W 20 lat później
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1957
- Язык: польский
- Год: Państwowe Wydawnictwo “Iskry”
- ISBN: 83-207-1207-6
- Переводчик: Stefan Flukowski
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «W 20 lat później». Краткое содержание книги:
— Ależ pani, wasza królewska mość nie zdaje sobie sprawy, czego ode mnie żąda! W dniu, w którym posiłki cudzoziemskie staną się częścią jakiegoś króla, celem wprowadzenia go z powrotem na tron, będzie to poczytane za przyznanie się, że nie wspomaga go już miłość poddanych.
— Właściwie, mości kardynale — odezwała się królowa zniecierpliwiona śledzeniem biegu myśli tego sprytnego umysłu, co sam gubił się w labiryncie własnych słów — właściwie, odpowiedz mi pan: tak albo nie. Jeśli król będzie trwał w chęci pozostania w Anglii, czy pośle mu pan posiłki? Jeśli zaś przybędzie do Francji, czy udzieli mu pan gościny?
— Pani — odparł kardynał zgrywając się na jak największą szczerość — Mam nadzieję dowieść waszej królewskiej mości, jak bardzo jestem jej oddany, i pragnę ukończyć sprawę, która pani tak leży na sercu. Mniemam, że po tym wszystkim wasza królewska mość nie będzie wątpiła w moje gorliwe dla niej służby.
Królowa przygryzła wargi i niecierpliwie się poruszyła w fotelu.
— A więc co zamierza pan czynić? — zagadnęła wreszcie. — No, proszę mówić.
— Natychmiast udam się na naradę do królowej i przekażemy następnie sprawę parlamentowi.
— Z którym jesteś pan w wojnie, nieprawdaż? Obarczy pan Broussela funkcją sprawozdawcy tej sprawy. Dosyć, mości kardynale, dosyć. Rozumiem pana albo raczej nie mam racji. Istotnie, zwróć się pan do parlamentu, bowiem właśnie parlament, wróg królów, udzielił jedynej pomocy córce tego wielkiego, tego wzniosłego Henryka IV, którego pan tak uwielbiasz, dzięki czemu nie umarła ona tej zimy z głodu i chłodu.
I z tymi słowy królowa pełna majestatycznego oburzenia powstała. Kardynał wyciągnął ku niej splecione dłonie.
— O pani, pani, jakże mnie wasza królewska mość mało znasz. Mój Boże!
Ale królowa Henrieta, nie obejrzawszy się nawet w stronę wylewającego te obłudne łzy, przemierzyła gabinet, sama otworzyła sobie drzwi i w tłumie licznych gwardzistów jego eminencji, dworzan gotowych mu nadskakiwać wśród zbytku rywalizującego z królewskim, podeszła ująć ramię de Wintera, stojącego z boku, samotnie. Biedna, podupadła królowa, przed którą wszyscy, powodowani etykietą, jeszcze się kłonili, nie miała już naprawdę nic poza jedynym ramieniem, na którym mogła się wesprzeć.
— Wszystko jedno — rzekł do siebie Mazarini, kiedy pozostał sam — było to przykre, rola do zagrania trudna, ale nie powiedziałem nic ani jednemu, ani drugiej. Hm! Ten Cromwell to zawzięty myśliwy na królów, żal mi ich ministrów, jeśli się kiedykolwiek zacznie ich czepiać. Bernouin!
Bernouin wszedł.
— Niech no tam popatrzą, czy ów młody człowiek w czarnym kaftanie, z krótko przystrzyżonymi włosami, którego niedawno do mnie wprowadzałeś, znajduje się jeszcze w pałacu.
Bernouin wyszedł. W czasie jego nieobecności kardynał zajął się przekręcaniem pierścienia z oczkiem do góry, wytarciem diamentu i podziwianiem jego przejrzystości. A ponieważ w oczach miał jeszcze łzę, która mąciła mu wzrok, potrząsnął głową, aby spadła.
Bernouin powrócił z Commingesem, który właśnie miał służbę.
— Monsignore — rzekł Comminges — kiedy odprowadzałem młodego człowieka, o którego wasza eminencja zapytuje, podszedł on do szklanych drzwi galerii i przyglądał się czemuś ze zdziwieniem, bez wątpienia obrazowi Rafaela, co wisi na wprost tego wejścia. Po czym chwilę zadumał się i zszedł schodami. Zdaje się, że widziałem, jak dosiadł swego siwego konia i opuścił dziedziniec pałacu. Ale czy monsignore nie zamierza udać się do jej królewskiej mości?
— A po co?
— Pan de Guitaut, mój wuj, powiedział mi właśnie, że jej królewska mość otrzymała jakieś nowiny z armii.
