Wieża jaskółki
- Автор: Сапковский Анджей
- Серия: Wiedźmin #6
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: SuperNOWA
- ISBN: 83-7054-124-0
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wieża jaskółki». Краткое содержание книги:
Ciri staje przed swoim przeznaczeniem.
Drakkar wiozący Yennefer trafia w oko czarodziejskiego cyklonu.
Czy wśród przyjaciół wiedźmina ukrywa się zdrajca?
Czwarta, przedostatnia odłona epopei o świecie wiedźmina i wojnach, jakie nim wstrząsają. W zagubionej wśród bagien chacie pustelnika ciężko ranna Ciri powraca do zdrowia. Jej tropem podążają bezlitośni zabójcy z Nilfgaardu. Tymczasem drużyna Geralta, unikając coraz to nowych niebezpieczeństw, dociera wreszcie do ukrywjących się druidów. Czy wiedźminowi uda się odnaleźć Ciri? Jaką rolę odegra osnuta legendą Wieża Jaskółki?
Barkas zwinnie przeskoczył po fali, wpływając na spokojniejsze wody zatoki, między Czatownię Hemdalla a drugą skałę o równie fantastycznych kształtach.
— Ta mniejsza skała to Kambi — wyjaśnił jarl. - W naszych mitach imię Kambi nosi czarodziejski złoty kogut, który swym pianiem ostrzeże Hemdalla, że nadpływa Naglfar, piekielny drakkar wiozący armię Ciemności: demony i upiory z Morhoggu. Naglfar zbudowany jest z trupich paznokci. Nie uwierzysz, Yennefer, ale wciąż jeszcze są na Skellige ludzie, którzy przed pochówkiem obcinają zmarłym paznokcie, by nie przysparzać upiorom Morhfoggu budulca.
— Uwierzę. Znam siłę legend.
Fiord zasłonił ich nieco od wiatru, żagiel załopotał.
— Dmijcie w róg — rozkazał załodze Crach. - Przybijamy do brzegu, trzeba dać znać świątobliwym paniom, że przybywamy w gości.
Położony na szczycie długich kamiennych schodów gmach wyglądał jak gigantyczny jeż — tak obrośnięty był mchem, bluszczem i krzakami. Na jego dachu, jak zauważyła Yennefer, rosły nie tylko krzaki, ale nawet małe drzewka.
— Oto i świątynia — potwierdzi! Grach. - Gaj, który ją otacza, zwie się Hindar i też jest miejscem kultu. To stąd bierze się świętą jemiole, a na Skellige, jak wiesz, jemiołą przybiera się i dekoruje wszystko, od kołyski noworodka po mogiłę… Uważaj, schody są śliskie… Religia, he, he, mocno obrasta mchem… Pozwól, wezmę cię pod ramię… Wciąż ten sam rodzaj perfum… Yenna…
— Crach. Proszę cię. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
— Wybacz. Chodźmy.
Przed świątynią czekało kilka młodych i milczących kapłanek. Jarl pozdrowił je uprzejmie, wyraził chęć rozmowy z ich przełożoną, którą nazywał Modron Sigrdrifą.
Weszli do środka, do wnętrza rozświetlanego słupami światła bijącymi z wysoko umieszczonych witraży. Jeden z takich słupów oświetlał ołtarz.
— Do stu morskich diabłów — mruknął Crach an Craite. - Zapomniałem, jaki on jest wielki, ten Brisingamen. Nie byłem tu od dziecka… Za to można by chyba kupić wszystkie stocznie z Cidaris. Razem z pracownikami i roczną produkcją.
Jarl przesadzał. Ale nie bardzo.
Nad skromnym marmurowym ołtarzem, nad figurkami kotów i sokołów, nad kamienną misą wotywnych darów, górowała statua Modron Freyji, Wielkiej Matki, w jej typowym aspekcie maternalnym — kobiety w luźnych szatach zdradzających przesadnie podkreśloną przez rzeźbiarza ciążę. Z pochyloną głową i zakrytymi chustą rysami twarzy. Nad złożonymi na piersi dłońmi bogini widoczny był brylant, element złotego naszyjnika. Brylant był lekko błękitny w zabarwieniu. Najczystszej wody. Duży.
Na oko jakieś sto pięćdziesiąt karatów.
— Jego nawet nie trzeba by było ciąć — szepnęła Yennefer. - Ma szlif w rozetę, dokładnie taki, jakiego potrzebuję. Akuratne fasetki do defrakcji światła…
— To znaczy, że mamy szczęście.
— Wątpię. Za chwilę zjawią się kapłanki, a ja, jako bezbożnica, zostanę zelżona i wyrzucona stąd na zbity pysk.
— Przesadzasz?
— Ani trochę.
— Witam, jarlu, w świątyni Matki. Witam i ciebie, szanowna Yennefer z Vengerbergu.
Crach an Craite skłonił się.
