Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]
Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]

Электронная книга - «Żebracy nie mają wyboru [Beggars and Choosers - pl]». Краткое содержание книги:

Żebracy nie mają wyboru to dalszy ciąg Hiszpańskich żebraków. Nancy Kress powraca do stworzonego przez siebie świata — do Stanów Zjednoczonych odmienionych przez powszechne stosowanie modyfikacji genetycznych. Genomodyfikowani utrzymują zwykłych ludzi w zamian za przyzwolenie na swoje rządy.

W zaciszu stworzonej przez siebie wyspy opracowują własny porządek świata, od czasu do czasu zadziwiając ludzkość wynalazkami. Ameryka, przytłoczona ciężarem wielomilionowej populacji bezczynnych trutni, wstrząsana nieodpowiedzialnymi eksperymentami genetyków i nanotechników, pogrąża się w chaosie i chyli ku upadkowi.
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 92
Перейти на страницу:

— Jak bardzo toksyczny jest ten zmutowany wi…

— Śmiertelnie. W ciągu dwudziestu czterech godzin. Przenosi się z łatwością. Z pewnością się pani zaraziła.

— A skąd pani wie? Czy to pani ludzie wyprodukowali i wypuścili ten wirus?

— Nie — odpowiedziała tak spokojnym tonem, jakbym pytała, czy na dworze pada, ale ja widziałam, jak mocno bije jej puls na szyi, widziałam, że cała jest napięta jak struny harfy, gotowa rozdźwięczeć się przy najlżejszym dotknięciu.

Gapiłam się na strzykawkę w jej dłoni — taką długą, cienką, czarną, kryjącą w sobie płyn. Jakiego jest koloru? To coś miała już w sobie Lizzie, miał Billy, miała Annie. Zanim jeszcze się zorientowałam, co chcę zrobić, szepnęłam:

— Ale ja jestem Wołem…

— Ja też zostałam zaszczepiona. Przed wieloma miesiącami. To nie jest nie testowany preparat.

Zupełnie nie pojęła, o co mi chodziło. Ten niuans pozostawał poza kręgiem jej widzenia. A to znaczyło, że jednak nie wszystko jest w stanie dostrzec.

— Nie mamy zbyt wiele czasu, doktor Turner. Proszę pochylić głowę.

— Tak naprawdę to nie mam licencji lekarza — wypaliłam nieoczekiwanie.

Uśmiechnęła się, chyba po raz pierwszy.

— Ja też nie, Diano.

— Dlaczego nie mamy czasu? Co się będzie działo? Jeszcze nie jestem chora, a pani ma zamiar odmienić całą moją biochemię, niech mi pani da choć chwilę, żeby to przemyśleć…

Niespodziewanie na ścianie ukazał się jakiś ekran. I mimo że należał on — w przeciwieństwie do tamtych drzwi — do normalnej dla mnie techniki, podskoczyłam ze strachu, jakby nad moją głową ukazał się anioł z płomienistym mieczem. Ale anioł stał tuż przede mną, wpatrzony w ekran z wyrazem dziwnego cierpienia, swój miecz ściskał w roztrzęsionej dłoni, a ja miałam umrzeć nie dlatego, że zjadłam jakieś szczególne genomodyfikowane jabłko, ale dlatego że go nie zjadłam.

Nie pozostawiła mi wyboru. Ekran ukazał nam samolot lądujący w miejscu, w którym żaden normalny samolot nie byłby w stanie wylądować. Ten jednak jakoś cały się pozwijał i opadał pionowo jak pozbawiony śmigieł helikopter, tylko o wiele bardziej precyzyjnie, na tę samą niedużą przestrzeń między potokiem a zboczem góry, gdzie wrzeszczałam, żeby otwarły się przede mną wrota Edenu. Ta sama rozdygotana biała brzózka. Ten sam potargany dąb. Podniosłam głowę i wpatrzyłam się w sylwetki czterech mężczyzn, wydostających się ze zwiniętego cylindra rządowego samolotu, a w tej samej chwili Miranda wbiła mi w kark igłę strzykawki. Drugą ręką przytrzymała mnie za ramiona, dopóki płyn nie przesączył się do końca.

Była bardzo silna.

Ten jeden fakt jakoś rozjaśnił mi w głowie, co pokazuje, w jak zwariowanej znaleźliśmy się sytuacji. Odezwałam się niemal tak, jakbyśmy stanowili grupkę konspiratorów.

— Oni nie mogą tu wejść, prawda? Przedtem nawet nie potrafili znaleźć tego miejsca, wysadzili przecież zupełnie inne zabudowania. Musieli nas śledzić, kiedy tu szliśmy. Billy’ego, Lizzie, Annie i mnie… Tak mi przykro, Mirando…

Wcale mnie nie słuchała. Ku swojemu krańcowemu zdumieniu — to właśnie było najdziwniejsze ze wszystkiego, co się wydarzyło, bo w końcu o czyścicielu komórek wiedziałam już wcześniej — ku swojemu przerażeniu niemal dostrzegłam, że w jej oczach zabłysły łzy. Palcami prawej dłoni otoczyła palce lewej. Zakryła pierścionek.

