Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 117
Перейти на страницу:

— Powodzenia — rzekł i powtórzył ten gest, zwracając się do Gunthera. — Powodzenia, Guntherze.

— Marcelu — na ekranie pojawiła się Lori — Udało mi się nawiązać kontakt z lądownikiem, niestety na krótko.

— Dobrze. A byłaś w stanie w ogóle z nimi porozmawiać?

— Są w powietrzu. Lecą w stronę punktu kontaktu.

Trzech mężczyzn pokiwało głowami, jakby chcąc dodać sobie otuchy.

— Dzięki Bogu. Hutch jest z nimi? Z kim rozmawiałaś?

— Z kapitan Hutchins.

Marcel przymknął oczy i wyszeptał słowa modlitwy.

Przelecieli nad morzem ciemnych chmur, migoczących błyskawic, grzmotów i połyskujących na czerwono wybuchów.

Kiedy wreszcie wydobyli się z najgorszej zawieruchy, Kellie udało się nawiązać połączenie z „Gwiazdą”.

— Miejmy nadzieję, że tym razem uda się podtrzymać połączenie — rzekła Lori. — Dobrze, że wszystko u was w porządku. Martwiliśmy się. Jesteście na kursie?

— Tak, jesteśmy — odparła Hutch.

— Chwileczkę. Powiadomię kapitana Clairveau.

Marcel odezwał się po paru sekundach.

— Hutch — rzekł — jak miło cię słyszeć.

— Ciebie też, Marcelu.

— Jak się wydostałaś z tej windy? Co się stało?

— Powiem ci, jak będziemy na miejscu. Tutaj wszystko w porządku. Za jakąś godzinę i dziesięć minut będziemy w punkcie spotkania.

— Dobrze.

— A co u was?

Wdarły się zakłócenia.

— …zgodnie z planem.

Marcel uzupełnił przekazane poprzednio dane, podając im dokładną pozycję punktu spotkania. Przesłał też kilka obrazów.

— Jak widzicie, całość wygląda trochę jak worek zrobiony z siatki. Tu jest otwór. Ładny, okrągły wlot z przodu. Szeroki, z zapasem, żeby można było przez niego wlecieć. Będzie zwrócony na wschód i jest blisko dolnej części worka. Kiedy już wlecicie do środka, pod wami będzie pięćdziesiąt metrów pustej sieci. Kołnierz się zamknie. Wystarczy wlecieć do środka i opaść. Resztę już załatwimy.

— W porządku.

— Być może będą jakieś drobne poprawki dotyczące współrzędnych, w zależności od tego, jak sieć będzie się zachowywała w atmosferze, ale nie przejmujcie się, bo jakoś was zgarniemy.

— Znacie już dokładnie godzinę? — spytała.

— Osiągnie najniższy punkt za dokładnie siedemdziesiąt cztery minuty… — przerwał — …i trzydzieści sekund. Natychmiast potem zacznie się wynurzać. — Kolejna sekunda wahania. — Będziecie w stanie dolecieć na tę wysokość?

— Pewnie tak. Jeśli nie, nie czekajcie na nas.

MacAllister zbladł. Widać było, że chce, żeby ktoś dodał mu otuchy. Hutch pokiwała głową.

— Żartuję, Mac. Wszystko będzie dobrze. Pamiętaj — dodała, zwracając się do Marcela — że tym pojazdem niełatwo się manewruje. Nie jestem nawet całkiem pewna, gdzie jest wschód.

— Doskonale sobie radzisz. Zmniejsz prędkość o jakieś trzydzieści kilometrów i skręć w lewo o osiem stopni.

Hutch wykonała polecenie.

— Doskonale. Będę z wami. Jak pogoda?

— Trochę chmur.

Hutch delikatnie przyciągnęła do siebie wolant, korzystając wyłącznie z możliwości lotniczych lądownika. Wolała zachować system antygrawitacyjny do chwili, gdy będzie jej potrzebny.

Marcel przesłał jej kolejne obrazy dolnej części sieci. Będzie zwisać prawie prosto z nieba. Przodem w ich stronę.

— Kiedy ją zobaczycie — wyjaśnił — będzie się poruszać na południowy wschód z prędkością 180 km/h. Jej kurs wyniesie 228-228,7 stopnia. Będziecie blisko. Kiedy ci powiem, włącz antygrawitację, a po prostu wpłyniecie do sieci.

