Faraon
- Автор: Прус Болеслав
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Faraon». Краткое содержание книги:
— Słuchaj i patrz… — mówiła zduszonym głosem. — Czy… czy na mojej twarzy widzisz jakie plamy?… Tylko… nie zbliżaj się!..
— Nie widzę nic — odparła służąca.
— Ani pod lewym okiem?… ani nad brwiami?… — pytała z wzrastającym rozdrażnieniem Fenicjanka.
— Niech pani raczy łaskawie usiąść boskim obliczem do światła — rzekła służąca.
Naturalne to żądanie do wściekłości doprowadziło Kamę.
— Precz, nędznico!.. — zawołała — i nie pokazuj mi się…
A gdy służąca uciekła, jej pani rzuciła się gorączkowo do swej tualety i otworzywszy parę słoików za pomocą pędzelka umalowała sobie twarz na różowy kolor.
Nad wieczorem, czując wciąż ból w stawach i gorszy od bólu niepokój, kazała wezwać do siebie lekarza. Gdy powiedziano jej, że przyszedł, spojrzała w lustro i — napadł ją nowy atak jakby szaleństwa. Rzuciła lustro na podłogę i zawołała z płaczem, że nie chce lekarza.
W ciągu szóstego Hator cały dzień nie jadła i nie chciała się z nikim widzieć.
Gdy po zachodzie słońca weszła niewolnica ze światłem, Kama położyła się na łóżku owinąwszy głowę szalem. Kazała czym prędzej wynosić się niewolnicy, potem usiadła na fotelu z daleka od kagańca i przepędziła kilka godzin w półsennym odrętwieniu.
„Nie ma żadnych plam — myślała — a jeżeli są, to przecież nie te… To nie trąd…” — Bogowie!.. — krzyknęła rzucając się na ziemię — nie może być, ażebym ja… Bogowie, ratujcie!.. Wrócę do świątyni… odpokutuję całym życiem…
I znowu uspokoiła się, i znowu myślała:
„Nie ma żadnych plam… Od kilku dni trę sobie skórę, więc jest zaczerwieniona… Skądżeby znowu?… Czy kto słyszał, ażeby kapłanka i kobieta następcy tronu mogła zachorować na trąd… O bogowie!.. Tego nigdy nie było, jak świat światem… Tylko rybacy, więźniowie i nędzni Żydzi… O, ta podła Żydówka!.. na nią spuśćcie trąd, moce niebieskie…” W tej chwili w oknie, które było na pierwszym piętrze, mignął jakiś cień. Potem rozległ się szelest i ze dworu na środek pokoju skoczył książę Ramzes.
Kama osłupiała. Nagle schwyciła się za głowę, a w jej oczach odmalował się — strach bezgraniczny.
— Lykon?… — szepnęła chwytając się za głowę. — Lykon, tyś tu?… Zginiesz!.. Ścigają cię…
— Wiem — odparł Grek śmiejąc się szyderczo. — Ścigają mnie wszyscy Fenicjanie i cała policja jego świątobliwości…
Mimo to — dodał — jestem u ciebie i byłem u twego pana…
— Byłeś u księcia?…
— Tak, w jego własnej komnacie… I zostawiłbym sztylet w piersi, gdyby złe duchy nie usunęły go… Widocznie twój kochanek poszedł do innej kobiety, nie do ciebie…
— Czego tu chcesz?… Uciekaj!.. — szeptała Kama.
— Ale z tobą odparł. — Na ulicy czeka wóz, którym dojedziemy do Nilu, a tam moja barka…
— Oszalałeś!.. Ależ miasto i drogi pełne wojska…
— Właśnie dlatego mogłem wejść do pałacu i oboje wymkniemy się najłatwiej — mówił Lykon. — Zbierz wszystkie kosztowności… Wnet wrócę i zabiorę cię…
— Gdzie idziesz?…
— Poszukam twego pana — odparł. — Nie odejdę przecie bez zostawienia mu pamiątki…
— Tyś szalony…
— Milcz!.. — przerwał blady z gniewu. — Jeszcze go chcesz bronić?…
Fenicjanka zadumała się, zacisnęła pięści, a w jej oczach błysnęło złowrogie światło.
— A jeżeli nie znajdziesz go?… — spytała.
— To zabiję paru śpiących jego żołnierzy… podpalę pałac… — Zresztą — czy ja wiem, co zrobię?… Ale bez pamiątki nie odejdę…
Wielkie oczy Fenicjanki miały tak okropny wyraz, że Lykon zdziwił się.
