Enklawa Wolski w shortach (2)
- Автор: Wolski Marcin
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Enklawa Wolski w shortach (2)». Краткое содержание книги:
Cienki, wychyliwszy duszkiem pełną szklaneczkę, rzucił:
– Konkrety.
– Niestety, towarzysz Pietrow był nadzwyczaj systematyczny. Nie przeszkadza to w pracy partyjnej, gorzej, gdy dotyczy zajęć nadobowiązkowych. – Po tym wstępie Łysy przeszedł w końcu do sedna sprawy: – Miał domowe archiwum.
– A co w nim?
– Wszystko. Wszystkie interesy. Przelewy, transfery. Nasze wspólne przedsięwzięcia. Szczęściem, bez nazwisk. Ale nietrudno będzie natrafić na kontakt w Polsce, zweryfikować to i owo.
– Rafał nie żyje – wtrącił Stary.
– Sprzyjająca okoliczność, ale notatki sięgają dużo głębiej – wyjaśnił krótko Łysy. – A Ruscy lubią ostatnio robić prezenty naszym aktualnym zarządcom. Podadzą nas na srebrnym talerzu za jakiś wagon ziemniaków, który pozwoli Moskwie przeżyć tydzień bez głodu. A nasi, nawet przy swym bałaganiarstwie, prędzej czy później dotrą do nas.
Cienki poczuł, że przenika go zimny dreszcz. Już od dłuższego czasu zastanawiał się, co on tu właściwie robi. Żona od roku w Paryżu, synowie w Nowym Jorku. Stary był w jeszcze gorszej sytuacji: córka nie chciała rzucić uczelni, małżonka nigdy nie zaaprobowałaby ucieczki. Również Otyłemu zrobiło się nieprzyjemnie. Polubił życie zasobnego emeryta, spisującego pamiętniki w towarzystwie nadobnych kobietek. Perspektywa sądu, więzienia, a nade wszystko utraty pieniędzy wydawała się przerażająca.
A gdyby jeszcze dogrzebali się do tego nieszczęsnego wypadku…
Łysy, świadom ogarniającej ich paniki, po raz pierwszy się uśmiechnął.
– Nie wszystko jeszcze stracone, towarzysze. Archiwum Pietki to spory kłopot, ale nie mają jego zeznań, nie znają nazwisk. Nie dysponują dowodami materialnymi.
– Wyduszą je z Pietrowa – skonstatował ponuro Otyły.
– Nie wyduszą. Pietka nie żyje.
– Rzeczywiście! – Cienki aż podskoczył z radości. – Czytałem gdzieś o jego samobójstwie.
Łysy wydął wąskie wargi.
– Tak, strzelił sobie w głowę z dziesięciu kroków, i to ze trzy razy. Niezły wyczyn strzelecki.
Umilkł, bo do pokoju weszła bezszmerowo Violetta, wnosząc przystawki. Wycofała się równie dyskretnie.
– Pięknie wyszkolona, jak moja wyżliczka – pochwalił Stary. W tym momencie Otyłemu przypomniało się jakieś polowanie.
Łańsk, może Arłamów. Stary o dwadzieścia lat młodszy. Prominentni cudzoziemcy. Wokół ogniska pokot jak w tajdze. I żal ścisnął serce, że to już nigdy nie powróci… Może być tylko gorzej: ktoś rozpracuje warszawskie kontakty Pieti, jakiś idiota zacznie paplać i dobiorą się…
– Kiedy byłem w tajdze – Łysy najwyraźniej miał podobne skojarzenia – starzy myśliwi opowiadali mi o obyczajach jeleni uciekających przed wilkami. W rozpaczliwej sytuacji poświęcają jednego ze stada. Ten zostaje. Wataha ma żer, a stado może uciec.
Twarz Cienkiego zrobiła się czujna i jeszcze cieńsza. Jego profil przypominał teraz sierp księżyca.
– Do czego zmierzasz?
– Poświęcenie jednego z nas mogłoby rozwiązać sprawę. Wiarygodnie napisane oświadczenie, w którym wziąłby winę na siebie, taki pożegnalny list… Ślad by się urwał.
– Zwariowałeś? – na twarz Otyłego wystąpiły krwiste cętki.
– To jest jakaś koncepcja – odezwał się Stary. – Tajemnica zabrana do grobu, kontaktów nie ma, dowodów też, pieniądze przepadły. Nie będzie powodów do dalszego śledztwa.