— Bądź pozdrowiona, czcigodna matko Sigrdrifo. Kapłanka była wysoka, prawie tak wysoka jak Crach — a to oznaczało, że Yennefer przewyższała o głowę. Miała jasne włosy i oczy, pociągłą, niezbyt ładną i niezbyt kobiecą twarz.
Gdzieś ją już widziałam, pomyślała Yennefer. Niedawno. Gdzie?
— Na schodach Kaer Trolde, prowadzących do portu — przypomniała z uśmiechem kapłanka. - Gdy drakkary wypływały z sundu. Stałam nad tobą, gdy niosłaś pomoc zaczynającej już ronić brzemiennej kobiecie. Na kolanach, nie troszcząc się o suknię z bardzo drogiego kamlotu. Widziałam to. I nigdy nie dam już ucha opowieściom o nieczułych i wyrachowanych czarodziejkach.
Yennefer chrząknęła, pochyliła głowę w ukłonie.
— Stoisz przed ołtarzem Matki, Yennefer. Niechaj więc spłynie na ciebie jej łaska.
— Czcigodna, ja… Chciałam cię uniżenie prosić…
— Nic nie mów. Jarlu, z pewnością masz wiele zajęć. Zostaw nas same, tu, na Hindarsfjall. My zdołamy się porozumieć. My jesteśmy kobietami. Nieważne, czym się trudnimy, kim jesteśmy: zawsze służymy tej, która jest Dziewicą, Matką i Staruchą. Uklęknij przy mnie, Yennefer. Pochyl głowę przed Matką.
— Zdjąć bogini z szyi Brisingamen? — powtórzyła Sigrdrifa, a w jej głosie więcej było niedowierzania niż świętego oburzenia. - Nie, Yennefer. To po prostu niemożliwe. Rzecz nawet nie w tym, że nie ośmieliłabym się… Nawet gdybym się odważyla, Brisingamenu zdjąć się nie da. Naszyjnik nie ma zapięcia. Jest trwale spojony z posągiem.
Yennefer długo milczała, mierząc kapłankę spokojnym wzrokiem.
— Gdybym wiedziała — powiedziała zimno — od razu odpłynęłabym wraz z jarlem na Ard Skellig. Nie, nie, czasu spędzonego na rozmowie z tobą bynajmniej nie uważam za stracony. Ale mam go bardzo mało. Naprawdę bardzo mało. Przyznam, zwiodły mnie nieco twoja życzliwość i serdeczność…
— Jestem ci życzliwa — przerwała bez emocji Sigrdrifa. - Twoim planom również sprzyjam, całym sercem. Znałam Ciri, lubiłam to dziecko, porusza mnie jej los. Podziwiam cię za zdecydowanie, z jakim chcesz iść dziewczynie na ratunek. Spełnię każde twoje życzenie. Ale nie Brisingamen, Yennefer. Nie Brisingamen. O to nie proś.
— Sigrdrifo, by ruszyć Ciri na pomoc, muszę pilnie zdobyć nieco wiedzy. Kilka informacji. Bez nich będę bezsilna. Wiedzę i informacje mogę posiąść wyłącznie w drodze telekomunikacji. Żeby móc komunikować się na odległość, muszę skonstruować za pomocą magii magiczny artefakt: megaskop.
— Urządzenie w rodzaju waszej osławionej kryształowej kuli?
— Znacznie bardziej skomplikowane. Kula umożliwia telekomunikację wyłącznie z inną skorelowaną kulą. Kulę ma nawet tutejszy krasnoludzki bank, do komunikacji z kulą w centrali. Megaskop ma trochę większe możliwości… Ale po co teoretyzować? Bez brylantu i tak nic z tego nie wyjdzie. Cóż, będę się żegnać…
— Nie spiesz się tak.
Sigrdrifa wstała, przeszła przez nawę, zatrzymując się przed ołtarzem i posągiem Modron Freyji.
— Bogini — powiedziała — jest również patronką wieszczek. Jasnowidzek. Telepatek. Symbolizują to jej święte zwierzęta: kot, który słyszy i widzi ukryte, i sokół, który widzi z wysoka. Symbolizuje to klejnot bogini: Brisingamen, naszyjnik jasnowidzenia. Po co budować jakieś patrzące i słyszące urządzenia, Yennefer? Nie prościej zwrócić się o pomoc do bogini?
Yennefer w ostatniej chwili powstrzymała się, by nie zakląć. W końcu, było to miejsce kultu.
— Zbliża się czas wieczornej modlitwy — podjęła Sigrdrifa. - Wraz z innymi kapłankami poświęcę się medytacji. Będę prosić boginię o pomoc dla Ciri. Dla Ciri, która niejeden raz była tu, w tej świątyni, niejeden raz patrzyła na Brisingamen na szyi Wielkiej Matki. Poświęć jeszcze godzinę lub dwie z twego cennego czasu, Yennefer. Zostań tu, z nami, na czas modłów. Wesprzyj mnie, gdy będę się modliła. Myślą i obecnością.
— Sigrdrifo…
— Proszę. Zrób to dla mnie. I dla Ciri.