W 20 lat później
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1957
- Язык: польский
- Год: Państwowe Wydawnictwo “Iskry”
- ISBN: 83-207-1207-6
- Переводчик: Stefan Flukowski
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «W 20 lat później». Краткое содержание книги:
— Chce mnie pan zabić? A więc uznam pana za swego bratanka, gdyż jest pan nieodrodnym synem swojej matki.
— Nie — odparł Mordaunt, z najwyższym wysiłkiem przywracając rysom swej twarzy i mięśniom ciała normalny stan i wygląd — nie, nie zabiję pana, przynajmniej w tej chwili, gdyż bez pana nie odkryję pozostałych. Ale kiedy już dowiem się o nich, drzyj waść. Zasztyletowałem kata z Bethune, zasztyletowałem go bez litości, bez miłosierdzia, a był to najmniej winny z was wszystkich.
Z tymi słowy młodzieniec opuścił izbę i zeszedł ze schodów na tyle spokojny, aby nie zwrócić uwagi. Na niższym podeście minął Tony’ego, schylonego nad poręczą i czekającego tylko na krzyk swego pana, aby pobiec na górę.
Ale de Winter nie zawołał go wcale. Zmiażdżony, osłabiony, trwał nieruchomo i nasłuchiwał. Dopiero gdy doszedł go odgłos oddalających się kopyt konia, padł na krzesło mówiąc:
— Boże, dzięki ci, że wie tylko o mnie.
XLIV. Ojcostwo
W tym samym czasie, kiedy rozgrywała się owa straszliwa scena u lorda de Wintera, Atos, siedząc przy oknie w swoim pokoju wsparty łokciami o stół, z głową w dłoniach, chłonął wzrokiem i słuchem opowiadanie Raula o jego podróży i szczegółach bitwy.
Piękna i szlachetna postać hrabiego wyrażała niewypowiedziane szczęście, przysłuchując się opowiadaniu o tych pierwszych, tak świeżych i czystych wzruszeniach; chłonął dźwięk głosu młodzieńca, który pasjonował się już pięknymi uczuciami, jak to bywa, kiedy słucha się muzyki pełnej harmonii. Zapomniał, co było ponure w przeszłości. Można by rzec, że powrót tego ukochanego dziecka zdołał przemienić obawy w nadzieje. Atos czuł się szczęśliwy, szczęśliwy jak nigdy.
— A więc byłeś przytomny, de Bragelonne, w tej wielkiej bitwie i brałeś w niej udział? — pytał dawny muszkieter.
— Tak, panie.
— A powiedz no mi, zacięta była, co?
— Jego książęca wysokość brał osobiście udział w jedenastu szarżach.
— To wielki wojownik, de Bragelonne.
— To bohater, panie. Ani na chwilę nie traciłem go z oka. Och, panie, jakże to pięknie nazywać się Conde i tak godnie nosić to nazwisko.
— Spokojny i pełen świetności, nieprawdaż?
— Spokojny jak na paradzie, pełen świetności jak w jakie święto. Podchodziliśmy do nieprzyjaciela stępa; zakazano nam pierwszym strzelać i szliśmy na Hiszpanów, którzy stali na wzgórzu z muszkietami u nogi. Na trzydzieści kroków od nich książę zwrócił się do żołnierzy: “Chłopcy — rzekł — musicie wytrzymać wściekłą salwę, ale potem, bądźcie spokojni, wszystko pójdzie z nimi jak z płatka”. Była taka cisza, że zarówno swoi, jak i nieprzyjaciel słyszeli te słowa. Po czym podniósł szpadę i zawołał: “Trąbki, grać!”
— Dobrze, dobrze!... W potrzebie i ty tak postąpisz, Raulu, nieprawdaż?
— Wątpię, panie, ponieważ uważam to za coś bardzo pięknego i bardzo wielkiego. Kiedy doszliśmy na dwadzieścia kroków, ujrzeliśmy, że muszkiety pochylają się jak jedna lśniąca linia. To słońce kładło się na lufach. “Stępa, dzieci, stępa — rzucił książę — już zaraz”.
— Bałeś się, Raulu? — zagadnął hrabia.
— Tak, panie — odparł naiwnie młodzieniec — czułem w sercu jakby wielki chłód i na słowo “Ognia”, które rozległo się w hiszpańskich szeregach, zamknąłem oczy i pomyślałem sobie o panu.
— Doprawdy, Raulu? — spytał Atos ściskając mu dłoń.
— Tak, panie. W tejże chwili rozległ się taki huk, że można by rzec, piekło się rozwarło i ci, co nie padli rażeni, poczuli żar płomienia. Otworzyłem oczy zdumiony, żem nie zabity, a nawet nie ranny. Trzecia część szwadronu leżała pokotem, ranna i we krwi. W tej chwili spotkałem się ze wzrokiem księcia i nie myślałem już o niczym innym, tylko o tym jednym, że on na mnie patrzy. Uderzyłem ostrogami konia i znalazłem się wśród nieprzyjacielskich szeregów.
