Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 141
Перейти на страницу:

— Jest w transie — powiedziała cicho. — Nie przeszkadzaj mu.

Opóźnili odjazd, czekając, aż mały Vroon zejdzie ze swego punktu obserwacyjnego. Czarodziej promieniał zadowoleniem.

— Wysiałem swoje myśli naprzód — obwieścił dumnie — i przynoszę teraz dobre nowiny. Sleet żyje!

— Rzeczywiście dobra wiadomość! — wykrzyknął uradowany Valentine. — Gdzie jest?

— Na jednej z tamtych wysp — odpowiedział Deliamber wysuwając do przodu wiązkę swoich macek. — Jest z kilkoma ludźmi Gorzvala, którzy uciekli z miejsca katastrofy na własnych łodziach.

— Tylko powiedz, która to wyspa, a już biorę na nią kurs — ponaglił czarodzieja Grigitor.

— Ta, o której myślę, ma kształt okręgu otwartego z jednej strony, a jej środek jest wypełniony wodą. Tamtejsi ludzie zwijają swoje włosy w długie pukle. Och, byłbym zapomniał: w uszach noszą kolczyki.

— Kangrisorn — wypaliła bez zastanowienia jedna z córek Grigitora. Ojciec pokiwał twierdząco głową.

— Masz rację, Kangrisorn — powiedział. — Podnieście kotwicę!

Kangrisorn leżał o godzinę drogi z wiatrem i niewiele w bok od kursu obranego wcześniej przez trimaran. Był jednym z kilku małych piaszczystych atoli, otaczających jeszcze mniejsze laguny. Chyba nieczęsto zapuszczali się tutaj ludzie z Mardigile, ponieważ na długo przed wejściem do portu otoczyły ich na łodziach gromady ciekawskich dzieci. Miały skórę tak ciemną, jak Mardigilczycy złocistą, ich włosy lśniły granatową czernią, a zęby niezwykłą bielą. Wprowadziły “Dumę Mardigile'' do laguny pośród głośnych okrzyków powitalnych i wymachiwań rękoma. Nad wodą siedział Sleet, w nieco obszarpanym ubraniu, ale poza tym cały, zdrowy i zbrązowiały od słońca. Otoczony publicznością, która składała się z kilkudziesięciu wyspiarzy i pięciu członków załogi Gorzvala — czworga istot ludzkich i jednego Hjorta — żonglował pięcioma albo i sześcioma kulami z wygładzonego białego koralu tak spokojnie, jak gdyby nie było żadnej wyprawy przez morze.

Gorzval, który podczas podróży trimaranem zaczynał powoli przychodzić do siebie, teraz z wielkim lękiem oczekiwał spotkania z byłą załogą i chował się za plecami innych. Carabella szybko wyskoczyła z łodzi, jeszcze zanim przybili do brzegu, i rozpryskując wodę pobiegła pierwsza uściskać Sleeta. Valentine natychmiast ruszył w jej ślady.

— Jak nas znaleźliście? — spytał Sleet.

Valentine wskazał na Deliambera.

— Dzięki jego małym, niewinnym czarom. Jakżeby inaczej? Nic ci nie jest?

— Myślałem, że umrę na chorobę morską, ale miałem już dzień czy dwa na przyjście do siebie. — Zadrżał na samo wspomnienie przykrych chwil. — A ty? Widziałem, jak zostałeś wessany przez wodę, i byłem przekonany, że już po wszystkim.

— Tak to wyglądało — rzekł Valentine. — Dziwna historia, ale opowiem ci ją kiedy indziej. A więc znów jesteśmy razem, brak tylko Gibora Haerna, który zginął w katastrofie. Za to przyjęliśmy do towarzystwa innego Skandara. Chodźże tutaj, Gorzvalu! Nie cieszysz się, że znów możesz oglądać swoich ludzi?

Gorzval mruczał coś pod nosem i omijał zebranych wzrokiem, bojąc się spojrzeć w twarz swoim byłym podwładnym. Valentine rozumiał jego kłopotliwe położenie i by mu pomóc, zwrócił się do członków załogi “Brangalyn”, chcąc w jakiś sposób załagodzić sytuację. Jakież było jego zdumienie, kiedy cała piątka przypadła mu do nóg.

— Myślałem, że nie żyjesz, mój panie! — odezwał się speszony Sleet. — Nie mogłem powstrzymać się od opowiedzenia im tej pięknej historii…

— Widzę — rzekł Valentine — że nowiny rozchodzą się szybciej, niżbym sobie tego życzył, i to bez względu na to, jak uroczyście przysięgaliście milczeć. No, dobrze, Sleecie, wybaczam ci. — Zwrócił się teraz do ludzi Gorzvala: — Wstańcie. Wstańcie. To czołganie się po piasku nie jest nikomu potrzebne.

