Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]
- Автор: Робертс Нора
- Язык: польский
- Жанр: Остросюжетные любовные романы
Электронная книга - «Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]». Краткое содержание книги:
– Na dzisiaj na pewno. – Tucker odwrócił się i podszedł do Caroline, która tamowała krew płynącą Cyrowi z nosa.
– Uwielbiam festyny – powiedział. Ścisnął Cyra za ramię.
– Byłbym z nim walczył, panie Tucker.
– Postąpiłeś słusznie.
Caroline zmięła ze złością zakrwawione chusteczki.
– Mężczyźni! Uważacie, że wszystkie problemy da się rozwiązać przy użyciu pięści.
– A wy, kobiety, rozwiązujecie je przy pomocy języka. – Mrugnął do Cyra i przyciągnął Caroline, żeby ją pocałować. – Ja osobiście wolę się od nich wymigiwać. Ale ludzie są rozmaici.
– Święta prawda – powiedziała Josie, zatrzaskując torebkę. Miała w niej, oprócz innych kobiecych drobiazgów, śliczne lusterko w oprawie z masy perłowej. W tej chwili czuła niemal rozczarowanie, że nie ma pretekstu, by go użyć. Stała odwrócona plecami do Tuckera, któremu jeszcze nie wybaczyła.
– Cyr, złotko, jesteś bohaterem tegorocznego festynu z 'okazji święta niepodległości. – Pocałowała go w policzek i Cyr oblał się rumieńcem. – Krwawisz gdzieś, Jim?
– Nie, psze pani. Wylądowałem na pupie. – Otrzepywał się z kurzu, a ręce jeszcze drżały mu z podniecenia. – Załatwilibyśmy go z Cyrem.
– Pewnie. – Josie ścisnęła dwoma palcami biceps Jima i przewróciła oczami z podziwem. – Mamy tu dwóch młodych wojowników, Caroline. Zastanawiam się, czy moglibyście towarzyszyć mi do budy z lemoniadą.
Moja męska eskorta porzuciła mnie dla innej kobiety. – Ruchem głowy wskazała karuzelę, gdzie Teddy i kuzynka Lulu odwirowywali trzecią kolejkę. – Mężczyźni są tacy zmienni. Jim wypiął pierś.
– Pójdziemy z panią, panno Josie. No nie, Cyr?
– Mogę, panie Tucker?
– Możesz. – Przesunął wolno dłonią po głowie Cyra. – Wszystko w porządku, Cyr.
Cyr wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze.
– Wiem, panie Tucker. Nie uciekłem. I już nigdy nie będę uciekał przed nikim.
Tucker opuścił rękę na ramię Cyra. Jaka to wielka strata, pomyślał, że młodość i jej prostota zostały tak prędko i bezpowrotnie zniszczone.
– Obchodzić z daleka to nie to samo, co uciekać, Cyr. Trzymając się z dala od Vernona, nie przekreślisz tego, co uczyniłeś dzisiaj. A oszczędzisz swojej mamie zgryzoty. Pomyśl o tym.
– Pomyślę, panie Tucker.
– Idź z Josie. – Patrzył za nimi z pewnym żalem i domieszką czegoś jeszcze. Podejrzliwości.
– Pójdę już chyba – odezwał się Dwayne, mrużąc oczy przed wirującymi światłami.
– Trafisz do domu?
– Nie wypiłem dużo, a to, co wypiłem, wyrzygałem. – Dwayne uśmiechnął się blado. – Nigdy nie miałem głowy do tych wirujących siodełek.
– Żołądka też nie – zgodził się Tucker. – Chorujesz rok w rok.
– Nie chcę zrywać z tradycją. Przywiozłem tu Delię i kuzynkę Lulu, ale nie sądzę, żeby były gotowe do odwrotu.
– Przywieziemy je z Caro do domu.
– A więc wszystko gra. Dobranoc, Caroline. – Odwrócił się i odszedł poza granicę światła i muzyki, w cień. Tucker miał wielką ochotę za nim zawołać. Nie chciał, żeby jego brat odchodził samotnie. Ale Dwayne zniknął i chwila minęła.
– No cóż – powiedziała Caroline, wrzucając zakrwawione chusteczki do kosza na śmieci. – Potrafisz zapewnić kobiecie interesujący wieczór.
– Robię, co mogę. – Usłyszał nutę napięcia w jej głosie. – Jesteś zdenerwowana?
– Zdenerwowana?! – powtórzyła. – Można to tak nazwać. Denerwuje mnie, że ten chłopiec musi walczyć z własnym bratem. Stracił siostrę i ojca, a reszta rodziny go nie akceptuje, ponieważ jest inny. Staje przed problemami i wyborami człowieka dorosłego, choć jest jeszcze dzieckiem.
