Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Faraon». Краткое содержание книги:

Nie da się samotnie zmienić świata, nawet jeśli jest się młodym Faraonem o pozornie nieograniczonej władzy. Nie wystarczy stanowczość i odwaga by przeciwstawić się zorganizowanej, wrogiej wszelkim zmianom strukturze państwa i jego urzędnikom. Nie wystarczy moralna słuszność by zwyciężyć w walce z potężnym, nie przebierającym w środkach wrogiem.
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 185
Перейти на страницу:

— Słuchaj i patrz… — mówiła zduszonym głosem. — Czy… czy na mojej twarzy widzisz jakie plamy?… Tylko… nie zbliżaj się!..

— Nie widzę nic — odparła służąca.

— Ani pod lewym okiem?… ani nad brwiami?… — pytała z wzrastającym rozdrażnieniem Fenicjanka.

— Niech pani raczy łaskawie usiąść boskim obliczem do światła — rzekła służąca.

Naturalne to żądanie do wściekłości doprowadziło Kamę.

— Precz, nędznico!.. — zawołała — i nie pokazuj mi się…

A gdy służąca uciekła, jej pani rzuciła się gorączkowo do swej tualety i otworzywszy parę słoików za pomocą pędzelka umalowała sobie twarz na różowy kolor.

Nad wieczorem, czując wciąż ból w stawach i gorszy od bólu niepokój, kazała wezwać do siebie lekarza. Gdy powiedziano jej, że przyszedł, spojrzała w lustro i — napadł ją nowy atak jakby szaleństwa. Rzuciła lustro na podłogę i zawołała z płaczem, że nie chce lekarza.

W ciągu szóstego Hator cały dzień nie jadła i nie chciała się z nikim widzieć.

Gdy po zachodzie słońca weszła niewolnica ze światłem, Kama położyła się na łóżku owinąwszy głowę szalem. Kazała czym prędzej wynosić się niewolnicy, potem usiadła na fotelu z daleka od kagańca i przepędziła kilka godzin w półsennym odrętwieniu.

„Nie ma żadnych plam — myślała — a jeżeli są, to przecież nie te… To nie trąd…” — Bogowie!.. — krzyknęła rzucając się na ziemię — nie może być, ażebym ja… Bogowie, ratujcie!.. Wrócę do świątyni… odpokutuję całym życiem…

I znowu uspokoiła się, i znowu myślała:

„Nie ma żadnych plam… Od kilku dni trę sobie skórę, więc jest zaczerwieniona… Skądżeby znowu?… Czy kto słyszał, ażeby kapłanka i kobieta następcy tronu mogła zachorować na trąd… O bogowie!.. Tego nigdy nie było, jak świat światem… Tylko rybacy, więźniowie i nędzni Żydzi… O, ta podła Żydówka!.. na nią spuśćcie trąd, moce niebieskie…” W tej chwili w oknie, które było na pierwszym piętrze, mignął jakiś cień. Potem rozległ się szelest i ze dworu na środek pokoju skoczył książę Ramzes.

Kama osłupiała. Nagle schwyciła się za głowę, a w jej oczach odmalował się — strach bezgraniczny.

— Lykon?… — szepnęła chwytając się za głowę. — Lykon, tyś tu?… Zginiesz!.. Ścigają cię…

— Wiem — odparł Grek śmiejąc się szyderczo. — Ścigają mnie wszyscy Fenicjanie i cała policja jego świątobliwości…

Mimo to — dodał — jestem u ciebie i byłem u twego pana…

— Byłeś u księcia?…

— Tak, w jego własnej komnacie… I zostawiłbym sztylet w piersi, gdyby złe duchy nie usunęły go… Widocznie twój kochanek poszedł do innej kobiety, nie do ciebie…

— Czego tu chcesz?… Uciekaj!.. — szeptała Kama.

— Ale z tobą odparł. — Na ulicy czeka wóz, którym dojedziemy do Nilu, a tam moja barka…

— Oszalałeś!.. Ależ miasto i drogi pełne wojska…

— Właśnie dlatego mogłem wejść do pałacu i oboje wymkniemy się najłatwiej — mówił Lykon. — Zbierz wszystkie kosztowności… Wnet wrócę i zabiorę cię…

— Gdzie idziesz?…

— Poszukam twego pana — odparł. — Nie odejdę przecie bez zostawienia mu pamiątki…

— Tyś szalony…

— Milcz!.. — przerwał blady z gniewu. — Jeszcze go chcesz bronić?…

Fenicjanka zadumała się, zacisnęła pięści, a w jej oczach błysnęło złowrogie światło.

— A jeżeli nie znajdziesz go?… — spytała.