— To dobrze, już tam idę.
W tejże chwili pojawił się pan de Villequier. Właśnie przyszedł od królowej po kardynała.
Comminges dobrze wszystko widział i Mordaunt rzeczywiście tak się zachował, jak opowiadał oficer. Przechodząc galerię równoległą do wielkiej oszklonej galerii spostrzegł de Wintera, który właśnie oczekiwał na ukończenie pertraktacji przez królową.
Na ten widok młody człowiek zatrzymał się gwałtownie wcale nie w podziwie przed obrazem Rafaela, ale jakby zafascynowany czymś straszliwym. Oczy jego rozszerzyły się, dreszcz przebiegł całe ciało. Można by rzec, że pragnie przebić się przez szklany wał, który go dzielił od wroga. Gdyby bowiem Comminges zobaczył, z jakim wyrazem nienawiści młody człowiek wparł wzrok w de Wintera, ani na chwilę by nie wątpił, że ów angielski lord jest jego śmiertelnym wrogiem.
Ale ten opanował się.
Uczynił to niewątpliwie, ażeby się móc zastanowić, gdyż zamiast dać się porwać pierwszemu odruchowi i iść wprost na de Wintera, Mordaunt zeszedł powoli ze schodów. Opuścił pałac z pochyloną głową, wskoczył na siodło, zatrzymał konia na rogu ulicy Richelieu i z oczami utkwionymi w kratę jął oczekiwać, kiedy karoca królowej opuści dziedziniec.
Oczekiwanie to nie trwało długo, gdyż królowa zabawiła u Mazariniego jeszcze kwadrans, ale ten kwadrans wyczekiwania zdawał się dla oczekującego wiekiem.
Wreszcie ciężka machina, którą w owe czasy nazywano karocą dudniąc, wytoczyła się zza ogrodzenia i de Winter, ciągle konno, znów pochylił się do drzwiczek, aby rozmawiać z jej królewską mością.
Konie ruszyły kłusa i skierowały się w stronę Luwru, gdzie też i wjechały. Przed wyjazdem z klasztoru Karmelitanek królowa Henrieta zapowiedziała córce, aby czekała na nią w pałacu, który zamieszkiwała tak długo i który opuściła tylko dlatego, że ubóstwo w złoconych salach wydawało się jej jeszcze trudniejsze do zniesienia.
Mordaunt posuwał się za pojazdem, a kiedy zobaczył, że wjeżdża on w mroczną arkadę, skierował się wraz z koniem pod mur okryty cieniem i pozostał tam nieruchomy pośród gzymsów Jana Goujon[50], sam podobny płaskorzeźbie przedstawiającej konny posąg.
Czekał, podobnie jak to był czynił pod Palais-Royal.
XLII. Jak ludzie dotknięci nieszczęściem biorą nieraz przypadek za opatrzność
— A więc co, wasza królewska mość? — zagadnął de Winter, kiedy królowa oddaliła służbę.
— A więc stało się to, co przewidywałam, milordzie.
— Odmawia?
— Czyż nie powiedziałam panu tego z góry?
— Kardynał odmawia przyjęcia króla, Francja odmawia gościny nieszczęśliwemu monarsze? Ależ to pierwszy podobny wypadek, pani!
— Nie powiedziałam, milordzie, że Francja, powiedziałam kardynał, a kardynał nie jest nawet Francuzem.
— A czy z królową pani się widziała?
— Daremne — odparła królowa Henrieta, smutnie potrząsając głową. — Królowa nigdy nie powie tak, jeśli kardynał wyrzekł nie. Czy nie wiadomo panu, że ten Włoch kieruje wszystkim, zarówno w sprawach wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Co więcej, powracam tu do tego, co panu już powiedziałam: nie zdziwiłabym się, gdyby Cromwell nas uprzedził. Rozmawiając ze mną kardynał był zaambarasowany, lecz mimo to stanowczy w odmowie. Następnie, czy zauważył pan to poruszenie w Palais-Royal, tę bieganinę tam i sam zaaferowanych ludzi? Czyżby otrzymali oni jakieś wiadomości, milordzie?
— To wcale nie z Anglii, pani. Tak się bardzo śpieszyłem, iż jestem pewny, że nikt mnie nie uprzedził. Wyjechałem trzy dni temu, cudem przemknąłem się przez armię purytańską. Ze służącym Tony wzięliśmy pocztę, a konie, których teraz dosiadamy, kupiliśmy w Paryżu. Zresztą król, zanim coś zaryzykuje, poczeka, jestem tego pewien, na odpowiedź waszej królewskiej mości.
50
Jean Goujon — słynny rzeźbiarz i architekt francuski (1510—1568).