Haga
— Telefon, pani senator. Biały Dom.
Jill Mcyers oderwała oczy od ekranu komputera. Choć już od prawic sześciu lat nie zasiadała w senacie USA, osobisty sekretarz nadal tak ją tytułował.
— Kto? — zapytała czujnie.
— Pani prezydent — odparł sekretarz jak zwykle ściszonym głosem.
Jill uśmiechnęła się do niego.
— Chyba zdołam wygospodarować trochę czasu dla pani prezydent.
Niemal natychmiast na ekranie ukazała się skupiona twarz młodego człowieka.
— Sędzia Meyers? Proszę chwileczkę zaczekać.
Twarz znikła, zastąpiona przez godło prezydenta Stanów Zjednoczonych na tle królewskiego błękitu. Amerykański orzeł trzymał w jednym szponie kołczan strzał, a w drugim gałązkę oliwną: wojna albo pokój.
Pani prezydent, co było do przewidzenia, pojawiła się po paru minutach. Przywileje władzy. Pani prezydent nie wchodziła na łącza, dopóki nic zyskała absolutnej pewności, że zobaczy osobę, z którą chce rozmawiać. Nic jakiegoś podwładnego.
Jill zerknęła na sekretarza. Z ukłuciem bólu zdała sobie sprawę, że kiedy zaczynał pracę w czasie jej pierwszej kadencji w senacie, był młodym chłopakiem świeżo po prawie. Wszyscy się starzejemy, pomyślała, patrząc na swoje odbicie w ekranie widcofo-nu. Twarz miała pospolitą i okrągłą jak forma do ciasta, brązowe włosy proste i obwisłe jak przegotowane spaghetti. I jeszcze te piegi na zadartym nosie: kobieca, podstarzała wersja Hucka Finna.
— Jill — powiedziała prezydent — wyglądasz dziś bardzo melancholijnie.
Pani prezydent prezentowała się elegancko, jak zwykle. Srebrnoszare włosy miała modnie uczesane, jasnoniebieskie oczy roziskrzone. Ostatni lifting naprężył zwiotczałą skórę pod brodą i ujął jej dziesięć lat.
— Czym mogę służyć, pani prezydent? — zapytała Jill oficjalnie, szczerze zaciekawiona powodem rozmowy. W Waszyngtonie była siódma rano; wcześnie, jak na nią.
— Prośba o ekstradycję…
— Aha. Sprawa Kilifera.
— Tak. Nic rozumiem, co masz z nią wspólnego.
— Zwrócono się do mnie, jako do sędziego Trybunału Sprawiedliwości, z prośbą o interwencję — odparła Jill.
— Kto się zwrócił?
— Joanna Brudnoj.
— Rozumiem. — Ton pani prezydent stał się lodowaty.
— Widocznie departament sprawiedliwości nie zgodził się na ekstradycję tego człowieka do Kiribati.
— Nic mamy podpisanej umowy o ekstradycję z tym krajem.
— Dlatego zwrócono się do Trybunału Sprawiedliwości — powiedziała Jill.
— Rozumiem.
— Kilifcr został zidentyfikowany jak sprawca gwałtu i zabójca Tamary Bonai, jednakże rząd amerykański odmówił wydania go Kiribati, gdzie stanąłby przed sądem. Na litość boską, ofiara była głową państwa!
— To bardzo poważne oskarżenie.
— Jest naoczny świadek.
— Douglas Stavenger, wiem. Ale przebywa na Księżycu i oglądał zdarzenie w rzeczywistości wirtualnej. Pierwszy lepszy adwokat rozbije w puch takie dowody.
— Nie byłabym taka pewna — powiedziała Jill. — Tak czy inaczej myślałam, że chcesz, by ten sukinsyn stanął przed sądem.
Pani prezydent nawet nie mrugnęła okiem, słysząc użyty celowo wulgaryzm.
— Jill, to wszystko wiąże się ze sprawą Bazy Księżycowej.
— Co znaczy, że wszystko jest powiązane z ludźmi z Nowej Moralności, prawda?
— Oni są moimi poplecznikami, Jill.
— I osłaniają mordercą?
Twarz pani prezydent przypominała gładką, pustą fasadę. Niczego nie zdradzała.
— Domniemanego mordercą.
— Może nie jestem prawnikiem, ale prawo nie jest mi obce — sparowała Jill. — Chronisz Kilifera. Dlaczego?
— Jill, myślałam, że ty też mnie popierasz. Wiem, że nie zgadzasz się ze wszystkimi posunięciami Nowej Moralności, ale zawsze stałaś po mojej stronie.
— Dlaczego chronisz tego człowieka?
— W grą wchodzi znacznie więcej, niż możesz przypuszczać, Jill.
— Chwileczkę. Spędziłam trochę czasu w Bazie Księżycowej. Byłam tam z Paulem Stavengerem, kiedy Baza składała się z blaszanych puszek wkopanych w podłoże.
— Miałaś z nim romans — mruknęła pani prezydent.
— Wymień mi kobietę, która w tych czasach pracowała w Bazie i nie miała z nim romansu — odparła Jill wesoło. — Był podrywaczem pierwszej wody, dopóki nie poślubił Joanny.
— Joanny… — powtórzyła pani prezydent z wyraźnym niesmakiem.
— Gdybym zamiast tkwić w Hadze nadal zasiadała w senacie, wystąpiłabym przeciwko tobie w kwestii Bazy Księżycowej. Popełniasz okropny błąd.
Z cieniem uśmiechu pani prezydent powiedziała:
— To podziękowanie za to, że wysunęłam twoją kandydaturę na stanowisko sędziego w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości?
— Daj spokój, Luce.
— Poparłaś traktat nanotech, kiedy zasiadałaś w senacie.
вернуться
4
Przekład Leona Ulricha (przyp. tłum.)