Boża klepsydra [Deepsix - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-77-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
— Dobrze — rzekła Hutch.
— Coś jeszcze. Windy są we wnętrzu konstrukcji.
— Wiemy.
— Dobrze. Więc wiecie, że to plątanina belek, wsporników i płyt. Właśnie ona was podtrzymuje. Muszą tam gdzieś być szyny, bo windy poruszają się w górę i w dół po szynach. Wszystko jest stare i zniszczone. Metal musiał się pokrzywić i dlatego winda nie może zjechać w dół.
— Co ty nam próbujesz powiedzieć, Kellie?
— Jakieś pięćdziesiąt metrów pod wami jest dziura. Jeśli tam zjedziecie, po prostu spadniecie. Do widzenia.
— Doskonale. Na razie wygląda na stabilną. Do roboty.
— Kto pierwszy?
— Randy.
Nathingale spojrzał na nią błagalnie. Twarz miał barwy popiołu.
Co ona ma z nim zrobić? Zostawić go tu? Lądownik opadł trochę, aż ustawił się równo z windą. Kellie otworzyła klapę i MacAllister pokazał im linę.
— Jest przywiązana do wspornika fotela, Randy — powiedział.
Nathingale pokiwał głową niecierpliwie.
— Dobrze.
MacAllister popatrzył na Hutch, od której dzieliło go zaledwie kilka metrów. Też wyglądał na wystraszonego, ale próbował zachowywać się nonszalancko. Czemu nie? W końcu był żołnierzem.
Lądownik wznosił się i opadał, szarpany wiatrem. Podpłynął do windy, po czym oddalił się.
— Nie za blisko — rzekła Hutch.
— Strasznie tu wieje — odezwała się w słuchawkach Kellie.
Mac zwinął linę i ocenił odległość.
— Gotowa, Hutch?
— Tak.
Lina poleciała w jej stronę. Sięgnęła, ale nie udało jej się złapać. Mac znów zwinął linę i spróbował jeszcze raz. Znów nie doleciała.
— Jesteś za daleko — zwrócił się do Kellie.
Hutch usłyszała stłumione przekleństwo. Lądownik oddalił się, ciągnąc linę. Gdy Mac był znów gotowy, podjęli kolejną próbę.
Lądownik unosił się na poduszce powietrznej. Nagle opadł i ku przerażeniu Hutch MacAllister o mało nie wypadł. Nightingale zesztywniał.
— Przeklęty wiatr — rzekła Kellie.
Mac odszedł od włazu.
— Wszystko w porządku, Mac? — spytała Hutch.
— Widziałaś, co się dzieje?
— Tak — odparła Kellie. — Przywiąż się.
Znikł na chwilę, po czym pojawił się obwiązany w pasie liną. Problem oczywiście polegał na tym, że gdyby rzeczywiście wypadł, Kellie nie mogłaby odejść od sterów, żeby mu pomóc, i musiałaby polecieć na dół i wylądować, żeby mógł wsiąść z powrotem.
— Dobrze — rzekł MacAllister zaskakująco spokojnym głosem. — Spróbujmy jeszcze raz.
— To nie takie łatwe — rzekła Kellie. — Jak już złapiesz linę, musisz się naprawdę szybko ruszać.
Hutch zrozumiała. Gdyby podczas całej operacji uderzył silny wiatr, lądownik odsunąłby się, wyszarpując z windy linę wraz z osobą uwieszoną na jej końcu.
Kellie zbliżyła się. Hutch nie spuszczała oczu z Maca, który oceniał odległość. Linę trzymał zwiniętą w prawej ręce. Lądownik obracał się, opadał, wznosił się, aż zbliżył się do niej.
Mac dostrzegł szansę i lina poleciała w jej kierunku. Rozwinęła się; była mokra od deszczu, ale Hutch udało się ją złapać.
— Dobrze, Randy — rzekła. — Jazda.
Cofnął się i w jego oczach dostrzegła wewnętrzną walkę.
— Nie mamy czasu na głupoty — powiedziała cicho. — Jeśli tu zostaniemy, zginiemy.
— Wiem.
Czekała.
— Hutch — odezwała się Kellie. — Do roboty. Nie mogę tu wisieć wiecznie.
— Pracujemy nad tym.
