Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Boża klepsydra [Deepsix - pl]
Boża klepsydra [Deepsix - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Boża klepsydra [Deepsix - pl]

Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:

Jack McDevitt to autor wielu bestsellereów science fiction. Jego styl wyróżnia się lekkością narracji, przygodową akcją i poważnym podejściem do zagadnień naukowych. Niniejsza książka stanowi luźną kontynuację wydanej przed kilku laty powieści „Boża maszyneria”. Cały cykl składa się jeszcze z tomów: „Chindi”, „Omega” i „Odyssey”. Fabuła książki skupia się wokół nadrzędnego celu jaki przyświeca każdemu naukowcowi, czyli dotarciu do prawdy, poszerzeniu limitów ludzkiej wiedzy. Jak dużo jesteśmy w stanie poświecić dla odkrycia, z którym nie zetknął się do tej pory żaden człowiek? Nasz czas? Naszą reputację? Naszą karierę? A może nawet życie?
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 117
Перейти на страницу:

— Nie wiem, czemu SI nie działa. Pewnie z powodu złego stanu ogólnego.

— Dobrze. Co jeszcze?

— Mamy problemy ze sterowaniem temperaturą. Łączność, działa. Kondensatory ledwo zipią i dają tylko dwadzieścia jeden procent mocy. Wygląda na to, że więcej się nie da. Czujniki padły. Przednie amortyzatory wysiadły. Układ elektryczny zgłasza ostrzeżenia.

Hutch skrzywiła się.

— Ale nie melduje, że zaraz się wyłączy?

— Nie.

— Dobrze. Jak dotrzemy na miejsce, przyjrzę się. Mamy tam mnóstwo zapasowych części.

Zwykle pilot przeprowadzał diagnostykę sam, ale też wówczas statek pilotowała SI. A tym razem Hutch była zajęta.

Kellie streściła krótko inne problemy, dość drobne, raczej potencjalne niż rzeczywiste zagrożenia.

— Nie będziemy dużo nim latać. Ale do wieży powinniśmy dolecieć.

Hutch wzniosła się na poziom dwóch tysięcy metrów, poinformowała zastępczynię Marcela, że nie mają czujników, i z jej pomocą obrała kurs. Zastępczyni spytała, czy jest jakakolwiek szansa, by dolecieli tym lądownikiem do „Wendy”. I jak sobie teraz radzą.

— Nie ma szans — odparła Hutch. — Możemy wystartować i wylądować. Nawet kawałek przelecieć. Ale na orbitę? Nie da rady.

Kellie skontaktowała się z Nightingale’em.

— Jak sobie radzicie, chłopaki?

— W porządku.

— Dobrze. Lecimy. — Po czym zwróciła się do zastępczyni: — Allie, mamy czas, żeby zabrać resztę załogi? — Skinęła głową i przyspieszyła.

— Nie. Równina cały czas napełnia się wodą. Masami wody.

W świetle rzucanym przez Jerry’ego Morgana krajobraz wyglądał upiornie. Kellie dostrzegła miejsce, gdzie zginął Chiang, i wydawało jej się, że rozpoznaje miejsce z poduszkowcem. Przeleciały nad rzeką, gdzie zaatakowały ich ważki.

Pojawił się Marcel.

— Hutch — powiedział — do doliny wdziera się woda. Dużo wody. Przypływ przybiera, duża część pasma gór już się zapadła.

I tak już będzie, pod dyktando przesuwającego się po niebie Morgana. Dostrzegli słup dymu na południu.

— Wulkan — rzekł Marcel. — Dziś wieczorem eksplodują na całej planecie.

— Jak wygląda sytuacja w okolicy wieży?

— Woda się tam jeszcze nie dostała, ale to długo nie potrwa. Nie oszczędzaj dopalaczy.

— Dopalaczy — odparła Hutch. — Tak jest.

To był oczywiście żart. Już leciały z maksymalnym ciągiem.

— Wieża jest na płaskiej równinie — mówił dalej Marcel. — Na północy jest coś w rodzaju lejka, którym dotąd woda odpływała, a teraz nim napływa. Kiedy uderzy w równinę, trochę się rozleje, ale jeszcze nie zaleje całości. Tylko że to nie będzie trwało wiecznie.

— Jakieś prognozy co do czasu?

— Ile ci zajmie dolecenie tam?

— Dwadzieścia minut.

— Powinno starczyć. Ale jak wylądujesz, biegnij.

— Mac?

— Tak, Priscillo?

— Mac, uważajcie na siebie. Wrócimy najszybciej, jak się da.

— Będziemy czekać.

— Dotrwacie?

— Jeśli nie dopadniecie tych akumulatorów, to pewnie nie.

— Kondensatorów.

— Wszystko jedno. Nigdy nie byłem elektrykiem. Ale dopadnijcie je. Zostawimy wam światełko.

Znów Marcel.

