Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 ... 141
Перейти на страницу:

— Nie mieliśmy dużo czasu na naukę — rzekł Valentine. — Ta pielgrzymka zaskoczyła nas znienacka.

— Czy zamierzacie spędzić resztę życia w służbie u Pani? — spytała. — Chcemy jej służyć, to prawda, myślę jednak, że nie tutaj. Dla niektórych z nas Wyspa jest tylko przystankiem na dłuższej drodze.

Namurintę chyba zaskoczyła odpowiedź Valentine'a, ale powstrzymała się od dalszych pytań.

“Królowa Rodamaunt” szybko zbliżała się do Taleis popychana rześkim wiatrem wiejącym z południowego zachodu. Wkrótce wielka kredowa ściana w całości wypełniła przestrzeń między niebem a ziemią, między wschodem a zachodem, a przesmyk okazał się wielką przystanią u podnóży urwiska. Trimaran wchodził do portu pod pełnymi żaglami. Valentine stał na dziobie, z włosami rozwiewanymi przez wiatr. Był wstrząśnięty wyglądem miejsca, do którego przybijali: urwisko opadało niemal pionowo, a od morza dzielił je zaledwie wąski skrawek lądu obrzeżony szeroką białą plażą. Po jednej stronie zatoczki rozłożyły się przystanie i doki, dziwnie małe i przykurczone na tle gigantycznego amfiteatru. Trudno było sobie wyobrazić, jak można dostać się z tego przycupniętego u stóp urwiska portu do wnętrza Wyspy. To miejsce stanowiło naturalną fortecę.

Ale przede wszystkim było tu cicho. W pustym porcie, gdzie nie cumował żaden statek, każdy powiew wiatru, każdy krzyk przelatującej rybitwy wywierał niezwykłe wrażenie.

— Czy ktoś tam jest? — zastanawiał się Sleet. — Czy ktokolwiek nas powita?

Carabella zacisnęła powieki.

— Byłoby straszne, gdybyśmy musieli płynąć do Numinoru, ale chyba jeszcze bardziej nie chciałabym powrócić na Archipelag.

— Nie bój się, na pewno wyjdą nam na spotkanie — powiedział spokojnie Deliamber.

Trimaran dobił do przystani, a ogrom otaczających ją urwisk stał się jeszcze bardziej przytłaczający. Ściany wznosiły się tak wysoko i pionowo, że każdemu przychodziła do głowy myśl, czy aby za chwilę się nie przewrócą. Ktoś z załogi uwiązał łódź i wszyscy wyszli na ląd.

Deliambera zaczęła opuszczać pewność siebie. Tu chyba naprawdę nie było nikogo. Cisza aż dzwoniła w uszach. Stali w gromadzie, zbici z tropu, i wymieniali między sobą spojrzenia.

— Wyjaśnijmy to — odezwał się wreszcie Valentine, przypominając sobie o spoczywającej na nim odpowiedzialności za współtowarzyszy. — Lisamon, Khun, Zalzan Kavol sprawdzą budynki po lewej stronie. Sleet, Deliamber, Vinorkis, Shanamir udadzą się w drugą stronę. Pandelon, Thesme, Rovorn dojdą do zakrętu na plaży i zajrzą, co znajduje się za nim. Gorzval, Efron…

Valentine z Carabella i cerowaczką żagli podeszli wprost do podnóża kredowego urwiska. Biegła tędy nikła ścieżka, która zakręcała przy urwisku, wchodziła na nieprawdopodobny, prawie pionowy stok i pięła się nim do góry, a wreszcie znikała gdzieś między dwiema białymi iglicami. Valentine doszedł do wniosku, że wspinanie się nią wymagało zręczności leśnych braci i śmiałości linoskoczka. Rozejrzał się, ale nie zobaczył innego wyjścia z plaży. Na końcu ścieżki wypatrzył małą drewnianą chatę, ale nie znalazł w niej nic poza kilkoma ślizgaczami powietrznymi, używanymi prawdopodobnie do jeżdżenia po ścieżce. Wyciągnął jeden, postawił na dnie ścieżki i siadł na nim. Nic to jednak nie dało, gdyż nie wiedział, jak się go uruchamia.

Zawiedziony, wrócił do przystani. Większość towarzystwa już się tam znajdowała.

— To miejsce jest całkowicie opuszczone — powiedział Sleet.

Valentine spojrzał na Namurintę.

— Ile czasu zabrałoby ci zawiezienie nas na stronę Alhanroelu?

— Do Numinoru? Tygodnie. Ale ja nie chcę tam płynąć.

— Mamy dość pieniędzy — powiedział szybko Zalzan Karol. Namurinta popatrzyła na niego obojętnie.