Czterej mężczyźni pomagali teraz wydostać się z samolotu piątemu, przenosili go do wózka, który wcześniej jeden z nich błyskawicznie rozłożył. I kolejny szok dla mnie: tym mężczyzną był Dan Arlen, Śniący na jawie.

Położył dłoń na pniu brzozy. Nie wiedziałam — i nigdy już nie miałam się dowiedzieć — czy tylko chciał się podeprzeć czy też należało to zrobić przed otwarciem drzwi — jakiś włącznik, system rozpoznawania komórek naskórka czy w końcu jakieś zupełnie dla mnie niewyobrażalne zabezpieczenia. Potem swoim powszechnie znanym głosem wypowiedział bardzo wyraźnie kilka słów. Drzwi nad naszymi głowami otworzyły się po chwili.

Miranda nie zrobiła nic, żeby go powstrzymać. A przecież z całą pewnością mogła. Muszą tu być jakieś pola, jakieś antypola — cokolwiek. Przecież to są Superbezsenni.

Czterej agenci zeszli sobie po schodach, jakby to była jakaś piwniczka w Kansas. Szli z wyciągniętą bronią, co niespodziewanie napełniło mnie odrazą. Dan Arlen pozostał na zewnątrz.

— Mirando Sharifi, jest pani aresztowana pod zarzutem pogwałcenia przepisów ustawy o standardach genetycznych, rozdziały 12 do 34, w których stwierdza się…

Nie zaszczyciła ich nawet cieniem uwagi. Przepchnęła się między nimi, a wokół niej zapłonął znienacka ogień, który był pewnie jakąś naładowaną elektrycznie tarczą siłową. Jeden z agentów wyciągnął ku niej rękę, krzyknął i z twarzą wykrzywioną bólem złapał się za oparzoną dłoń.

Agent, który blokował schody, zawahał się. Wiedziałam, że przez ułamek sekundy myślał o tym, żeby strzelić, ale natychmiast się rozmyślił. Niemal widziałam jego późniejszy raport: „Ze względu na obecność osób cywilnych niewskazane było…” A może zdał sobie sprawę, że ten, kto oficjalnie zostanie uznany za zabójcę Mirandy Sharifi, sam jest już trupem, jeśli chodzi o karierę zawodową. Wieczny kozioł ofiarny. Agent usunął się na bok.

Miranda wolno wspięła się po schodach; w jej oczach lśniły łzy. Trójka agentów ruszyła za nią. Po chwili i ja pomknęłam za nimi.

W samym środku zimnego listopadowego lasu siedział Dan Arlen na wózku. Miranda stanęła przed nim twarzą w twarz. Lekki wietrzyk zaszeleścił zeschłymi liśćmi dębu. Kilka z nich opadło na ziemię.

— Dan, dlaczego?

— Miri… Nie masz prawa decydować za sto siedemdziesiąt pięć milionów ludzi. Nie w demokratycznym kraju. I na pewno nie bez żadnej kontroli. Leisha mówiła…

— Kenzo Yagai zadecydował. Dokonał wyboru. Stworzył tanią energię i odmienił świat na lepsze.

— Mogliście powstrzymać ten duragemowy dysymilator. A nie powstrzymaliście. Przez to ginęli ludzie, Mirando!

— Gdybyśmy próbowali go powstrzymać, zginęłoby ich znacznie więcej.

— Nie taki był powód! Chcieliście całkowicie panować nad sytuacją! Wy, Superbezsenni, którzy nawet nie musicie umierać!

Zza pleców doszedł mnie jakiś hałas, ale nie obejrzałam się. To, czego teraz byłam świadkiem, było znacznie ważniejsze niż jakieś tam hałasy. Pytania, jakimi ciskali w siebie Miranda i Dan Arlen, to te same pytania, z którymi sama borykałam się od czasu, kiedy w Waszyngtonie usłyszałam o czyścicielu komórek. Tylko że oni uczynili z nich prywatną broń, bo zakochani potrafią walczyć ze sobą za pomocą wszystkiego. Kto powinien sprawować nadzór nad techniką…

A przy tym — żeby nie było pomyłek — techniką rządzą prawa darwinizmu. Ona się rozprzestrzenia. Ewoluuje. I przystosowuje się.

ANSG łudziła się, że zdoła zapobiec wpadnięciu najnowocześniejszych technik w niepowołane ręce. Huevos Verdes to jednak ręce jak najbardziej powołane — to te ręce, które użyły nanotechniki dla dobra istoty ludzkiej, a nie do jej zniszczenia. Ale tego właśnie ANSG nie była w stanie im przyznać. Nie ich sprawą jest osądzać — twierdzą szefowie — oni tylko pilnują, by przestrzegano prawa. I może nawet mają rację.

Ale ktoś musiał podjąć się osądu, bo inaczej skończylibyśmy wszyscy w dżungli czystego darwinizmu.

Ludzie z Huevos Verdes osądzili za resztę, a ja razem z nimi — nie wzywając ponownie ANSG. A nie sposób się od razu przekonać, czy był to wybór właściwy.

Wszystko to uświadomiłam sobie z tą szczególną wyrazistością, jaka nachodzi człowieka w chwili cielesnej słabości — w czasie, gdy przyglądałam się, jak w tym zimnym, listopadowym lesie Dan Arlen i Miranda rozszarpują się na strzępy.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 92
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)