— Hutch.

Po jego głosie poznała, że cała rozpacz i beznadzieja, jakie w nim wzbierały, znalazły ujście w tej jednej chwili.

— Daj sobie spokój. Wracaj i…

— Co ty mówisz? Dać sobie spokój?

— Rób, jak powiedziałem. Nie mamy czasu.

— Marcel, do licha — włączyła się Kellie — nie możemy tak po prostu dać sobie spokoju. Nie mamy dokąd lecieć.

— Opracowujemy plan B. Dajcie sobie spokój z kondensatorami.

— Jaki plan B?

— To skomplikowane.

— Tak właśnie myślałam — rzekła Kellie. — A tak w paru słowach?

— Spróbujemy złapać was w locie.

— Co spróbujecie?

— Złapać was podczas lotu. Teraz nie będę tego wyjaśniał.

— Jakoś mnie to nie dziwi.

— Budujemy urządzenie, które może się sprawdzić.

— Marcelu — spytała Hutch — jaki jest twój poziom zaufania do tego planu?

Najwyraźniej musiał się już nad tym zastanawiać.

— Posłuchaj, nikt jeszcze czegoś takiego nie próbował, więc nie mogę obiecać, że się uda. Ale jest pewna szansa.

— Dobrze. — Kellie popatrzyła na Hutch. — Lecimy do wieży.

Hutch przytaknęła.

— Lepiej będzie, jak weźmiemy te kondensatory.

Pochyliła się w fotelu pilota, jakby mogła w ten sposób zmusić pojazd do szybszego lotu.

— Hutch… — W jego głosie pobrzmiewała rozpacz.

Kellie potrząsnęła głową. Lecimy tam, w przeciwnym razie wszystko stracone.

Leciały już z maksymalną prędkością, odkąd przeleciały nad rzeką.

— Ile jeszcze mamy czasu? — spytała Kellie. — Zanim woda dotrze do wieży?

— Woda właśnie podchodzi pod wieżę.

— Jak tam teraz jest? Jak to wygląda?

— Głęboko. Nie mamy czasu.

— Jesteśmy już nad równiną. I nie widzę żadnej wody.

— Uwierz mi na słowo.

— Będziemy się rozglądać, Marcelu. Damy ci znać. Kellie przeszła na prywatny kanał.

— Hutch, jeszcze nie jesteśmy nad równiną. Dopiero lecimy nad lasem i górami.

— Jesteśmy o parę minut od wieży. — Hutch przełączyła się do Marcela. — Wygląda na to, że może się udać, zamierzamy spróbować.

— Wolałbym, żebyście nie próbowały.

— Wolałabym nie musieć próbować. Powiedz mi, jak wygląda sprawa z wodą. Co tam będzie? Fale? Stopniowy przybór? Co?

— Tam przemieszcza się fala. A właściwie seria fal, jedna blisko drugiej.

— Jak daleko są? Od wieży? I jak wysoko?

— Na tyle wysoko, że woda mogła już zalać kondensatory. Są na poziomie gruntu, prawda?

— Tak. Na stole.

— Więc pewnie są już pod wodą.

— Czy jest jakaś szansa, że wyprzedzimy falę? W ogóle jakaś szansa?

— Macie jakieś piętnaście minut.

Były dziesięć minut od wieży. Plus minus.

— Dobrze, Marcelu. Wszystko albo nic.

— A jeśli już o tym mówimy: zeszłyście z kursu. Skręć dwanaście stopni w lewo.

Hutch przesunęła wolant w lewo i spojrzała na wskaźniki.

— Tak dobrze?

— Tak — odparł, przybity. — Tak dobrze.

Kellie słuchała jednostajnego szumu silników i patrzyła na przesuwające się w dole pokryte śniegiem góry.

— Mamy minimalny ładunek — wyjaśniła Hutch. — To znaczy, że prawdopodobnie będziemy musiały zainstalować nowe kondensatory, żeby w ogóle wystartować. Wtedy może się zrobić ciekawie. Rozejrzyj się z tyłu i sprawdź, czy mamy wszystko, żeby je podłączyć.

— Będziemy to robić tu, na tylnym siedzeniu?

— Jeśli zrobi się niebezpiecznie, to tak. Nie będzie czasu, żeby wyjąć stare kondensatory. Więc trzeba tylko wyciągnąć kable. Załadujemy te nowe najszybciej, jak się da, przyczepimy je i uciekamy. Trzeba przygotować kable i klucze.

Kellie przemieściła się do tyłu i zaczęła przygotowania. Lądownik przeleciał nad ostatnią linią wzgórz i znalazł się nad równiną. Tu była już pokrywa śnieżna i okolica wyglądała nierealnie, widmowy krajobraz, połyskliwe drzewa, cienie jak wyryte w srebrze. Potem kolory się zmieniły: znalazły się nad wodą.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 117
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)