Przy Blasku Księżyca
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Przy Blasku Księżyca». Краткое содержание книги:
Wkrótce dowiaduje się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – musi uciekać przed bezwzględnymi mordercami, którzy nie cofną się przed niczym, by wyeliminować każdego, kogo obłąkany doktor dostał w swoje ręce.
Towarzyszy mu młodszy brat cierpiący na autyzm oraz Jilly, dziewczyna próbująca swoich sił jako komik na estradach Południowego Zachodu, której również wstrzyknięto tajemniczą substancję. Muszą stawić czoło nie tylko pościgowi, ale także dziwnym, niepojętym zmianom, jakie zaczynają w nich zachodzić pod wpływem zastrzyku.
Wbrew własnej woli stają się uczestnikami wydarzeń, które na pozór nie mają żadnego związku z grożącym im niebezpieczeństwem.
Wydaje się, że chory Shepherd będzie im utrudniał ucieczkę… ale czy rzeczywiście?
– Przypuszczalnie cholernie wystraszyliśmy w motelu tego gościa, który widział, jak znikamy.
– Pewnie musiał zmienić bieliznę – dodała Jilly.
– Jak więc mogli w ciągu pół godziny rozpracować mechanizm składania, nie mówiąc o powiadomieniu ludzi w Kalifornii? – Ci ludzie nie zjawili się tu dlatego, że pół godziny temu zostali zawiadomieni. Obserwowali dom, ale nie wiedzieli, gdzie jesteśmy, aż banda z Arizony potwierdziła, że znajdujemy się w Holbrook, wiele godzin przed ich wejściem do motelu.
– Czyli wczoraj wieczorem dość szybko skojarzyli cię ze spalonym cadillakiem i mnie z tobą – rzekł Dylan. – Cały czas wyprzedzaliśmy ich zaledwie o parę godzin.
– Nie wiedzieli, czy w ogóle się tu zjawimy. Po prostu czekali w nadziei, że a nuż…
– Nikt nie prowadził obserwacji domu rano, kiedy złożyliśmy się z Shepem na wzgórzu.
– Musieli zająć stanowiska wkrótce potem.
– Lód – powiedział Shep. – Lód, lód, lód, lód.
Facet klęczący w cieniu i ten drugi, na wpół schowany za krzewem, mówili do mikrofonów, ale zapewne nie rozmawiali ze sobą, tylko gawędzili z grupką podobnych zabójców otaczających dom ciasnym pierścieniem, wymieniając się wskazówkami na temat konserwacji broni, technik duszenia i przepisami na gazy neurotoksyczne, synchronizując zegarki i koordynując atak.
Jilly była gotowa utoczyć lodu z własnych żył, gdyby Shep sobie tego życzył. Czuła się zupełnie bezbronna. Czuła się naga. Naga w rękach losu.
– Lód, lód, lód, lód, lód.
Oczyma duszy oglądała płynące wolno odłamki szkła i pocisk sunący w powietrzu.
– Ale teraz ta grupa na pewno porozumiała się z tamtymi z Arizony, założę się o wszystko – powiedziała Jilly. – Rozmawiali z nimi w ciągu ostatnich piętnastu czy dwudziestu minut, wiedzą więc, że umiemy odstawiać numer „tutam".
Myśli Dylana pędziły w równie zawrotnym tempie.
– Może któraś z dawniejszych ofiar eksperymentów Proctora też umiała dokonać tej sztuczki i widzieli już składanie. – I trzęsą portkami na myśl o biegających po świecie spryciarzach, napompowanych nanobotami i obdarzonych niezwykłymi zdolnościami.
– Trudno mieć im to za złe. Sam trzęsę portkami – odrzekł Dylan – mimo że tymi spryciarzami jesteśmy my.
– Lód, lód, lód.
– Czyli zaatakują szybko i wysadzą cały dom w powietrze,
żeby nas zabić, zanim się zorientujemy, że tu są i zdążymy się złożyć – zauważyła Jilly.
– Tak sądzisz czy wiesz? Wiedziała, czuła to, widziała.
– Mają pociski przeciwpancerne, które przebiją ściany, kamień, każdy cholerny materiał.
– Lód, lód, lód.
– Mają jeszcze coś gorszego od pocisków przeciwpancernych – ciągnęła. – O wiele gorszego. Coś w rodzaju… pocisków rozpryskowych, które rozrzucają odłamki pokryte cyjankiem.
Nigdy nie czytała ani nie słyszała o tak potwornej broni, ale dzięki nowym stworzonym przez nanoboty połączeniom w mózgu przewidziała jej użycie. Usłyszała w głowie czyjeś głosy, głosy mężczyzn rozmawiających o szczegółach ataku kiedyś w przyszłości – może policjantów, którzy jeszcze dziś lub jutro będą przeszukiwać pozostałe po domu ruiny, może samych morderców wspominających krwawe dzieło zniszczenia, doskonale zaplanowane i dokonane we wspaniałym stylu.
– Odłamki z cyjankiem i Bóg wie co jeszcze – ciągnęła. Wstrząsnął nią dreszcz. – W porównaniu z tym, co z nami zrobią, szturm na sektę Koresha będzie wyglądać jak niewinna chrześcijańska zabawa towarzyska.