Podnieśli się. Pogarda do Gorzvala, jaka malowała się na ich twarzach, była niemożliwa do ukrycia, ale zdumienie, że oto stoją bezpośrednio przed obliczem Koronala, było jeszcze większe. Z tej piątki, jak Valentine szybko się zorientował, Hjort i jeden z ludzi wybrali pobyt na Kangrisornie, w nadziei na znalezienie jakiegoś sposobu na powrót do Piliploku i podjęcia tam na nowo swojego zawodu. Pozostała trójka poprosiła o pozwolenie na udział w pielgrzymce.

Nowymi członkami szybko rozrastającej się grupy były dwie kobiety — cieśla okrętowy Pandelon i cerowaczka żagli Cordeine — oraz mężczyzna Thesme, obsługujący na statku kołowroty. Valentine przywitał ich mile i odebrał przysięgę na wierność, choć ta ceremonia za każdym razem tak samo go krępowała. Powoli jednak przyzwyczajał się do różnych atrybutów swej władzy.

Grigitor i jego dzieci nie zwracali najmniejszej uwagi na klęczącą i całującą rękę Valentine'a grupkę. To dobrze, pomyślał. Dopóki nie porozmawiam z Panią, nie życzę sobie rozprzestrzeniania na cały świat wiadomości o mojej osobie. Wciąż jeszcze nie był pewny, jaką przyjmie strategię, ani też nie ufał zbytnio swojej sile. Poza tym, gdyby wszem i wobec rozgłaszał, że żyje i nieźle się miewa, mógłby ściągnąć na siebie uwagę obecnego Koronala, a ten z pewnością nie czekałby spokojnie, aż pretendent do tronu przybędzie na Górę Zamkową.

Trimaran podniósł żagle. Płynął od jednej złocistej wyspy do drugiej, poruszając się w przybrzeżnym kanale, i tylko od czasu do czasu wychodził na głębsze, niebieskie wody. Mijali po kolei Lormanar i Climidole, Secundail, Blayhar Strand i Garhuven, i Wiswis Keep, potem Quile i Fruil, potem Dawnbreak, Nissemhold i Thiaquil, potem Roazen i Piplinat. Opłynęli wielkie półkole piaszczystej mierzei nazywanej Panną. Wstąpili na wyspę Sungyve po świeżą wodę, na Musorn po owoce i świeże jarzyny, a na Cadibyre po kilka beczułek młodego różowego wina, cieszącego się dobrą sławą na całym Archipelagu. I wreszcie po wielu dniach podróży wzdłuż małych wypieszczonych słońcem skrawków lądu wpłynęli do rozległego portu na Rodamaunt Graun.

Była to wielka, górzysta, kipiąca zielenią wyspa, ze wszystkich stron otoczona czarnymi wulkanicznymi plażami, a od południa wyposażona przez naturę we wspaniałe falochrony. Rodamaunt Graun dominowała na całym Archipelagu i swoją wielkością, i niebagatelną, jak zapewniał Grigitor, bo aż pięcioipółmilionową liczbą mieszkańców. Większość z nich skupiła się prawdopodobnie w dwu bliźniaczych miastach, rozłożonych wokół portu niczym dwa skrzydła jakiegoś olbrzymiego ptaka, ale zbocza majaczącego w chmurach centralnego szczytu wyspy również musiały być całkiem gęsto zaludnione, o czym świadczyły wznoszące się aż do połowy stoków równe rzędy domostw zbudowanych z trzciny i drewna skupikowego. Nad ostatnią linią domów stok był porośnięty gęstym lasem, a jeszcze nad nim, hen, wysoko, wznosił się pióropusz białego dymu, gdyż na wyspie Rodamaunt Graun był czynny wulkan. Ostatnia erupcja, powiedział Grigitor, zdarzyła się niecałe pięćdziesiąt lat temu. Patrząc jednak na zasiedziałe z dawien dawna domostwa i nieprzerzedzone lasy, trudno było dać wiarę jego słowom.

Podróż “Dumy Mardigile” dobiegała kresu, lecz zanim Grigitor zawrócił w drogę powrotną, z własnej inicjatywy pomógł pielgrzymom wynająć łódź — również trimaran, chyba jeszcze bardziej imponujący od turkusowej “Dumy” — która miała ich przewieźć aż na Wyspę Snu. Kapitanem “Królowej Rodamaunt” była Namurinta, kobieta o królewskiej postawie, królewskim sposobie bycia, z długimi prostymi włosami, równie białymi jak włosy Sleeta, i dziewczęco gładkiej twarzy. Z wyraźną kpiną w oczach długo szacowała wzrokiem swoich pasażerów, jakby zastanawiając się, co też może łączyć ze sobą zbieraninę dziwnych typów chętnych do odbycia wspólnej pielgrzymki, i to poza sezonem. Nie była wylewna, bo powiedziała tylko tyle:

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)