— I książę był z ciebie zadowolony?
— Tak mi przynajmniej powiedział, kiedy polecił towarzyszyć do Paryża panu de Chatillon, który tu przybył, by przekazać wieści królowej i przywieźć zdobyte sztandary. “Jedź — rzekł do mnie książę — nieprzyjaciel nie pozbiera się przed upływem piętnastu dni. Nie potrzebuję cię tutaj. Jedź uścisnąć tych, których kochasz i którzy kochają ciebie, i powiedz mej siostrze, pani de Longueville, że dziękuję jej za podarek, jaki mi uczyniła oddając cię w moje ręce”. I przybyłem, panie — dodał Raul patrząc na hrabiego z uśmiechem głębokiej miłości — ponieważ sądziłem, że będziesz uradowany widząc mnie z powrotem.
Atos przyciągnął młodzieńca do siebie i pocałował go w czoło, jak gdyby był młodą dziewczyną.
— W ten sposób, Raulu, zostałeś wprowadzony w świat. Masz przyjaciół wśród diuków, marszałka Francji za protektora, księcia krwi za wodza, i tego samego dnia, kiedy powróciłeś, zostałeś przyjęty przez dwie królowe: jak na nowicjusza to wcale pięknie.
— Ach, panie — rzekł nagle Raul — przypomnieliście mi jedną rzecz, o której zapomniałem, opowiadając wam ,w pośpiechu moje czyny. Otóż u jej królewskiej mości, królowej Anglii, był pewien szlachcic, który na wymówione przeze mnie pańskie nazwisko wydał okrzyk zdumienia i radości. Mówił, że należy do grona pańskich przyjaciół, prosił o adres i przyjedzie pana odwiedzić.
— Jak się nazywa?
— Nie śmiałem go o to pytać. Ale chociaż wyraża się wytwornie, sądząc po akcencie, jest Anglikiem.
— Ach, tak — wyrzekł Atos.
I pochylił głowę jakby szukając we wspomnieniach. Kiedy znów podniósł czoło, ujrzał nagle mężczyznę stojącego w uchylonych drzwiach i patrzącego nań z rozrzewnieniem.
— Lord de Winter — wykrzyknął hrabia.
— Atos, przyjacielu!
I obaj trwali przez chwilę w uścisku. Następnie Atos, ująwszy obie jego dłonie, rzekł patrząc mu w oczy:
— Co z panem, milordzie? Wydajesz się być tyle smutny, ile ja jestem radosny.
— Tak, drogi przyjacielu, to prawda, i powiem nawet więcej: widok twój podwaja me obawy.
I de Winter rozejrzał się wokoło siebie, jakby pragnąc, by pozostali sami. Raul domyślił się, że przyjaciele chcą ze sobą porozmawiać, i nie czekając opuścił komnatę.
— Teraz, kiedy jesteśmy sami — rzekł Atos — mówmy o panu.
— Kiedyśmy sami — odparł lord de Winter — mówmy o nas. On jest tutaj.
— Kto?
— Syn Milady.
Atos, jeszcze raz porażony tym imieniem, które zdawało się go prześladować jak złowrogie echo, przez moment zawahał się, zmarszczył lekko brew, po czym rzekł spokojnym tonem:
— Wiem o tym.
— Wiesz?
— Tak. Milczek spotkał go między Bethune i Arras i przycwałował tu z powrotem, aby uprzedzić mnie o jego obecności.
— Więc Milczek go znał?
— Nie, ale był przytomny przy łożu śmierci pewnego człowieka, który go znał.
— Kata z Bethune! — wykrzyknął de Winter.
— Wiesz o tym? — zdziwił się Atos.
— W tej chwili właśnie syn Milady mnie opuścił — odparł de Winter — wszystko mi powiedział. Ach, mój przyjacielu, cóż za straszliwa scena! Żeśmy też nie zadusili dziecka wraz z matką.
Atos, jak wszystkie szlachetne natury, nigdy nie okazywał innym przykrych uczuć, przeciwnie, skrywał je w sobie, a w ich miejsce wzbudzał nadzieję i pocieszał. Można by rzec, że osobiste cierpienia opuszczały jego duszę przetworzone w pociechę dla innych.
— Czegóż się obawiasz, milordzie? — rzekł powracając do siebie, opanowawszy już instynktowny strach, jaki odczuwał na początku. — Czyż nie możemy się bronić? Czy ten młody człowiek stał się zawodowym mordercą, zimnym zabójcą? Mógł on zabić kata z Bethune w odruchu wściekłości, ale obecnie jego szał został na pewno zaspokojony.