Przy Blasku Księżyca
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Przy Blasku Księżyca». Краткое содержание книги:
Wkrótce dowiaduje się, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo – musi uciekać przed bezwzględnymi mordercami, którzy nie cofną się przed niczym, by wyeliminować każdego, kogo obłąkany doktor dostał w swoje ręce.
Towarzyszy mu młodszy brat cierpiący na autyzm oraz Jilly, dziewczyna próbująca swoich sił jako komik na estradach Południowego Zachodu, której również wstrzyknięto tajemniczą substancję. Muszą stawić czoło nie tylko pościgowi, ale także dziwnym, niepojętym zmianom, jakie zaczynają w nich zachodzić pod wpływem zastrzyku.
Wbrew własnej woli stają się uczestnikami wydarzeń, które na pozór nie mają żadnego związku z grożącym im niebezpieczeństwem.
Wydaje się, że chory Shepherd będzie im utrudniał ucieczkę… ale czy rzeczywiście?
– Coś nie tak?
– Nie jestem pewna.
Zerknęła na zegar, na złośliwie wyszczerzoną świnkę. Wiedziała, że uśmiech w ogóle się nie zmienił. Ryjek trwał znieruchomiały w tym samym wyrazie pod ceramicznym szkliwem. Uśmiech pozostał tak samo dobroduszny jak wtedy, gdy zobaczyła go pierwszy raz, niecałe pół godziny temu, w kuchni sprzed dziesięciu lat. Jednak świnka i zegar kipiały wręcz złowrogą energią.
– Jilly?
Właściwie nie tylko świnka, lecz cała kuchnia zdawała się ożywać od zła, jak gdyby nawiedził ją mroczny duch, który nie potrafił objawić się w tradycyjnej ektoplazmatycznej postaci i zamieszkał w meblach i powierzchniach w samym pomieszczeniu. Każda krawędź blatu lśniła groźnie jak ostra brzytwa.
Shepherd ponownie otworzył drzwi lodówki i zaglądając do środka, powiedział:
– Zimno. Wszyscy w zimnie.
Czarne szkło drzwiczek piekarnika patrzyło, patrzyło spod przymkniętych powiek jak oczy.
Ciemne butelki w stojaku na wino wyglądały jak napełnione koktajlem Mołotowa.
Czując, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach i całe ciało pokrywa się gęsią skórką, wyobraziła sobie stalowe zęby zgrzytające bezgłośnie w gardzieli młynka do rozdrabniania odpadków.
Nie. To absurd. Żaden duch nie zamieszkał w kuchni. Nie potrzebowali egzorcysty.
Jej zaniepokojenie – a właściwie przeczucie śmierci – rosło z każdą chwilą i było tak dojmujące, że musiała za wszelką cenę odkryć jego powód. Swój strach przeniosła zabobonnie na martwe przedmioty – świnkę z zegarem, drzwiczki piekarnika, zęby w zlewie – gdy tymczasem prawdziwe zagrożenie czaiło się gdzie indziej.
– Zimno, wszyscy w zimnie – powtórzył Shep, stojąc przed otwartą lodówką.
Tym razem Jilly zrozumiała jego słowa inaczej niż przedtem. Przypomniała sobie talent Shepherda do wynajdywania synonimów i zdała sobie sprawę, że „wszyscy w zimnie" mogą oznaczać „wszyscy zimni", czyli „wszyscy martwi". W zimnie jak zwłoki. Zimni jak w grobie. Zimni i martwi.
– Zabierajmy się stąd, jak najprędzej – powiedziała zdecydowanie.
– Muszę wziąć pieniądze z kasetki – zaprotestował Dylan. – Daj spokój z pieniędzmi. Możemy umrzeć przez te pieniądze. – Zobaczyłaś to?
– Ja to wiem.
– Dobra, w porządku.
– Szybko, składajmy się stąd.
– Zimno, wszyscy w zimnie – powiedział Shep.
37
Tik-tak. Małe oczka spozierające spomiędzy fałdów różowego tłuszczu. Chytre, znaczące spojrzenie. Zapomnij o tym cholernym zegarze. Świnka nie stanowi zagrożenia. Skup się.
Dylan wrócił do brata, trzeci raz zamknął lodówkę i pociągnął Shepa w stronę Jilly.
– Musimy iść, bracie.
– Gdzie jest lód? – zapytał Shep. Jilly nie widziała, aby wcześniej był tak bardzo owładnięty jakąś obsesją. – Gdzie jest lód? – Jaki lód? – spytał Dylan.
Jasnowidzenie wciąż było dla Jilly czymś nowym, strasznym i niechcianym, poza tym nie potrafiła nim odpowiednio kierować. – Gdzie jest lód? – powtarzał z uporem Shepherd.
– Nie trzeba nam żadnego lodu – rzekł Dylan. – Bracie, zaczynasz mnie powoli przerażać. Nie strasz mnie.
– Gdzie jest lód?
– Shep, skup się. Słuchaj mnie, zrozum, skup się.