— Co tobie?… — spytał.
— Nic. Słuchaj. Nigdy nie byłeś tak podobny do księcia jak dziś!.. Jeżeli więc chcesz zrobić coś dobrego…
Zbliżyła twarz do jego ucha i zaczęła szeptać.
Grek słuchał zdumiony.
— Kobieto — rzekł — najgorsze duchy mówią przez ciebie… Tak, na niego zwróci się podejrzenie…
— To lepsze aniżeli sztylet — odparła ze śmiechem. — Co?..
— Nigdy nie wpadłbym na taki pomysł!.. A może lepiej oboje?…
— Nie!.. Ona niech żyje… To będzie moja zemsta…
— Cóż za przewrotna dusza!.. — szepnął Lykon. — Ale podobasz mi się… Po królewsku zapłacimy im…
Cofnął się do okna i zniknął. Kama wychyliła się za nim i rozgorączkowana, zapomniawszy o sobie, słuchała.
Może w kwadrans po odejściu Lykona w stronie gaju figowego rozległ się przeraźliwy krzyk kobiecy. Powtórzył się parę razy i ucichł.
Fenicjankę, zamiast spodziewanej radości, ogarnął strach. Upadła na kolana i obłąkanymi oczyma wpatrywała się w ciemny ogród.
Na dole rozległ się cichy bieg, zatrzeszczał słup ganku i w oknie znowu ukazał się Lykon w ciemnym płaszczu. Gwałtownie dyszał i ręce mu drżały.
— Gdzie klejnoty?… — szepnął.
— Daj mi spokój — odparła.
Grek pochwycił ją za kark.
— Nędznico!.. — rzekł — czy nie rozumiesz, że nim słońce wejdzie, uwiężą cię i za parę dni uduszą?…
— Jestem chora…
— Gdzie klejnoty?…
— Stoją pod łóżkiem.
Lykon wszedł do komnaty, przy świetle kaganka wydobył ciężką skrzyneczkę, zarzucił na Kamę płaszcz i targnął ją za ramię.
— Zabieraj się. Gdzie są drzwi, którymi wchodzi do ciebie ten… ten twój pan?…
— Zostaw mnie…
Grek pochylił się nad nią i szeptał:
— Aha!.. myślisz, że cię tu zostawię?… Dziś tyle dbam o ciebie, co o sukę, która węch straciła… Ale musisz iść ze mną… Niech dowie się twój pan, że jest ktoś lepszy od niego. On wykradł kapłankę bogini, a ja zabieram kochankę jemu…
— Mówię ci, że jestem chora…
Grek wydobył cienki sztylet i oparł jej na karku. Zatrzęsła się i szepnęła:
— Już idę…
Przez ukryte drzwi wyszli do ogrodu. Od strony książęcego pałacu dolatywał ich szmer żołnierzy, którzy palili ognie. Tu i owdzie, między drzewami, widać było światła; od czasu do czasu minął ich ktoś ze służby następcy. W bramie zatrzymała ich warta:
— Kto jesteście?
— Teby — odparł Lykon.
Bez przeszkody wyszli na ulicę i zniknęli w zaułkach cudzoziemskiego cyrkułu Pi-Bast.
Na dwie godziny przed świtem w mieście odezwały się trąby i bębny. Tutmozis jeszcze leżał, pogrążony w głębokim śnie kiedy książę Ramzes ściągnął z niego płaszcz i zawołał z wesołym śmiechem:
— Wstawaj, czujny wodzu!.. Już pułki ruszyły.
Tutmozis usiadł na łóżku i przetarł zaspane oczy.
— Ach, to ty, panie? — spytał ziewając. — Cóż, wyspałeś się?
— Jak nigdy! — odparł książę.
— A ja bym jeszcze spał.
Wykąpali się obaj, włożyli kaftany i półpancerze i dosiedli koni, które rwały się z rąk masztalerzom.
Wnet następca z małą świtą opuścił miasto wyprzedzając po drodze leniwie maszerujące kolumny wojsk. Nil bardzo rozlał, a książę chciał być obecnym przy przechodzeniu kanałów i brodów.
Gdy słońce weszło, ostatni wóz obozowy był już daleko za miastem, a dostojny nomarcha Pi-Bast mówił do swojej służby:
— Teraz idę spać i biada temu, kto zbudzi mnie przed ucztą wieczorną! Nawet boskie słońce odpoczywa po każdym dniu, ja zaś od pierwszego Hator nie kładłem się.