Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Pilipiuk Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
z tych klientów jeszcze żyją. Inni potracili swoje biblioteki w czasie wojny. Wiem, co gdzie trafiło. A wczoraj przyszła do mnie młoda dama z warkoczem i zapytała, jaka była zawartość biblioteki Salomona Storma.
– Kim był Salomon Storm? – zapytałem.
Aaron uśmiechnął się lekko, ale jego oczy pozostały poważne.
– Dla mnie był sprytnym klientem, któremu przez własną głupotę sprzedałem Niemą Księgę za setną część jej faktycznej wartości.
– Storm – mruknął Szef. – Gdzieś już słyszałem to nazwisko.
– Storm – staruszek uśmiechnął się wspominając widocznie swoje młode lata. – Przed wojną to był ktoś. Cadyk, kabalista, jeden z najwybitniejszych w Krakowie. Najwybitniejszy znawca "Sefer Jecirach" od czasów kabalistów szkoły reńskiej. Jego komentarze do tej księgi rzucają nowe światło na wiele zagadek i praw, którymi rządzi się matematyka sefiriotyczna…
– Po co mu było dzieło o alchemii? – zdziwiłem się.
Antykwariusz uniósł znad stołu głowę i popatrzył na mnie bystro.
– Być może chciał uzyskać złoto? – powiedział. – A może chciał ją wymienić na coś innego? Może gdzieś za granicą odnaleziono na przykład pergaminy wielkich znawców kabały i zaproponowano mu transakcję na sztych – towar za towar. Któż to może wiedzieć. Storm myślał inaczej niż zwykli ludzie. Był cadykiem bałszen-tow, cudotwórcą. Coś w tym musiało być, bo gdy kupiłem księgę wieczorem, rankiem przybył do mnie, aby ją kupić. I wiedział, przynajmniej z grubsza, po co przyszedł.
Zamyślił się głęboko.
– On nie żyje? – bardziej stwierdził niż zapytał Pan Samochodzik.
– Nie wiem, ale miałby ponad sto lat. Nie, on musiał umrzeć. Podobno był w getcie na Kazimierzu prawie do końca. Nigdy nie wiedziałem gdzie mieszka. Gdyby przeżył, przyszedłby do mnie po wojnie, gdy uruchomiłem znowu antykwariat. Ja chodziłem wtedy na Kazimierz. Nikt z naszych już tam nie wrócił, a od Polaków kupowałem żydowskie książki za bezcen. Za flaszkę, za dwie. Zebrałem wówczas najwspanialszą bibliotekę, jaką kiedykolwiek miałem w życiu. Bardzo niewielu właścicieli zgłosiło się po swoje… Tym oddałem, a i tak zostały mi tysiące zwojów. Ale to nie ważne.
– Dziewczyna, która pytała o Storma i jego księgozbiór, miała gruby warkocz, a na szyi taki srebrny krzyżyk – pokazałem mu.
Obrzucił moje znalezisko przelotnym spojrzeniem i kiwnął głową.
– Zgadza się. Miłe dziecko. Nawet znała trochę jidysz, choć pakowała doń sporo rusycyzmów.
– Musiały przyjechać ze wschodu – powiedział Szef w zadumie. – I ty, i Lucjusz słyszeliście wschodni akcent. Używała jidysz w wersji rosyjskiej…
Stary antykwariusz wzruszył ramionami.
– Nie wiem, czy jej akcent był w wystarczającym stopniu identyfikowalny, żeby stwierdzić, że faktycznie przybyła z Kresów. Może mieszkała tam jakiś czas, a może wyuczyła się akcentu przebywając wśród ludzi stamtąd. Na Ziemiach Odzyskanych są wsie, gdzie większość mieszkańców tak "zaciunga".
Obrócił krzyżyk w dłoni. Przesylabizował na wpół zatarte napisy na odwrocie.
– Ona po to wróci – powiedział w zadumie. – A wówczas miejcie się na baczności.
Gdy opuszczaliśmy antykwariat, było już ciemno. Przeszliśmy przez uśpiony Rynek i dotarliśmy do naszego hotelu.
– Przekąsimy coś i chyba trzeba iść spać – powiedział Szef – A jutro zajmiemy się szukaniem Storma.
