Szminka w wielkim mieście
- Автор: Бушнелл Кэндес
- Язык: польский
- Жанр: Романы для взрослых
Электронная книга - «Szminka w wielkim mieście». Краткое содержание книги:
– Jesteśmy prawie na miejscu, madame – powiedział kierowca i się odwrócił. – Jeszcze trzy światła i dotrzemy do portu.
– Dziękuję. – Victory znowu pomyślała o słowie madame. Miała wrażenie, że obudziła się pewnego dnia i wszyscy sprzedawcy i taksówkarze zaczęli nagle nazywać ją madame, całkiem jakby się gwałtownie zestarzała. Trochę wytrącało ją to z równowagi, zwłaszcza że nie miała męża. Panna po czterdziestce była zjawiskiem zupełnie niepojętym w świecie, zwłaszcza w Europie i Anglii, gdzie już młode trzydziestolatki panikowały z powodu tykania biologicznego zegara. Jeśli jednak kobieta odniosła sukces, mogła ustanawiać własne zasady dotyczące tego, jak zamierza żyć.
Ta wolność daje wielką frajdę, pomyślała, wyglądając na punktowe reflektory, które wystrzeliwały w czarne, nocne niebo strumieniami ostrego, białego światła. Dlaczego świat nigdy nie mówił kobiecie o takim szczęściu? To uczucie zapewne nie trwało długo, ale to bez znaczenia. Najważniejsze, by w życiu doświadczyć wszystkiego, wysiłku, smutku, oszałamiającego triumfu. Jeśli człowiek pracował naprawdę ciężko i nie tracił wiary w siebie, był gotów na zmierzenie się z bólem i strachem (banały, naturalnie, ale prawdziwe), czasem miał wyjątkowe szczęście i doczekiwał się takiej nocy jak ta. Pomyślała, że w życiu może się zdarzyć wszystko i każdemu, niekiedy coś dobrego. Trzeba tylko wierzyć, że przydarzy się właśnie tobie.
Samochód pokonał parę metrów i znów stanął, gdy tłum ludzi wyległ na ulicę. Korki nie miały znaczenia, przyjęcie wydawano na jej cześć, mogła się spóźnić. Odetchnęła głęboko, rozkoszując się aromatem skóry unoszącym się w mercedesie. Zapach nowego auta był nieporównywalny z niczym innym, i jeśli miało się okazję go wdychać, należało z niej korzystać. Jak miło, że Pierre Berteuil ofiarował jej na weekend nowego mercedesa (model jeszcze niedostępny w Stanach).
– To pan Hulot, twój kierowca – powiedział tego ranka Pierre, kiedy pan Hulot, w szarym uniformie i czapce szofera, pojawił się na tarasie Hotel du Cap, gdzie jedli śniadanie. Victory pochłonęła dwa croissanty hojnie posmarowane kremowym słonym masłem, osiągalnym jedynie we Francji. – Pan Hulot jest również ochroniarzem, więc możesz czuć się bezpieczna.
– Nie jest tu bezpiecznie? – zapytała.
– Festiwal przyciąga rozmaitych dziwnych ludzi – odparł Pierre. – Nie jest niebezpiecznie, ale musisz uważać. Nie chcemy cię stracić – dodał z lekko lubieżnym uśmiechem.
I tak, oprócz apartamentu w Hotel du Cap (był to jeden z najlepszych apartamentów, w głównym budynku, z widokiem na ogrody, basen i morze i okiennicami, które otwierały się na mały balkonik) miała do dyspozycji również własne auto i ochroniarza.
Założyła nogę na nogę i wygładziła zmarszczki sukni z niebieskiego jedwabiu. Była to jedna z jej ulubionych sukienek, planowała ją zaprezentować na wybiegu podczas nadchodzącego jesiennego pokazu. Ale czy pokaz odbędzie się w Nowym Jorku czy w Paryżu? Musiała porozmawiać o tym z Pierre'em. Chciał, żeby dwa tygodnie w miesiącu Victory spędzała w Paryżu, jednak firma pragnęła ją kreować na amerykańską projektantkę, naturalnie z tańszą, mniej prestiżową linią. Jednak to możliwość zaprojektowania haute couture przekonała Victory do przyjęcia oferty. Była zbyt kusząca, by ją odrzucić.
Victory wiedziała, że ryzykuje. Zmarszczyła brwi, patrząc na uliczny korek. Zycie polegało na ryzyku. Martwiła się, że B et C ma sekretny plan wykupienia jej nazwiska i odsunięcia jej od podejmowania decyzji. W tej branży działo się tak przez cały czas, krążyły dziesiątki opowieści o projektantach, którzy stracili swoje firmy, gdy sprzedali nazwiska korporacjom. Potencjalnie był to pakt z diabłem: człowiek lądował z wielką gotówką, ale mógł stracić prawa do własnego nazwiska, nawet do swojej umiejętności zarabiania pieniędzy. Umowa z B et C przewidywała, że kiedy Victory już przejdzie na ich własność, nie będzie mogła odejść i założyć innej firmy. Z drugiej strony na myśl o haute couture rozjaśniała się niczym bożonarodzeniowa choinka. Każdy projektant marzył o haute couture, a niewielu miało szanse choćby spróbować. Było szczytem, miejscem, gdzie moda stykała się ze sztuką, nie z komercją. Po tygodniach spotkań i analizowania sytuacji wraz z Wendy i Nico, Victory uznała, że chyba warto zaryzykować. Doszła do wniosku, że skoro B et C chce, żeby robiła dla nich taki pokaz, to znaczy, że jej potrzebuje.
