Żelazna rada [Iron Council - pl]
- Автор: Мьевилль Чайна
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 978-83-7506-352-3
- Переводчик: Tomasz Bieron
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Żelazna rada [Iron Council - pl]». Краткое содержание книги:
— Tam, gdzie my będziemy.
Na skraju strefy kakotopicznej mieli spędzić około trzech tygodni. Trzy tygodnie przedsmaku tego, co czeka podróżnika w głębi tego toksycznego krajobrazu. Niektórym zapewne udało się przejechać Przez plamę, odkąd się pojawiła pół tysiąclecia temu w akcie patologicznego samorództwa. Cutter znał historie o Skrzydlatym Callym i inne opowieści o przygodach w Krainie Tysiąca Plag.
— Musi być inna droga — powiedział.
Ale nie, powiedzieli, że nie ma.
— Tylko w ten sposób możemy się ochronić przed milicją — szepnął Drogon. — Tylko w ten sposób możemy sobie zagwarantować, że nie będą nas ścigali. Granica strefy to dla nich koniec drogi. Obowiązuje ich kategoryczny rozkaz: w żadnych okolicznościach nie wkraczać na teren strefy. Zresztą… — intonacja uległa zmianie, teraz słowa płynęły z ust wartkim potokiem — … byli pionierami. To znaczy Rada. Przebyli cały kontynent, od wybrzeża do wybrzeża. Wiesz, od jak dawna ludzie próbowali tego dokonać? Przez dymokamień, góry, mokradła, wzgórza? Nie możemy stchórzyć. Być może to jest jedyna droga.
Po paru kilometrach Judasz zniknął na wiele godzin, podążając śladem pociągu. Wrócił wyczerpany. Cutter krzyknął na niego, żeby nie włóczył się sam po tej okolicy, a Judasz obdarzył go swoim uśmiechem świętego.
Odcinki torów leżały zakamuflowane krzakami. Łączono je z budowanymi od nowa i pociąg jechał skrajem Krainy Tysiąca Plag. Cutter podróżował uwieszony na zewnątrz wagonu i rozkoszował się rześkim wiatrem. Zostało trochę demonów ruchu, wszystkie były oswojone, dzieci albo wnuki pierwszych dzikich, pożerających prędkość dweomerów. Eteryczne stworzenia sprawiały wrażenie wystraszonych.
Cutter obserwował demony ruchu, obserwował skały i drzewa, wsłuchiwał się w zgrzyt tłoków i kół. Dochodziło do bójek, bo wszyscy chcieli nocować w wagonach. Obóz niweflatorów był zwartym miasteczkiem namiotów, dla bezpieczeństwa ustawionych w koła. Ale żadne środki ostrożności nie mogły ich ochronić przed skutkami oddziaływania plamy kakotopicznej.
Wodę reglamentowano, ale mimo to ekipa pod wodzą vodyanoi wyruszała na poszukiwania strumieni ze zdatną do picia wodą — zawsze na południe, dalej od Momentu i zagrożenia. I co kilka dni ktoś wracał bliski obłędu, niosąc na rękach kogoś, kto uległ metamorfozie, albo opowiadając, że jeden z kolegów nagle zniknął. W nocy Moment dotykał wszystkiego palcami transpozycji.
— Nic jej nie było, dopóki nie wyruszyliśmy w powrotną drogę — krzyczeli myśliwi, niosąc prze-tworzoną kobietę, która dygotała z taką gwałtownością i częstotliwością, że rozmyty obraz jej głowy i kończyn stwardniał i zamienił ją we wrzeszczącą masę częściowo skamieniałego ciała. Albo: „Cieniożercy” — mówili, pokazując na przerażonego chłopca, od którego biło jasne światło. Wnętrze jego otwartych ust było tak samo widoczne i oświetlone jak cała jego postać. Inni wracali pogryzieni radulami nieprawdopodobnie szybkich, robakokształtnych drapieżników. Żelazna Rada przejeżdżała nad tropami: głębokie, cienkie dziury zostawione przez ogromne jeżowce, niepowtarzalne ślady calowca, grudy ubitej ziemi w kilkumetrowych odstępach.
Zranionych przez Moment lub drapieżniki leczyli w wagonie bydlęcym przekwalifikowanym na lazaret. Tych, których nie udało się uratować, grzebali. Zgodnie z tradycją miejsce pochówku wybierali przed torami. Któregoś razu podczas kopania grobu trafili na kości jednego z przodków, Radnej zmarłej w trakcie pierwotnej podróży. Z wielką czcią poprosili ją o wybaczenie i złożyli nowych zmarłych obok niej na wieczny odpoczynek.
— Tak nie może być! — wściekał się Cutter. — Ilu jeszcze stracimy? Ilu jeszcze musi umrzeć?