— To zabiję paru śpiących jego żołnierzy… podpalę pałac… — Zresztą — czy ja wiem, co zrobię?… Ale bez pamiątki nie odejdę…

Wielkie oczy Fenicjanki miały tak okropny wyraz, że Lykon zdziwił się.

— Co tobie?… — spytał.

— Nic. Słuchaj. Nigdy nie byłeś tak podobny do księcia jak dziś!.. Jeżeli więc chcesz zrobić coś dobrego…

Zbliżyła twarz do jego ucha i zaczęła szeptać.

Grek słuchał zdumiony.

— Kobieto — rzekł — najgorsze duchy mówią przez ciebie… Tak, na niego zwróci się podejrzenie…

— To lepsze aniżeli sztylet — odparła ze śmiechem. — Co?..

— Nigdy nie wpadłbym na taki pomysł!.. A może lepiej oboje?…

— Nie!.. Ona niech żyje… To będzie moja zemsta…

— Cóż za przewrotna dusza!.. — szepnął Lykon. — Ale podobasz mi się… Po królewsku zapłacimy im…

Cofnął się do okna i zniknął. Kama wychyliła się za nim i rozgorączkowana, zapomniawszy o sobie, słuchała.

Może w kwadrans po odejściu Lykona w stronie gaju figowego rozległ się przeraźliwy krzyk kobiecy. Powtórzył się parę razy i ucichł.

Fenicjankę, zamiast spodziewanej radości, ogarnął strach. Upadła na kolana i obłąkanymi oczyma wpatrywała się w ciemny ogród.

Na dole rozległ się cichy bieg, zatrzeszczał słup ganku i w oknie znowu ukazał się Lykon w ciemnym płaszczu. Gwałtownie dyszał i ręce mu drżały.

— Gdzie klejnoty?… — szepnął.

— Daj mi spokój — odparła.

Grek pochwycił ją za kark.

— Nędznico!.. — rzekł — czy nie rozumiesz, że nim słońce wejdzie, uwiężą cię i za parę dni uduszą?…

— Jestem chora…

— Gdzie klejnoty?…

— Stoją pod łóżkiem.

Lykon wszedł do komnaty, przy świetle kaganka wydobył ciężką skrzyneczkę, zarzucił na Kamę płaszcz i targnął ją za ramię.

— Zabieraj się. Gdzie są drzwi, którymi wchodzi do ciebie ten… ten twój pan?…

— Zostaw mnie…

Grek pochylił się nad nią i szeptał:

— Aha!.. myślisz, że cię tu zostawię?… Dziś tyle dbam o ciebie, co o sukę, która węch straciła… Ale musisz iść ze mną… Niech dowie się twój pan, że jest ktoś lepszy od niego. On wykradł kapłankę bogini, a ja zabieram kochankę jemu…

— Mówię ci, że jestem chora…

Grek wydobył cienki sztylet i oparł jej na karku. Zatrzęsła się i szepnęła:

— Już idę…

Przez ukryte drzwi wyszli do ogrodu. Od strony książęcego pałacu dolatywał ich szmer żołnierzy, którzy palili ognie. Tu i owdzie, między drzewami, widać było światła; od czasu do czasu minął ich ktoś ze służby następcy. W bramie zatrzymała ich warta:

— Kto jesteście?

— Teby — odparł Lykon.

Bez przeszkody wyszli na ulicę i zniknęli w zaułkach cudzoziemskiego cyrkułu Pi-Bast.

Na dwie godziny przed świtem w mieście odezwały się trąby i bębny. Tutmozis jeszcze leżał, pogrążony w głębokim śnie kiedy książę Ramzes ściągnął z niego płaszcz i zawołał z wesołym śmiechem:

— Wstawaj, czujny wodzu!.. Już pułki ruszyły.

Tutmozis usiadł na łóżku i przetarł zaspane oczy.

— Ach, to ty, panie? — spytał ziewając. — Cóż, wyspałeś się?

— Jak nigdy! — odparł książę.

— A ja bym jeszcze spał.

Wykąpali się obaj, włożyli kaftany i półpancerze i dosiedli koni, które rwały się z rąk masztalerzom.

Wnet następca z małą świtą opuścił miasto wyprzedzając po drodze leniwie maszerujące kolumny wojsk. Nil bardzo rozlał, a książę chciał być obecnym przy przechodzeniu kanałów i brodów.

Gdy słońce weszło, ostatni wóz obozowy był już daleko za miastem, a dostojny nomarcha Pi-Bast mówił do swojej służby:

— Teraz idę spać i biada temu, kto zbudzi mnie przed ucztą wieczorną! Nawet boskie słońce odpoczywa po każdym dniu, ja zaś od pierwszego Hator nie kładłem się.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)