Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 117
Перейти на страницу:

— Jakieś zwierzę — powiedziała.

Czekali, próbując dostrzec coś we mgle.

Po obu stronach korytarza były zamknięte drzwi. Spojrzała na nie. Poruszyły się. Ruch był ledwo widoczny, otworzyły się może na palec i zatrzymały.

Stanęli bliżej siebie, żeby chronić się nawzajem. Hutch wyjęła laser. Milczeli.

Ponieważ nic się nie działo, Hutch podeszła do drzwi.

Zamknęły się. Hutch odskoczyła.

Znów się otworzyły.

— Może powinniśmy stąd pójść — wyszeptał Nightingale.

— Poczekaj.

Podeszła bliżej i próbowała coś dostrzec w szczelinie, ale na tyle, na ile było coś widać, nic ciekawego nie było w środku. Puste pomieszczenie i tyle.

Wzięła głęboki oddech i szarpnęła drzwi. Otworzyły się trochę szerzej. Puściła je, a wtedy zamknęły się, by znowu się otworzyć.

— Czujniki? — spytał Nightingale.

— Najwyraźniej. I nadal działają.

Przypomniała sobie, że budynek chyba był wyposażony w coś przypominającego kolektory słoneczne.

Drzwi miały niecałe trzy metry wysokości i wykonano je z jakiegoś tworzywa powszechnie spotykanego w tej budowli. Nie miały klamki ani gałki. Hutch dostrzegła jednak prostokątny zielony pasek, który mógł być czujnikiem. I kolejny zielony pasek z wyblakłymi znakami, które mogły informować o tym, kto zajmuje biuro albo jaka jest funkcja tego pomieszczenia.

Mimo obietnic Canyon znów się odezwał.

— Hutch, to szczególna chwila. Co czułaś, kiedy usłyszałaś ten dźwięk?

Hutch wiedziała, że słowa, które wypowie, obiegną świat. Pożałowała, że pozwoliła Augiemu i dwóm miliardom widzów podsłuchiwać. Chciałaby udawać zblazowaną, jak przystało na bohaterkę, ale nie mogła sobie przypomnieć, czy wydawała jakiś odgłos przerażenia.

— Bałam się — odparła.

Drzwi otworzyły się znowu.

Ziemia zatrzęsła się. Kolejny wstrząs.

Szli dalej. Drzwi zamykały się i otwierały. Poza tym nie było słychać żadnego dźwięku.

Wspięli się po rampie do części podzielonej na mniejsze pomieszczenia. Osiem czy dziewięć pokoi, wszystkie z niskimi sufitami. Oznakowania umieszczono na poziomie pasa. Były tam małe ławeczki i poręcze sięgające im kolan przy grodziach. Klatka schodowa — dla świerszczy, sądząc z rozmiarów — prowadziła na górne piętro.

W kilku pomieszczeniach były rzędy krzeseł. Bardzo przypominało to kabinę poduszkowca. W jednym z nich sufit w pewnym miejscu podniesiono do poziomu takiego, że mogli się wyprostować.

Z kompleksu nie prowadziło żadne wyjście poza tym, którym weszli, rampą w dół i z powrotem do hali.

— Chyba właśnie dotarliśmy do pomieszczeń windy — rzekła Hutch.

Jeśli tak było, maszyneria, która wprawiała to wszystko w ruch, musiała być ukryta.

— Pewnie masz rację.

Spojrzał na malutkie poręcze.

— To nie była zaawansowana kultura — rzekła. — Jak sądzisz, jak zareagowały świerszcze, kiedy jastrzębie przybyły i kazały im się zbierać?

XXXI

Zwykle uważa się, że inteligencja stanowi przewagę ewolucyjna. Ale jakie mamy na to dowody? Jesteśmy otoczeni wielbicielami uzdrawiania metodami nadprzyrodzonymi, astrologii, wiary w sny i narkotyki. Czy mamy zaakceptować tezę, że te hordy nieszczęśników miały inteligentnych przodków?

Jestem gotów przyznać, że głupota nie pomaga w przeżyciu. W końcu każdy zrozumie, że tygrysa nie należy szturchać kijem. Ale inteligencja to ciekawość, a ciekawość nigdy nie pomagała w zachowaniu własnych genów w puli. Prawda musi tkwić gdzieś pośrodku. Bez względu na to, jaka jest przyczyna, to przeciętność żyje i rozkwita.

