Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Merkury [Mercury - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Merkury [Mercury - pl]

Электронная книга - «Merkury [Mercury - pl]». Краткое содержание книги:

Kosmiczna winda wywożąca na orbitę towary i ludzi to projekt inżynieryjny istniejący od XX wieku, teraz wreszcie staje się rzeczywistością. Dla inżyniera Bracknella jest ona dziełem życia, ale dla wielkich korporacji, które na tanim transporcie na orbitę stracą majątki, oraz dla Nowej Moralności, dla której budowa wieży w niebo jest obrazą Boga, stanowią cierń w boku. Zostaje zawiązany spisek i wieża runie w dół, grzebiąc w globalnej katastrofie miliony ludzi. Winnym zostanie uznany Bracknell, karą jest wygnanie Ziemi.
Inżynier traci dorobek całego życia, ale przypadkiem dowiaduje się o sabotażu i spisku i od tej pory całe swoje życie podporządkowuje jednemu — zemście na osobach winnych zniszczenia wieży i jego osobistej tragedii.
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76
Перейти на страницу:

WSCHÓD SŁOŃCA

Pierścień powoli wschodzącego Słońca był jak stopiona lawa: sączył żar do małej kabiny traktora. Yamagata dostrzegł, że Alexios jedzie prosto w kierunku Słońca i uskoku.

— Co pan robi? — spytał.

Alexios obrócił toczący się pojazd tuż przed skrajem uskoku i nacisnął hamulec. Traktor zatrzymał się.

— Wysiadamy — oznajmił.

— Myślałem…

— Rozprostujemy trochę nogi — rzekł Alexios, otwierając klapę po swojej stronie kabiny ze szkłostali.

Choć w skafandrze nie czuło się tego, Yamagata uświadomił sobie, że całe powietrze natychmiast uciekło w otaczającą ich próżnię. Alexios obrócił się w jego stronę i wystukał coś na klawiaturze na nadgarstku skafandra. Yamagata usłyszał jego głos w słuchawkach hełmu:

— Żeby się porozumieć, będziemy musieli korzystać z radia w skafandrze.

— Chce mnie pan zabić, tak? — spytał Yamagata otwierając klapę po swojej stronie.

— Zamordował pan cztery miliony ludzi — odparł Alexios cicho, prawie rozbawionym tonem. — Myślę, że stracenie pana to zwykły akt sprawiedliwości.

— Rozumiem.

Yamagata zszedł ostrożnie z fotela i stanął na twardym, upstrzonym kamieniami gruncie. Jestem w rękach szaleńca, pomyślał.

— Gdyby się pan nad tym zastanawiał — wyjaśnił Alexios, obchodząc traktor i podchodząc do Yamagaty — radio skafandra nie ma na tyle dużego zasięgu, żeby dało się porozumiewać z bazą. Nie da się bez przekaźnika traktora, a na nim wyłączyłem częstotliwość nadawania.

— Nie mogę więc wezwać pomocy — stwierdził Yamagata.

— Ja też nie — wypowiadając te słowa Alexios dotknął jakiegoś przełącznika na skafandrze i traktor ruszył, wzbijając chmurki pyłu, oddalając się od nich.

— Nie jedzie pan nim? — spytał zdziwiony Yamagata.

— Nie, zostaję tu z panem. Umrzemy razem. W bazie namierzą sygnał traktora i dojdą do wniosku, że wszystko w porządku.

Yamagata niemal się roześmiał.

— I to ma być zwykły akt sprawiedliwości?

— Może istotnie nie taki zwykły — zgodził się Alexios. — Wymierzam sprawiedliwość już od kilku dni, ale najwyraźniej jeszcze nie nabyłem wprawy.

Alexios zatrzymał się. Yamagata cofnął się o kilka kroków, ale uświadomił sobie, że tuż za nim zaczyna się uskok.

— Wymierzał pan sprawiedliwość? — spytał. — Co pan ma na myśli?

— Molinę i Danversa — odparł gładko Alexios. — To ja przy wiozłem tu marsjańskie skały. Doprowadziłem do nich Molinę, a on łyknął przynętę jak dureń, którym zresztą jest.

— A Danvers?

— Zrzuciłem winę na Danversa. Teraz obaj lecą w niełasce na Ziemię.

— Celowo zniszczył im pan kariery.

— Zasłużyli na to. Zniszczyli mi życie. Obaj. Odebrali mi wszystko co miałem.

To szaleniec, pomyślał Yamagata. Traktor oddalał się powoli, tocząc się w stronę niepokojąco bliskiego horyzontu.

— Wiadomość dla pana Yamagaty. — W słuchawkach usłyszał głos kontrolera bazy. — Od kapitana frachtowca Xenobia.

Alexios rozłożył odziane w rękawice ręce.

— W takim razie…

Kontroler nie czekał na potwierdzenie.