Nightingale podszedł i zamknął oczy. Owinęła go liną w pasie, przełożyła ją pod pachami i związała z przodu. Nie było szans, żeby się z niej wyśliznął. Nightingale stawiał jednak opór, gdy popchnęła go w stronę otworu.
— Hutch — powiedział. — Nie mogę tego zrobić.
— Wszystko gra, Randy. Świetnie ci idzie. Winda znów opadła i zatrzymała się z hukiem.
— Hutch! — krzyknęła Kellie.
Nightingale podszedł do drzwi i spojrzał na lądownik. Deszcz lał się na niego.
— Nie patrz w dół — rzekła Hutch.
— Pospieszcie się! — wołała Kellie.
— Hutch?
— Tak, Randy?
— Jeśli się nie uda…
— Uda się.
— Jeśli się nie uda…
Sięgnął do brzegu otworu, znalazł go, zacisnął na nim palce. Lina łącząca go z lądownikiem naprężała się i rozluźniała, gdy Kellie próbowała zrekompensować prądy i wiatr nad przepaścią.
Hutch stanęła za nim i delikatnie oderwała jego palce.
— Zawsze się udaje — powiedziała i wypchnęła go. Poleciał w ciszy, choć przypuszczała, że będzie krzyczał.
Spadł. To musiało być kilka strasznych sekund, ale szybko było po wszystkim: lina naprężyła się i zawisł pod lądownikiem. Kellie szybko oddaliła się od ściany, a on huśtał się tam i z powrotem, trzymając się kurczowo liny i powtarzając w kółko: „O Boże”.
Mac zaczął wciągać go do środka. Hutch patrzyła, jak Nightingale rozpaczliwie wymachuje rękami i nogami i zaczęła się bać, że dostał ataku serca.
— Randy, uspokój się — powiedziała. — Nic ci nie będzie. Najgorsze za tobą.
Mówiła dalej, najbardziej kojącym tonem, na jaki mogła się zdobyć, aż Macowi udało się wyciągnąć rękę, złapać kamizelkę Nightingale’a i zacząć wciąganie go do środka.
Lądownik zakołysał się lekko i znów się zbliżył. Mac pojawił się we włazie z liną.
— Dobrze, ślicznotko — oznajmił. — Ty jesteś następna. Winda zadygotała. To pewnie kolejne trzęsienie ziemi.
Po chwili znów ruszyła w dół. Hutch odsunęła się od otworu i wstała. Deszcz bębnił po dachu. Winda dalej opadała i przez kilka sekund Hutch wydawało się, że spada swobodnie. Serce podpełzło jej do gardła. Metal zazgrzytał i winda zatrzymała się z hukiem.
Kellie krzyczała coś z przerażeniem.
— Wszystko w porządku — rzekła Hutch.
— Właśnie nie bardzo.
Hutch odniosła wrażenie, jakby jej rozdygotane serce się zatrzymało.
— Co się dzieje?
— Spadam.
Antygrawitacja przestała działać.
Hutch patrzyła, jak lądownik opada. Kellie spowolniła spadanie, włączyła silniki, i udało jej się trochę wznieść. Zbliżyła się.
— Musi nam się udać za pierwszym razem — rzekła.
Mac stał we włazie śluzy z liną. Kellie nadleciała od góry, wyłączyła silniki, odwróciła ciąg i zawisła. Natychmiast zaczęła opadać.
— Nie — rzekła Hutch. — To na nic.
Lądownik opadał za szybko. Mac spojrzał z rozpaczą w jej stronę.
— Muszę wylądować i doładować układ antygrawitacji — rzekła Kellie. — Hutch, przepraszam. Nie mam żadnego innego pomysłu.
Hutch pokiwała głową i pomachała im na pożegnanie.
— Leć na dół. Poczekam tu na was.
Robiło się ciemno. Wiatr się wzmagał, a oni nie mieli czujników. Nocna akcja ratunkowa nie miała szans powodzenia. Kellie walczyła z wściekłością i łzami.
— Nie możesz zostać w windzie, Hutch.
Hutch patrzyła, jak lądownik uruchamia silniki i odlatuje na wschód.
— Jest aż tak źle?
— Dobrze nie jest.
Wyjrzała. Na zewnątrz szalała burza. Spojrzała na konstrukcję, na belki, rozpórki i szyny prowadzące po obu stronach. Gdyby tylko udało się tam dostać.