— Uspokój się, Cutter — łajała go Ann-Hari. — To jest straszne, ale gdybyśmy zostali, milicja wszystkich by nas zabiła. Cutter… za pierwszym razem zginęło dużo więcej ludzi. Dużo więcej. Uczymy się. Wieczny pociąg emanuje zaklęciami. On jest zaklęty.
Codziennie wieszano na pociągu głowy nowych drapieżników. Stał się groteskowym muzeum myślistwa.
Zawsze kiedy Cutter widział Drogona, szeptodziej był zdumiony i zachwycony. Przepadał za polowaniami nawet w tych upiornych warunkach. Bacznie się wszystkiemu przyglądał, podążał za nimi przez skalne rozpadliny, obserwował ruchy strefy kakotopicznej, zapisywał w pamięci, starał się zrozumieć. To była jedna metoda. Cutter wolał inną: chciał mieć już to wszystko za sobą.
Chodził z ekipami zbierającymi opał do bojlerów — drewno, węgiel brunatny, torf. Razem z innymi poszukiwał wody.
Różdżkarz wyszedł z cysterny, którą oddano do dyspozycji vodyanoi. Nazywał się Shuechen i odpowiadał stereotypowemu wizerunkowi swojej rasy, był bowiem opryskliwy i małomówny. Cutterowi to się podobało. Jego szorstkie i sceptyczne usposobienie przychylnie nastrajało go do vodyanoi.
Po drodze Shuechen, kolebiący się w wypełnionej wodą sakwie, opowiadał im o sporach między frakcjami Radnych, o debatach na temat nowej polityki Rady. Dawni RR, sceptycy, młodzi, lękliwi starzy. Różdżkarz powiedział, że wszystkich dręczyła niepewność, czy wybrana strategia jest najlepsza.
Shuech kładł swoje ogromne dłonie płasko na ziemi i węszył jak pies, a potem uderzał o ziemię i słuchał echa. W odległości trzech godzin od pociągu czysta woda popłynęła ze skały i zebrała się w otoczonej kamieniami misie w tak małym stopniu skażonej Momentem, że Cutter poczuł się prawie jak w Rudewood. Łzy zaczęły mu się cisnąć do oczu.
Napełnili worki wodą, ale zapadła noc, tak błyskawicznie, jakby ktoś zarzucił na słońce ręcznik, i rozbili obóz. Nie rozpalili ogniska.
— W pobliżu strefy nie wolno — powiedział Shuech.
Przyciśnięci do siebie, żeby ochronić się przed bijącym od skał zimnem, dwaj prze-tworzeni nakłonili Cuttera i jego przyjaciół, żeby opowiedzieli im o Nowym Crobuzon.
— Rudgutter nie żyje? Nie powiem, żeby ta wiadomość szczególnie mnie zasmuciła. Ten drań był burmistrzem od zawsze. A teraz Stem-Fulcher? Bogowie miejcie nas w swojej opiece!
Zmiany ich zbulwersowały.
— Milicja działa jawnie? W mundurach? Co się stało, do diabła lekkiego?
Pomeroy opowiedział im pokrótce o wojnie z konstruktami, oczyszczeniu wysypisk i pogłoskach na temat mocy, które się tam rzekomo zagnieździły. Brzmiało to nierealnie, nawet dla Cuttera, który pamiętał te czasy.
Długi czas nie chcieli uwierzyć w to, co Cutter mówił im o łapowżercach.
— Jeden za nami gonił — powiedział. — Podczas którychś rozruchów Stem-Fulcher zakomunikowała, że „nawiązali kontakt”, i okazało się, że padli ofiarą tragicznego nieporozumienia.
Łapowżercy, od stuleci budzące grozę postacie z miejskiej mitologii; według jednych obdarzone złoczynną mocą ręce wyrastające na trupach, według innych diabły, które uciekły z piekła, władające świadomością opętanych przez siebie osób i znacznie zwiększające tym repertuar swych fizycznych możliwości.
Skoro skazani i tak mają umrzeć, argumentowała Stem-Fulcher, a miasto potrzebuje pomocy, której mogą udzielić łapowżercy, to byłoby nieodpowiedzialnym sentymentalizmem, gdyby nie wyciągnąć z tego narzucających się wniosków. Oczywiście działaliby pod ścisłym nadzorem.
Uprzedzenia były jednak tak głęboko zakorzenione, że słowa burmistrzyni wywołały gwałtowne protesty, nazwane później Buntem Łapowżerczym. Obywatele chcieli wyrazić swoją odrazę do tego pomysłu. Tłumy, które chciały wsiąść na łodzie i popłynąć po Wielkiej Smole, żeby zaatakować Parlament, zostały pokonane przez protestujących, którzy domagali się przyznania im praw politycznych, mężczyzn i kobiety, które nagle wyłoniły się ze swoich szeregów i pluły ogniem, łapowżercy prawi odziani w mięso skazanych.