– Nikt nie mówi, że teoretycznie jest to zły pomysł – wykrzyknął Otyły. – Ale to oznacza, że któryś z nas musiałby się zgodzić na rolę kozła ofiarnego.
– Zawsze miałeś talent do chwytania byka za rogi – zgodził się Łysy. – Oczywiście, takiej decyzji nie powinno się nikomu narzucać, jest zbyt ważna, powiedziałbym – zbyt intymna. Nie mam jednak wątpliwości, że ktoś z was się zdecyduje. Z żarliwością młodych lat, dla sprawy, dla współtowarzyszy…
– Chyba oszalałeś, stary cyniku. Do kogo to mówisz? – obruszył się Cienki. – Szukasz frajera?
Stary wolno zmiażdżył papierosa w popielniczce.
– Tak, to byłoby niezłe wyjście – mruknął.
Nie wiadomo dlaczego, wszystkie oczy skierowały się ku Cienkiemu. Ten wcisnął się w miękki fotel. Czuł w ich spojrzeniach wyrok śmierci, nieomal słyszał ich myśli: „Znana kanalia. Nikt po nim nie zapłacze”.
– Słuchajcie – wybełkotał. – Uważam, że są poważniejsi kandydaci. Kto by uwierzył, że byłem głównym macherem? W hierarchii stałem dość nisko, mam najskromniejszą daczę, stare BMW. Moja ofiara nie powstrzymałaby pościgu. Co innego, gdyby…
Urwał pod spojrzeniem Starego, który aż uniósł się z fotela.
– Do mnie pije, cwaniaczek. Że najstarszy? Najwyższy rangą? Ale przecież wszyscy wiedzą, że byłem od lat figurantem. Uczciwym człowiekiem do protokolarnych spotkań. Szczerym, prostym, skromnym. Każdy zapytany o mózg, wskazałby na Łysego.
Adresat tych słów prawie nie zareagował. Może odrobinę ściszył głos. Przypominał teraz lekko podrażnionego węża.
– Tak, mam opinię fachowca od specjalnych zadań. Ale dla kraju i organizacji, nie dla siebie! Nadto moje ewentualne samobójstwo mogłoby tylko wzmóc czujność organów węszenia. Jeśli ktoś taki jak ja wybiera podobne rozwiązanie, coś się musi za tym kryć. Nawet moi przeciwnicy mówią o mnie: ideowy, nieprzekupny. Co innego, jeśli ktoś był całe życie sybarytą…
Ale również Otyły nie przejawiał chęci do poświęcenia.
– Moi drodzy – powiedział tonem lekko drwiącym – taki czyn w moim wykonaniu byłby równie śmieszny, jak wstąpienie do klasztoru. Wiadomo, że byłem cynikiem, koniunkturalistą, który nigdy nie wierzył w komunę. I co, teraz na starość miałbym udawać romantycznego bohatera? A poza tym nie podoba mi się ta syberyjska anegdotka. Mocno naciągana.
Wrócili do punktu wyjścia. Na łysinę pomysłodawcy wystąpiły krople potu.
– A może odrobina hazardu? – zaproponował. Cienki i tym razem pierwszy zażądał wyjaśnień:
– Co masz na myśli?
– Losowanie – rzucił Łysy, wyraźnie przywiązany do swojej koncepcji.
Zanim pozostali biesiadnicy wypowiedzieli się na temat nowego pomysłu, wnętrze willi wypełniło charakterystyczne brzęczenie dzwonka: dwa długie dźwięki, dwa krótkie. Zastygli w bezruchu.
– Nikogo więcej nie zapraszałem – sumitował się Otyły.
Weszła Violetta.
– Jakiś facet do ciebie. Przez bramofon powiedział, że ma na imię Wiktor.
– Wiktor? – zdziwił się gospodarz. – A jemu co się stało?
– Po co nam ta mysz kościelna? – skrzywił się z niechęcią Cienki.
– Głupio wyjdzie, jeśli go nie wpuszczę – mruknął Otyły. Stary przyzwalająco skinął głową.
Wiktor był porządnie wlany, chyba tylko dlatego przyszedł. A może po pijaku wpadł po prosu w starą koleiną?
Jeszcze w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych należał do najbliższych przyjaciół Otyłego, jemu zawdzięczał posadę i pozycję. Potem zepchnięto go na boczny tor: nie był dość pewny, dość dyspozycyjny. Trzy lata temu podczas jakiejś ostrej dyskusji po wódce Wiktor stwierdził, że ma dość. I zrezygnował.