— Moim zajęciem jest rybołówstwo. Lada dzień zaczynają się połowy cierników. Jeśli popłynę z wami do Numinoru, to je przegapię, stracę też pół sezonu na gissuny. Nie zdołacie mi tego wynagrodzić.

Skandar wyciągnął z sakiewki pięciorojalową monetę, jakby przez sam jej blask chciał wpłynąć na zmianę decyzji kapitana statku.

Namurinta była jednak nieprzekupna.

— Za połowę sumy, którą mi zapłaciliście za podróż z Archipelagu, zabiorę was z powrotem na moją wyspę. To wszystko, co mogę dla was zrobić — powiedziała. — Za kilka miesięcy statki z pielgrzymami zaczną kursować regularnie i port ożyje, a wtedy, jeśli zechcecie, znów was tu przywiozę, też za połowę ceny. Cokolwiek zdecydujecie, jestem do waszych usług. Ale uprzedzam, że odpływam stąd przed zapadnięciem zmroku i to nie do Numinoru.

Valentine zaczął rozważać sytuację. Okazało się, że mogą być większe kłopoty, niż być połkniętym przez smoka morskiego. Z brzucha potwora udało się szybko wydostać, a obecne trudności groziły przerwą w wyprawie przez całą zimę, a nawet dłuższą, a przez ten czas pod rządami Dominina Barjazida będą ustanawiane nowe prawa i fałszowana będzie historia, uzurpator zaś z dnia na dzień będzie umacniał swoją pozycję. A zatem co? Spojrzał na Deliambera, ale czarodziej, zwykle nie zwlekający z udzieleniem rady, tym razem milczał. Nie potrafią wspinać się po ścianie. Nie umieją fruwać. Nie mogą jednym skokiem znaleźć się na górze, pośród zielonych lasów. A zatem powrót do Rodamaunt Graun?

— Czy zgodziłabyś się zostać z nami jeden dzień? — spróbował raz jeszcze. — Oczywiście za dodatkową zapłatą. Być może rankiem znajdziemy kogoś, kto…

— Jestem już wystarczająco długo poza Rodamaunt Graun — odpowiedziała Namurinta. — Nie mogę się doczekać, by znów zobaczyć znajome brzegi. Czekanie nic wam nie da, a mnie żal każdej straconej godziny. Pora jest zła, słudzy Pani nie spodziewają się niczyjego przybycia do Taleis. Nikt po was nie wyjdzie ani rankiem, ani wieczorem.

Shanamir pociągnął Valentine'a delikatnie za rękaw.

— Jesteś Koronalem Majipooru — wyszeptał. — Rozkaż jej czekać! Wyjaw, kim jesteś, i każ jej paść na kolana!

— Myślę, że ta sztuczka może mi się nie udać — również szeptem odpowiedział chłopcu Valentine. — Postradałem swoją koronę.

— No to niech Deliamber rzuci czary na tę kobietę i niechże ona wreszcie ustąpi!

To dałoby się pewnie zrobić, ale Valentine'owi nie podobał się taki pomysł. Jeśli Namurinta przywiozła ich tutaj w dobrej wierze, ma prawo odpłynąć wedle swej woli. Pewnie ma rację, że czekanie dzień, dwa, a nawet trzy nic nie da. Zmuszanie jej do ustępstw za pomocą czarów starego Vroona nie byłoby uczciwą grą. Ale z drugiej strony…

— Lordzie Valentine! — zawołała z daleka jakaś kobieta. — Chodź tutaj!

Spojrzał w stronę, skąd dolatywał głos. W drugim końcu portu stała Pandelon, cieśla okrętowy Gorzvala, która poszła z Thesme i Rovornem zbadać, co leży za zakrętem. Przywoływała teraz wszystkich gestem dłoni. Valentine rzucił się ku niej biegiem, a inni po chwili poszli w jego ślady.

Kobieta poprowadziła go przez płytką wodę za żebro skalne ukrywające przed oczami przybijających do portu drugą maleńką plażę. Wznosiła się na niej niska budowla z różowego piaskowca, nosząca znak Pani, trójkąt w trójkącie. Prawdopodobnie była to świątynia.

Przed nią znajdował się ogród z kwitnącymi krzewami, tworzącymi z kolorowych kwiatów — czerwonych, niebieskich, pomarańczowych i żółtych — przemyślne figury geometryczne. W ogrodzie pracowało dwoje ludzi: kobieta i mężczyzna, zapewne ogrodnicy. Spojrzeli na zbliżającego się Valentine'a bez jednego choćby błysku zainteresowania w oczach. Niezręcznie pozdrowił ich znakiem Pani. Odpowiedzieli tak samo, ale z większą wprawą.

1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)