Gregory MacAllister, Refleksje bosonogiego dziennikarza
Czas do rozpadu (prognoza): 29 godzin

Kilkaset osób zebrało się w sali kinowej „Gwiazdy”, gdzie można było oglądać akcję ratunkową na kilkunastu ekranach, popijając drinki z przyjaciółmi. Marcel wędrował po gigantycznym statku, próbując myśleć o czymś innym, i wszedł właśnie do kina, gdy Beekman wywołał go i spytał, gdzie jest. Po kilku minutach spotkali się w małej salce na pokładzie widokowym. Dyrektor projektu był blady.

— Co się dzieje, Guntherze? — spytał Marcel.

Stali koło eksponatu przedstawiającego budowę „Wieczornej Gwiazdy”. Oto sam początek: Ordway Conover rozmawia z inżynierami, wyjaśniając im, że chce zbudować najbardziej spektakularny statek nadświetlny, jaki dotąd powstał. A oto „Gwiazda” na orbicie okołoziemskiej — a raczej jej zaczątek, czyli kil. Tutaj instalacja elektroniki, a tam basen na pokładzie Delta. A tu ważne osobistości, które wchodzą na pokład przed dziewiczym rejsem. I pierwszy kapitan, Bartlett Hollinger, brodaty, szarooki, białowłosy, wyglądający na niesłychanie kompetentnego, a zarazem dobrego wujka, którego wszyscy uwielbiają.

— Wiesz — rzekł Beekman — niektórzy ludzie na „Wendy” uważają, że robimy coś złego.

To zdanie uderzyło Marcela. Sądził, że Beekman sugeruje, iż popełnili w akcji ratunkowej jakiś błąd, przegapili coś zasadniczego, coś, czego nie da się już naprawić.

— To znaczy? — spytał, nie mogąc wydobyć głosu innego niż szept. — Co ich zdaniem powinniśmy robić?

— Uważają, że zaniedbujemy właściwą misję.

Marcel poczuł ogromną ulgę oraz, gdy dotarło do niego, co to znaczy, niedowierzanie. W końcu stłumił w sobie falę gniewu.

— Ty też tak uważasz?

Beekman długo milczał, zanim udzielił odpowiedzi.

— Nie wiem — rzekł w końcu. — Nigdy już niczego podobnego nie zobaczymy. Na pewno nie za naszego życia. Możemy dowiedzieć się o grawitacji i budowie planet więcej niż przez sto lat teoretyzowania. Marcelu, to prawda, że oto właśnie bezcenna okazja wymyka nam się z rąk.

— Chcesz tam zostawić Kellie?

— Oczywiście, że nie.

— Nie da się załatwić obu rzeczy naraz, Gunny.

— Pytałeś, czy ja chcę zostawić Kellie. Nie chcę. Doskonale o tym wiesz. Ale i ty, i ja zdajemy sobie sprawę z tego, że pomysł z wielkim kijem prawdopodobnie się nie sprawdzi. Zbyt wiele rzeczy może pójść nie tak, jak powinno. Może lepiej byłoby, gdybyśmy sobie zdali z tego sprawę i z powrotem skoncentrowali się na tym, po co tu przylecieliśmy.

Marcel wziął głęboki oddech.

— Guntherze, odwróćmy tę sytuację na minutę. Wyobraźmy sobie, że to twoja decyzja. Co byś zrobił?

— A podporządkowałbyś się mojej woli?

Marcel uniósł wzrok i spojrzał na duży obraz, przedstawiający młodą kobietę jedzącą obiad przy promenadzie. Przez okno było widać Mgławicę Kraba.

— Tak — odparł. — Podporządkowałbym się twojej decyzji. W takim razie co robimy? Spisujemy Kellie na straty? I pozostałych razem z nią?

Beekman spojrzał na Marcela, przeniósł wzrok na portret, patrzył na niego przez dłuższą chwilę.

— To nierozsądne — odparł w końcu.

— Co?

— Wiesz, o czym mówię.

— Jasne. O podejmowaniu decyzji zamiast krytykowania.

Wydał dziwny dźwięk.

— Dobrze — oznajmił. — Zrób to po swojemu. Ale gdzieś po drodze będziemy musieli za to zapłacić.

Dowództwo na mostku „Gwiazdy” wydało z siebie serię „ochów” i „achów” na widok obcych inskrypcji, rozpadających się korytarzy i jastrzębi w królewskich szatach. Lori systematycznie usuwała mgłę i powiększała obraz. Oto kilka pustych pomieszczeń przylegających do dużej hali, dalej lekko zakrzywiający się korytarz, a w nim, z obu stron, drzwi ze znakami z obcych alfabetów. Marcel zastanawiał się, czy opisywały one funkcję pomieszczenia, czy też były po prostu imionami urzędujących tam istot.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)