Usiłując zidentyfikować źródło niepokoju, przeskakiwała podejrzliwym spojrzeniem z przedmiotu na przedmiot, z miejsca na miejsce, nie pozwalała, by niepokój sam skierował magnetyczną igłę jej intuicji we właściwą stronę. Musiała się odprężyć, zaufać dziwnemu przeczuciu i przekonać się, czego dokładnie ma się bać.
– Gdzie jest lód?
– Daj spokój z tym lodem. Nie potrzeba nam lodu, bracie. Musimy się stąd wydostać, rozumiesz?
– Tylko lód.
W końcu uwagę Jilly przyciągnęły okna i widoczne za nimi podwórko. Zielona trawa, garaż w głębi, złota łąka za garażem. – Tylko lód.
– Dostał manii na punkcie tego lodu – zauważył Dylan. – Więc go z niej wyciągnij.
– Tylko lód – mówił Shep. – Gdzie jest lód?
– Znasz już Shepa. Jeżeli się czegoś uczepi, nie da się odciągnąć, chyba że sam tego chce. Jakby… cały czas odbijało mu się rykoszetem w głowie. Tym razem jest gorzej niż zwykle.
– Skarbie – powiedziała Jilly, nie odrywając oczu od okien. – Musimy się złożyć. Potem dostaniesz lód.
– Gdzie jest lód?
Dylan ujął podbródek brata i uniósł mu głowę.
– Shep, to bardzo ważna sprawa, zasadnicza. Rozumiesz, co to znaczy „zasadnicza"? Wiem, że rozumiesz, bracie. Musimy się stąd złożyć, to teraz najważniejsze.
– Gdzie jest lód?
Zerkając na Shepherda, Jilly zobaczyła, że nie chce nawiązać kontaktu z bratem. Jego oczy poruszały się bez przerwy pod przymkniętymi powiekami.
Gdy Jilly ponownie popatrzyła na podwórko, obok północno-zachodniego narożnika garażu klęczał na jednym kolanie jakiś mężczyzna. Krył się w cieniu. Mało brakowało, by go nie zauważyła, ale głowę by dała, że jeszcze przed chwilą go tam nie było.
Z wysokich traw łąki wypadł następny i przebiegł skulony do południowo-zachodniego narożnika garażu.
– Już tu są – powiedziała do Dylana.
Żaden z nich nie miał na sobie pastelowego stroju typowego dla turystów na pustyni, ale obaj przypominali pseudogolfistów z Arizony. Byli wysocy, barczyści i zdecydowani, i z pewnością nie chodzili od domu do domu, głosząc zbawienie przez Chrystusa.
– Gdzie jest lód?
Jilly największą zgrozą przejął widok słuchawek, jakie obaj mieli na głowie. Każda para była wyposażona w wysięgnik z mikrofonem wielkości monety jednocentowej. Wysoki stopień koordynacji świadczył o tym, że grupa szturmowa składa się
z większej liczby osób, a także o tym, że nie byli to zwykli brutalni bandyci do wynajęcia, ale bandyci o rozwiniętym zmyśle organizacyjnym.
– Gdzie jest lód?
Drugi mężczyzna osłaniał teren między łąką a garażem. Przyczaił się przy południowo-zachodnim narożniku, na wpół schowany za krzewem.
Jilly spodziewała się, że będą dobrze uzbrojeni, więc ich rynsztunek nie przeraził jej aż tak jak słuchawki. Mieli broń ogromnych rozmiarów. O futurystycznym wyglądzie. Pewnie jakieś karabiny szturmowe. Jilly nie znała się za dobrze na broni palnej – w swoim zawodzie nie musiała, nawet gdy trafiła się jej wyjątkowo niesforna publiczność – ale domyślała się, że z tych karabinów można wystrzelić tysiące pocisków, zanim trzeba je będzie przeładować.
– Gdzie jest lód?
Musieli z Dylanem zyskać na czasie, dopóki nie uda się im przekonać Shepherda, że musi złożyć wszystkich troje do jakiegoś miejsca, gdzie można dostać ciasto i lód, i że to jedyny sposób.
– Odsuńcie się od okien – ostrzegła Jilly, cofając się od tych, które wychodziły na podwórko. – Okna to… okna to śmierć.
– W każdym pokoju są okna. – Dylan się zmartwił. – Mnóstwo okien.
– A piwnica?
– Nie ma piwnicy. To Kalifornia. Konstrukcja jest z płyt.
– Gdzie jest lód? – pytał Shep.
– Wiedzą, że tu jesteśmy – powiedziała Jilly.
– Skąd mogą wiedzieć? Przecież nie weszliśmy od zewnątrz.
– Może wcześniej założyli w domu podsłuch – zasugerowała. – Albo zobaczyli nas przez lornetkę, obserwując okna.
– Wysłali Vonettę do domu – zorientował się Dylan.
– Miejmy nadzieję, że nic jej nie zrobili.
– Gdzie jest lód?
Na myśl o tym, że coś mogło się stać jego gosposi, Dylan zbladł niczym płótno, jak gdyby bardziej się tym przejął niż grożącym mu śmiertelnym niebezpieczeństwem.
– Ale złożyliśmy się z Holbrook dopiero pół godziny temu. – Co z tego?