– Lód, lód. lód.
Dylan zwrócił się zniecierpliwiony do Shepa.
– Otwórz oczy, bracie, wyłaź z tej jamy, zostaw ten lód, Shep. Shepherd nie otwierał oczu.
– Shep, jeżeli chcesz jeszcze spróbować ciasta, otwórz oczy.
– Lód, lód, lód.
– Na razie nie ma szans, żeby przyszedł do siebie – powiedział Dylan do Jilly. – Zupełnie się zatracił.
– Na górę – odrzekła krótko. – Na pewno nie będzie to piknik, ale na dole może nas porąbać na plasterki.
Jeden z mężczyzn kryjących się pod garażem wyszedł z cienia, drugi wysunął się zza krzewu. Ruszyli w stronę domu. Zaczęli biec.
38
– Na górę! – powiedziała Jilly, a Dylan
dodał:
– Biegiem!
– Lód, lód, lód – powtarzał Shepherd, a Dylan przez jakieś
dziwne połączenie w pamięci skojarzył to sobie ze znanym z dawnych potańcówek przebojem „Hot, Hot, Hot" Bustera Poindextera, co mogłoby się nawet wydawać zabawne w przyjemniejszych okolicznościach, gdyby nie upiorna myśl, że „Hot, Hot, Hot" będzie towarzyszyć ich agonii.
Schody znajdowały się we frontowej części domu, a z kuchni prowadziło dwoje drzwi: jedne do jadalni, drugie do korytarza na dole. Druga droga była bezpieczniejsza, nie biegła w pobliżu okien.
Jilly nie zorientowała się, że istnieje możliwość przejścia przez korytarz, ponieważ drzwi były zamknięte. Prawdopodobnie pomyślała, że to spiżarnia. Nim Dylan zdążył skierować ją w drugą stronę, wypadła z kuchni prosto do jadalni.
Dylan bał się wychodzić na korytarz, bo przypuszczał, że Jilly może się odwrócić, zobaczy, że go nie ma i wróci tu ich poszukać, a w każdym razie na pewno przez chwilę się zawaha. Stracona sekunda mogła oznaczać różnicę między życiem a śmiercią.
Ponaglając, popychając i niemal unosząc brata w powietrze, Dylan popędził go naprzód. Oczywiście Shep powłóczył nogami, ale szybciej niż zwykle, wciąż marudząc o lodzie, powtarzając po trzy razy „lód, lód, lód", z każdym krokiem coraz bardziej niezadowolony, jakby czuł się dotknięty, że pędzą go niczym niesforną owcę.
Zanim Dylan i Shep wyszli z kuchni, Jilly była już w salonie. Shepherd zatrzymał się na moment w progu, lecz pozwolił się pogonić dalej.
Wchodząc do jadalni, Dylan niemal spodziewał się zobaczyć dziesięcioletniego Shepa układającego obrazek ze szczeniakami. Mimo że chciał się uwolnić od koszmarnego wieczoru z przeszłości, chyba wolał go od teraźniejszości, która jeśli w ogóle łączyła się z jakąkolwiek przyszłością, to tylko kruchymi i niepewnymi mostami.
Shep protestował przeciwko uporczywemu poszturchiwaniu przez brata:
– Lód, nie, lód, nie, lód, nie… – a gdy przeszli przez jadalnię, chwycił się obiema rękami futryny następnych drzwi.
Zanim zdołał wzmocnić uchwyt, rozstawić nogi i zaklinować się w drzwiach, Dylan wepchnął go do salonu. Chłopak potknął się i wylądował na czworakach, co okazało się szczęśliwym upadkiem, ponieważ w tej samej chwili uzbrojeni bandyci otworzyli ogień.
Ciszę rozdarł grzechot broni maszynowej, który wstrząsnął oknami w kuchni i jadalni – jeszcze głośniejszy niż w filmach, ciężki i hałaśliwy jak ryk wiertarki udarowej wcinającej się w twardy beton i walącej z szybkością dzięcioła. Odezwały się więcej niż dwa karabiny, może trzy, może cztery. Gwałtownej kanonadzie towarzyszył niższy, bardziej dudniący i wolniejszy huk, jakby karabinu większego kalibru, potężniejszej broni, której siła odrzutu mogłaby posadzić strzelca na tyłku.
Gdy rozległy się pierwsze strzały, Dylan rzucił się na podłogę salonu. Podciął Shepherdowi ręce i chłopak rozciągnął się jak długi na klonowym parkiecie.
– Gdzie jest lód? – zapytał Shepherd, jak gdyby zupełnie nieświadomy gradu pocisków nieustannie bombardujących dom.
Brzęknęły tłuczone okna, zadzwoniły kaskady szkła, po czym kule zaczęły odłupywać drzazgi z ram, pruć tynk i dzwonić o rury w ścianach: ping-ping-ping.
Serce Dylana tłukło się jak u zaszczutego zająca; rozumiał, co czują małe zwierzęta, gdy ich sielskie łąki pierwszego dnia sezonu łowieckiego zmieniają się w pola śmierci.