– Tylko czego konkretnie mamy szukać? – zamyśliłem się. – Skoro nie żyje, a jego prochy spoczęły gdzieś w masowych grobach Treblinki albo Sobiboru…
– Nie zapominaj, że nasze urocze przeciwniczki są na tropie "Niemej Księgi". Może Storm przekazał komuś swoją bibliotekę przeczuwając, że zginie. A może zamurował najcenniejsze starodruki w ścianie i przekazał komuś informację o tym. Ten ktoś przeżył wojnę i powiedział… Nadal sądzę, że dziewczęta są tylko pośredniczkami. Wysłanniczkami kogoś ważnego.
Poskrobałem się po głowie.
– No może, tylko dlaczego nie poszedł sam do pana Aarona pytać o księgozbiór Storma?
– Może jest sparaliżowany i porusza się na wózku inwalidzkim. A może jest na tyle znany w Krakowie, że bał się rozpoznania…
W tym momencie rozległo się delikatne pukanie do drzwi.
– Proszę – odezwał się Szef.
Drzwi uchyliły się i do środka wślizgnęła się ciemnowłosa dziewczyna.
– Witam panów – powiedziała.
Drgnąłem zaskoczony. To ona musiała być tą tajemniczą Stasią, która trzymała mnie na muszce kilka godzin temu. Teraz chyba nie miała przy sobie broni. Zlustrowała szybkim spojrzeniem pokój.
– Żeby nie przeciągać sprawy przejdę od razu do rzeczy – powiedziała. – Pan – wskazała mnie cienkim długim palcem – znalazł pewien drobiazg należący do mojej kuzynki.
– Istotnie – kiwnąłem głową. – Łańcuszek musiał się zerwać, gdy próbowała mi nakopać w zadek, na co zresztą pani wyraziła ochoczo przyzwolenie…
Wzruszyła ramionami.
– Ta rzecz jest dla nas wyjątkowo cenna, stanowi fragment historii naszej rodziny. Dlatego proponuję uczciwą zamianę.
Z cienkiej, plastikowej teczki wyjęła plik oprawionych razem kart pergaminu i położyła je na stoliku.
– Traktat mistrza Sędziwoja "O Rtęci" w zamian za zwrot krzyża – powiedziała twardo.
– A jeśli odmówię? – zagadnąłem.
Bez słowa wyciągnęła z kieszeni kurtki rewolwer, z którym miałem już przyjemność zawrzeć bliższą znajomość.
– Obawiam się, że w przypadku odmowy nie pozostawicie mi panowie specjalnie wielu wyjść… – zaplątała się trochę w gramatyce.
– Schowaj pistolet, młoda damo – powiedział Szef. – I posłuchaj naszej propozycji. Oddamy wam krzyżyk bezinteresownie. W zamian za to chcemy wykonać kopię tego manuskryptu.
– Pan Samochodzik – uśmiechnęła się. – Zawsze szlachetny, zawsze dbający o rozwój nauki… Słyszałam o panu. Choć nie sądziłam, że przyjdzie nam się kiedyś zmierzyć.
– Jestem zwolennikiem własności prywatnej – powiedział. – I praw do tej własności. Oddaj jej, Pawle, krzyżyk.
– Szefie, narażałem życie żeby go zdobyć – powiedziałem podając klejnot dziewczynie.
Uśmiechnęła się, gdy jej smukła dłoń zacisnęła się na srebrze.
– Narażałeś życie? – zdziwił się Szef. – A mi się wydawało, że znalazłeś go dopiero po walce… Tak przynajmniej mówiłeś…
– Ale mogłem zginąć. Gdyby tak kopnęła mocniej…
– Następnym razem może kopnąć mocniej – uśmiechnęła się Stasia. – Ale myślę, że nie będzie takiej konieczności. Dopięliście panowie swego – gestem wskazała starodruk. – Teraz możecie odejść i pozostawić sprawy swojemu biegowi.
– "Niema Księga" w zamian za kupkę pogiętych blach – powiedziałem. – Sądzicie, że uda wam się ją odnaleźć?
– Nie mam pewności, ale szanse są spore – powiedziała. – Ale to moja sprawa. Jeśli dyrektor Lucjusz nie zgodzi się na zamianę, poszukamy gdzie indziej. Może za granicą znajdziemy ludzi wystarczająco rozsądnych lub… wystarczająco chciwych. Wprawdzie użycie innego atenatora raczej koliduje z naszymi planami, ale w ostateczności… Pożegnam panów.