W powabnej postaci natury
Zawiera się piękne jądro całości
Przez niektórych zwane — zmamieniem.
Dzięki tej miłej obecności
Życie zyskuje swe dopełnienie.
Łzy płyną w milczeniu,
Wodą duszy będąc jedynie,
I wiodą nowe życie
Ku bólowi istnienia.
Oderwanie od tego widzenia
Śmierć właśnie pełnym czyni Ghanima przemówiła, gdy przebrzmiała ostatnia nuta:
— To wstrętna, stara śpiewka. Dlaczego zagrałeś właśnie ją?
— Ponieważ mi odpowiada.
— Zagrasz ją Gurneyowi?
— Może.
— Nazwie ją ponurą brednią.
— Wiem.
Leto spojrzał przez ramię na Ghanimę. Nie było dla niego niespodzianką, że i ona zna dawne pieśni, ale poczuł nagły strach, że mimo, iż są bliźniętami, pozostają sobie tak obcy. Jedno mogło umrzeć, a mimo to pozostać w świadomości drugiego. Spostrzegł, że przeraża go wyjęta z czasu sieć tej bliskości. Oderwał wzrok od siostry. Wiedział, że sieć miała luki. Jego strach miał źródło w najnowszej z tych luk. Czuł, że ich losy zaczynają się rozdzielać, i zastanawiał się: „Jak mogę powiedzieć jej o tym, co przydarzyło się tylko mnie?”
Rzucił wzrokiem na pustynię, dostrzegając głębokie cienie wśród barchanów — wysokich, półokrągłych, ruchomych wydm, wędrujących dookoła Arrakis. To była Keden, Wewnętrzna Pustynia, której wydmy bardzo rzadko ostatnio były śladem przejścia gigantycznych czerwi. Zachodzące słońce rozlewało w poprzek diun krwawe strumienie, zdobiąc smugami ognistego światła cieniste brzegi. W polu widzenia chłopca znalazł się jastrząb spadający z purpurowego nieba, który schwytał w locie kuropatwę.
Bezpośrednio pod nim, na płaszczyźnie pustyni, wegetowały rośliny nawadniane przez kanat płynący częściowo otwarcie, częściowo w ukrytych tunelach. Woda pochodziła z gigantycznych kolektorów — oddzielaczy wiatru, położonych na najwyższym punkcie skały. Obok powiewała zielono-czarna flaga Atrydów. Woda i zieleń.
Nowe symbole Arrakis — woda i zieleń. Pod tą wysoko położoną półką rozpościerała się oaza obsianych wydm. Z położonego niżej urwiska dobiegło wołanie nocnego ptaka, podobne do bicia dzwonu, sprawiając, że Leto nagle poczuł się całkowicie Fremenem.
„Nous avons changé tout cela” — pomyślał, przechodząc z łatwością na jeden ze starożytnych języków, których on i Ghanima używali na osobności. Zmieniliśmy tu wszystko. Westchnął. „Oublier je na puis „. Nie mogę zapomnieć.
Za oazą mógł dojrzeć krainę, którą Fremeni nazywali Pustką — kraj, w którym nic nie rosło, kraj nigdy nie będący płodnym. Woda i wielki plan ekologiczny zmieniały i to. Były na Arrakis miejsca, gdzie można było ujrzeć zielony aksamit zalesionych wzgórz. Lasy na Arrakis! Niektórzy z nowego pokolenia nie mogli sobie wyobrazić wydm pod zielonymi pagórkami. Dla młodych oczu nie był szokiem widok szerokiego, płaskiego listowia drzew równikowej puszczy. Leto spostrzegł jednak, że myśli teraz jak dawny Fremen, obawiając się zmian, odczuwając lęk spowodowany obecnością nowego.
— Dzieci mi mówią, że rzadko teraz znajdują tu, pod powierzchnią, piaskopływaki — powiedział.
— I co to ma oznaczać? — zapytała Ghanima. Usłyszał rozdrażnienie w jej tonie.
— Wiele rzeczy zaczyna się szybko zmieniać — odparł.
Na urwisku ponownie zakwilił ptak. Noc spadła na pustynię tak, jak jastrząb spadł na kuropatwę. Ciemność często wystawiała bezbronnego Leto na pastwę majaków — wszystkich wewnętrznych istnień, podnoszących wrzawę w oczekiwaniu na swą kolejkę. Ghanima nie sprzeciwiała się temu zjawisku — dokładnie tak jak on. Wiedziała o trawiącym go niepokoju. Poczuł jej dłoń na ramieniu.
Uderzeniem wydobył z balisety gniewny akord.
Jak mógł opowiedzieć o tym, co się z nim działo?
W jego umyśle trwały wojny, niezliczone istnienia zarzucały go wspomnieniami — wypadków, gwałtów, miłosnej ociężałości, barwy wielu miejsc i wielu twarzy… pogrzebanymi smutkami i ulotnymi uciechami tłumów. Słyszał elegie dla nie istniejących już planet, zielone tańce i blaski ognia, jęki i powitania, żniwo niezliczonych rozmów.