Jeszcze nie podpisała umowy, ale przypuszczała, że zrobi to pod koniec tygodnia, kiedy wróci do Paryża. W środę rano leciała do Florencji, żeby odwiedzić trzy rodzinne fabryki tkanin, tak ekskluzywne, że projektant bez znajomości nawet nie mógłby stanąć w ich progu, a w piątek wracała do Paryża. Pierre uparł się, żeby polecieli do Cannes na otwarcie festiwalu filmowego. Na jej cześć urządził na swoim stumetrowym jachcie przyjęcie, na które teraz jechała. Miała nadziejc, że mimo wszystko tam dotrze, jeśli przedrze się przez ten przeklęty korek.
Croisette pełna była kilkunastometrowych billboardów reklamujących rozmaite filmy pokazywane na festiwalu, i nad sobą Victory dostrzegła reklamę letniego przeboju Wendy, futurystycznego thrillera Śmierć na raty. Wendy znakomicie sobie radziła, przynajmniej w pracy. Prosię w sosie niedawno otrzymało dwa Oscary, a Wendy powiedziała, że byłoby wspaniale, gdyby akurat na czerwonym dywanie nie zaczął się jej okres i gdyby nie musiała spędzić reszty wieczoru na wpychaniu sobie papieru toaletowego w majtki. Nico i Victory uznały to za zabawne, Wendy zapewne też by się uśmiała, gdyby nie czuła się aż tak przygnębiona sprawą z Shane'em. To, co jej zrobił, było niepojęte, ale Wendy bardzo dobrze dawała sobie radę. Mieszkała z całą swoją gromadką w Mercerze. Victory doszła do wniosku, że Wendy musi być na krawędzi szaleństwa, nigdy się jednak nie skarżyła. Nawet nie wrzasnęła, kiedy Tyler celowo wylał sok na dywan, bo chciał żurawinowy, a nie pomarańczowy.
– Hej, kolego, w czym problem? – Uścisnęła syna. – Boisz się?
Tyler pokiwał głową, a Wendy powiedziała mu, że od czasu do czasu każdy się boi i że nie ma w tym nic złego. Potem sama posprzątała i poprosiła obsługę hotelową o sok żurawinowy.
– Wybacz, Wendy, ale ja bym nawrzeszczała – oświadczyła Victory z podziwem.
– Wcale nie – odparła Wendy. – Kiedy masz własne dzieci, jest inaczej.
Wszyscy to powtarzali i Victory przypuszczała, że mają rację. Mimo to nie chciałaby doświadczać czegoś podobnego. Znów popatrzyła na billboard.
Tak czy owak, Wendy miała pojawić się w Cannes we wtorek rano, żeby zdążyć na wieczorną premierę swojego nowego filmu. Załatwiła sobie apartament tuż obok Victory w Hotel du Cap. Zamierzały otworzyć drzwi łączące oba apartamenty i urządzić sobie dwudniowe piżamowe przyjęcie. Bardzo kosztowne i wspaniałe piżamowe przyjęcie. Wendy twierdziła, że to jedyna rzecz, której od tygodni nie może się doczekać.
Victory pomyślała, że będą się świetnie bawiły. Wyciągnęła komórkę i wysłała Wendy esemesa: „Jade na imprezę, mijam twój billboard w Cannes. Brawo brawo, przyjeżdżaj szybko".
Nacisnęła „wyślij" i nagle usłyszała stukanie w szybę. Brudna dziewczynka o jasnych włosach, które zwisały jak sprężynki po obu stronach jej twarzy, tłukła w szybę bukietem czerwonych róż. Victory popatrzyła na nią ze smutkiem. Te żałosne dzieci były wszędzie, na ulicach, w restauracjach i sklepach, usiłowały wcisnąć róże turystom. Niektóre maluchy z pewnością nie skończyły jeszcze pięciu – sześciu lat. Co za koszmar. Przez cały weekend Victory zastanawiała się, jaki kraj pozwala małym dzieciom handlować na ulicach, zwłaszcza jeśli jego mieszkańcy zapewniają o swojej miłości do dzieci. Typowa francuska hipokryzja, pomyślała, opuszczając szybę. Z zewnątrz dobiegły ją dźwięki muzyki i odgłosy dzikiego przyjęcia, które musiało się odbywać w okolicy.