pokładzie zostali tylko: Tom Scolari, Cleo, Jack Kingsbury i Chop. Scolari nie czuł się zbyt komfortowo, przebywając na statku przyspawanym do słupa i pozbawionym załogi. Wiedział, że walec został już schwytany w studnię grawitacji Maleivy III i że wszystko przyczepione do niego spada w kierunku powierzchni planety.
Zapewniono ich, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Było to spadanie kontrolowane. SI statku, jak i SI pozostałych trzech, miały w odpowiednim momencie uruchomić silniki i wyciągnął Alfę ze studni razem z załogą lądownika.
Jakie to proste.
A mimo to Scolari wolałby, żeby na statku znalazł się ktoś z paskami na rękawach, ktoś, kto zorientowałby się, że coś poszło nie tak, i umiałby coś z tym zrobić. Dlatego właśnie statki nadświetlne, które właściwie mogły od początku do końca latać bez ludzkiej obsługi, miały na pokładzie kapitana.
Wszyscy byli we wspólnym pomieszczeniu. Cleo i Chop jedli kanapki, a Jack popijał jakiś napój. Scolari wolałby być na pokładzie „Gwiazdy”, gdzie czułby się bezpiecznie wśród półtora tysiąca turystów. Tam, gdzie pełnili służbę ludzie, łatwiej było przekonać się, że wszystko jest w porządku.
Próbowali nawzajem dodać sobie otuchy, kiedy wtrąciła się SI.
— Zbliża się rój pyłu i odłamków skalnych, z dużą prędkością — oznajmiła stłumionym damskim głosem. Proszę natychmiast przejść do pomieszczenia używanego podczas przeciążeń.
Spojrzeli nerwowo po sobie.
— Czy jest jakieś niebezpieczeństwo?
— Niebezpieczeństwo jest minimalne — odparła SI. — Jednak zgodnie z naszymi procedurami bezpieczeństwa musicie państwo włożyć e-skafandry.
Pomieszczenia używane podczas przeciążeń składały się z paru prycz zainstalowanych w różnych miejscach na statku. Przy grodzi we wspólnym pomieszczeniu też było coś takiego: sześć prycz. Wzięli uprzęże i aparaty do oddychania z szafki alarmowej i włożyli je, po czym włączyli pola.
— Ona sądzi, że meteor może przebić kadłub — rzekła wystraszona Cleo.
Scolari uznał, że powinien ją pocieszyć.
— To tylko środek ostrożności — rzekł.
Chop rozglądał się nerwowo po wnętrzu statku. Kingsbury zacisnął rękę na ramieniu Scolariego.
— Jak to wszystko się skończy, zapraszam wszystkich i stawiam.