Tucker obrócił ją ku sobie.
– O kim mówisz, Caro? O sobie czy o Cyrze?
– To nie ma nic wspólnego ze mną.
– Zdaje się, że patrzysz na niego, a widzisz siebie, borykającą się z czymś, czego nie da się zwalczyć pięściami.
– Nie walczyłam w ogóle.
– Zaczęłaś później, i w inny sposób. – Stali przez chwilę w milczeniu, patrząc na światła i ludzi. – Chcesz pogodzić się z matką.
– To nie…
– Chcesz pogodzić się z matką – powtórzył z naciskiem, tonem, który kazał jej zaniechać dyskusji. – Wiem, co mówię. Nigdy nie doszedłem do ładu z ojcem. Nigdy nie powiedziałem mu, co myślę, czuję, czego pragnę. Nie wiedziałem, czy to go w ogóle obchodzi. I nadal nie wiem, a to dlatego, że nigdy nie powiedziałem mu tego w twarz.
– Ona wie, co ja czuję.
– Bardzo dobrze, masz więc punkt oparcia. Nie chcę widzieć cię smutnej, Caroline. I wiem, co to znaczy rodzina.
– Pomyślę o tym. – Odchyliła głowę, żeby zobaczyć jego twarz. Patrzył w jakieś miejsce ponad główną aleją, w światła. Zaniepokoił ją wyraz jego oczu. – O czym myślisz?
– O rodzinie – wyszeptał – O dziedziczności. – Uśmiechnął się z wysiłkiem, ale chłodny błysk w jego oczach nie zniknął. – Chodźmy wreszcie na tę karuzelę.
Poprowadził ją w tłum i gwar. Ale ta myśl ciągle zaprzątała mu głowę. Jeżeli Austin potrafił zabić, może syn Austina potrafi to również. Może Vernon ma zabijanie w genach.
Kiedy zaczęli opadać w dół. Tucker ogarnął Caroline ramieniem.
Jedno było pewne. Pośród śmiechu i świateł festynu czaił się morderca.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
Na piecyku jest kawa, Tuck. – Burke ziewał nad talerzem płatków kukurydzianych. – Nie widziałem cię na nogach tak rano od dwudziestu lat.
– Chciałem złapać cię w domu, zanim zabarykadujesz się w swoim biurze.
– Moim biurze – powtórzył Burke sarkastycznie i podstawił pusty kubek. – Masz na myśli biuro Burnsa. Od trzech dni mój tyłek nie miał kontaktu z moim krzesłem.
– Doszedł do czegoś czy robi szum?
– Odwala więcej papierkowej roboty niż Narodowy Bank Angielski. Faksy, przesyłki superekspresowe, konferencje telefoniczne z Waszyngtonem. Zrobiliśmy sobie tablicę korkową ze zdjęciami wszystkich ofiar, miejscem i czasem śmierci. Mamy odnośniki do sprawy i odnośniki do odnośników. Tucker usiadł przy stole.
– Nic mi nie mówisz, Burke.
Burke napotkał wzrok Tuckera. – Niewiele mogę ci powiedzieć. Mamy listę podejrzanych. Tucker skinął głową i siorbnął gorącej kawy. – Ciągle na niej jestem? – Masz alibi na Eddę Lou. – Burke nabrał łyżką płatków, zawahał się odłożył ją z powrotem na talerz. – Zdajesz sobie chyba sprawę, że Burns cię nie lubi. Nie bardzo wierzy w to, że grałeś z siostrą w karty przez pół nocy.
– Jakoś nie bardzo się tym martwię.
– A powinieneś – Burke urwał słysząc ruch w salonie. Chwilę później z telewizji popłynęły melodie Looney Tunes. – Ósma – powiedział z uśmiechem. – Ten dzieciak chodzi jak w zegarku. Coś ci powiem, Tuck. Burns z największą przyjemnością zwaliłby to wszystko na ciebie. Nie zrobi nic nielegalnego, ale jeżeli znajdzie sposób, żeby cię w to wrobić, to cię wrobi.
– Zwykła niezgodność charakterów – powiedział Tucker z bladym uśmiechem. – Ustaliliście czas śmierci Darleen?
– Między dziewiątą wieczorem a północą.
– Skoro byłem z Caroline od dziewiątej do rana, można mnie chyba wykluczyć.
– Przy seryjnych morderstwach nie jest to tylko kwestia motywu i sposobności. Burns ma lekarza od czubków, który wypracował mu profil psychologiczny. Szukamy kogoś z urazem do kobiet – zwłaszcza kobiet szafujących swymi wdziękami. Kogoś, kto znał ofiary na tyle, by się z nimi umówić.
Płatki zrobiły się papkowate. Burke jadł je bardziej przez rozsądek niż dla przyjemności.