— Marcelu — odparła — trudno mi uwierzyć, że coś takiego jest możliwe.

— Dla Francuza nie ma rzeczy niemożliwych. — Posłał jej złośliwy uśmieszek. — Grawitacja wytrzyma do chwili, gdy się tam pojawicie, ale my będziemy już hamować.

— Dobrze.

— Złapiemy was tuż przed tym, zanim zaczniemy wyciągać walec z powrotem.

— Mówisz, że otwór ma pięćdziesiąt trzy metry średnicy?

— Zgadza się. Pół boiska.

— Nie da się nie trafić.

— Taką mamy nadzieję.

Potem powiedziała cicho, jakby nie chciała, by ktoś ją usłyszał:

— Nie wierzę, że wyjdziemy z tego cało.

Nightingale spojrzał w dół, na szalejące wśród chmur burze. Byli skąpani w ogniu. Upiornie podświetlone chmury kłębiły się na coraz większych wysokościach.

Z trudem panował nad oddechem. Bez względu na to, co się stanie, nie będą mogli wrócić na dół. Boże, nie chciał tu umierać. I nie chciał, żeby pozostali wiedzieli, co czuje. Wszyscy się bali: zdawał sobie z tego sprawę. Tylko że oni chyba lepiej sobie z tym radzili.

Boże, proszę, nie chciałbym zostać rozszarpany na kawałki.

Z odbiornika dobiegł głos Marcela. Polecił Hutch, by zmniejszyła prędkość, zmieniła kurs czy wyleciała trochę wyżej. Głos był opanowany i chłodny, Pozbawiony emocji. Pewny siebie.

Jemu łatwo było zachować pewność siebie. Nightingale oddałby wszystko, żeby w tej chwili być tam gdzie Marcel, bezpieczny na pokładzie jednego ze statków.

Hutch nie powiedziała ani słowa na temat tego, jak zachował się w windzie. O ile wiedział, nie powiedziała o tym nikomu z pozostałych. Z nim też nie rozmawiała na ten temat, poza jedną reakcją na jego kajanie się. Widział jednak w jej oczach rozczarowanie. Potępienie. Wiele lat temu, kiedy MacAllister poniżył go przed całym światem, był w stanie zracjonalizować jakoś swoje zachowanie. Każdy może zemdleć w stresie. Był ranny. Nie spał za wiele w tym czasie. No i…

…wszystko jedno.

Tym razem zawiódł w bardziej spektakularny sposób. W sposób, którego nie potrafił zracjonalizować, ani przed sobą, ani przed innymi. Kiedy to wszystko się skończy — jeśli przeżyją — ucieknie do Szkocji i tam się ukryje.

— Marcelu, tu Abel. Deepsix zaczyna się rozpadać. Marcel przełączył klimatologa na ekran.

— Jak to? Co się dzieje?

— Co większe szczeliny się otwierają, w oceanach i na dwóch kontynentach. Na Endtime ożywiło się parę wulkanów. We wschodniej części Gloriamundi jest uskok tektoniczny. Jedna jego strona właśnie uniosła się o sześć tysięcy metrów. I nadal się wznosi. Na obu półkulach są potężne trzęsienia ziemi.

Wszędzie dochodzi do erupcji wulkanów. Parę nawet pokazało się na Morzu Mglistym, niedaleko pozycji lądownika.

— Powinni być bezpieczni. Są dość wysoko.

— Tak sądzisz? Jeden z wulkanów wybuchł na Gloriamundi. Wyrzucany materiał dolatuje aż na orbitę.

— Pokaż mi, gdzie są te wulkany na Morzu Mglistym.

Kinder nie mylił się: dwa znajdowały się blisko trasy przelotu lądownika. Nie mógł jednak polecić im, by ją zmienili — nie dotarliby na miejsce spotkania z siecią. Lepiej po prostu lecieć i mieć nadzieję, że nic się nie stanie.

— Dzięki, Abel.

Kinder mruknął, jakby coś sprawiało mu ból. Ktoś dotknął jego ramienia i wręczył mu jakąś notatkę. Skrzywił się.

— Co się dzieje? — spytał Marcel.

— Poczekaj. — Klimatolog spojrzał w bok, skinął głową, znów się skrzywił i zaczął z kimś rozmawiać. Marcel nie słyszał tej rozmowy. — Północny Tempus zgrywa Atlantydę.

— Tonie?

1 ... 104 105 106 107 108 109 110 111 112 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)