— A oto otrzymana wiadomość, proszę pana.

Yamagata usłyszał ciche stukniecie i rozległ się inny głos.

— Sir, przepraszam, że przeszkadzam, ale kapitan uznał, że powinien się pan o tym dowiedzieć. Jeden z pasażerów znajdujących się na pokładzie popełnił samobójstwo. Biskup Danvers poderżnął sobie gardło w łazience swojej kajuty. Wygląda jak rzeźnia.

Yamagata obrzuciła Alexiosa stanowczym spojrzeniem, ale dostrzegł tylko własne odbicie w ciemnej szybce hełmu.

— Dziękuję za informację — rzekł, prawie szeptem.

— Oni nas nie słyszą — przypomniał Alexios.

Znów rozległ się głos kontrolera bazy.

— Czy będzie jakaś odpowiedź, panie Yamagata? Sir? Czy pan mnie słyszy?

Alexios podszedł do brzegu uskoku. Do licha, pomyślał. Nie usłyszą nas, więc zaczną się martwić.

— Panie Yamagata? Panie Alexios? Proszę, odpowiedzcie.

Jeśli wyślą ekipę ratunkową, będą szukać traktora, pomyślał Alexios. Dopiero jak go znajdą i odkryją, że nas tam nie ma, zaczną nas szukać.

Chwycił Yamagatę za okryte skafandrem ramię.

— Idziemy na spacer.

Yamagata zawahał się.

— Dokąd mnie pan zabiera?

Alexios wskazał kierunek wolną ręką.

— Tam, na dno uskoku. Kiedy wzejdzie Słońce, lepiej się nie narażać na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. Na dole będzie chłodniej. Zaledwie jakieś paręset stopni Celsjusza w cieniu.

— Chce pan przedłużyć moją egzekucję?

— Chcę uniemożliwić im przyjście nam z pomocą — odparł Alexios.

Yamagata podszedł do brzegu uskoku. W skafandrze trudno było spojrzeć w dół, ale brzegi rozpadliny nie wyglądały na strome. Były wszakże dość nierówne. Jeden fałszywy krok i polecę na dół. Jeśli nie uszkodzę skafandra i nie zginę od razu, mogę uszkodzić radiatory i systemy podtrzymywania życia na tyle, że ugotuję się we własnym sosie.

Spojrzał na Alexiosa, który niewzruszenie stał obok niego.

— Pan pierwszy — oznajmił Alexios, wskazując gestem brzeg rozpadliny.

Yamagata zawahał się. Choć nad horyzontem widać było zaledwie malutki skrawek Słońca, jałowy grunt już zaczynał się mocno nagrzewać. Cząstki pyłu wirowały i podskakiwały jak świetliki, naelektryzowane promieniowaniem słonecznym. Obaj mężczyźni wpatrzyli się w pylisty grunt, który nagle oszalał: cząstki pyłu tańczyły i podskakiwały na cześć nowo narodzonego Słońca, po czym zaczęły powoli opadać, jakby wyczerpane, gdy ich ładunek się wreszcie rozładował.

Spojrzeli na horyzont i rzucili szybkie spojrzenie na rozżarzony skrawek Słońca; nawet przez zaciemnione szybki hełmów świeciło tak mocno, że oczy zaczynały łzawić. Na brzegu słonecznej tarczy tańczyły płomienne protuberancje, wijąc się jak torturowane dusze w piekle.

Yamagata usłyszał, jak jego kombinezon trzeszczy i stuka we wszechogarniającym upale. Spojrzał znów w dół wąwozu, nadal widząc utrwalony na siatkówce obraz Słońca. Obrócił się powoli w niewygodnym skafandrze i tyłem ruszył wolno pełnym kamieni, spękanym zboczem. Alexios szedł za nim. Była to trudna, wyczerpująca praca. Yamagata pośliznął się na jakimś luźnym kamieniu i zsunął się kilka metrów w dół zanim się zatrzymał. Alexios ześliznął się tuż za nim.

— Nic się panu nie stało?

Yamagata dyszał przez chwilę zanim odpowiedział.

— A co za różnica?

Alexios odchrząknął.

— A więc wszystko w porządku.

Yamagata pokiwał głową w hełmie. Skafander chyba był cały; systemy podtrzymywania życia nadal działały.

Kiedy dotarli do dna wąwozu obaj ociekali potem w skafandrach. Yamagata uniósł wzrok i zobaczył, jak brzeg uskoku rozbłyskuje ostrym światłem.

— Wschód Słońca — rzekł Alexios. — Pan pochodzi z Kraju Wschodzącego Słońca, prawda?

Yamagata uznał, że nie będzie dodawał powagi tej drwiącej uwadze swoją odpowiedzią. Powiedział tylko:

— W wiadomości poinformowano mnie, że biskup Danvers odebrał sobie życie.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)