Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Słyszałeś o zderzaczach atomów? Akceleratorach cząstek?
— Oczywiście. To instrumenty z Epoki Praksis. Ogromne. Drogie. Pozwalały sprawdzać teorie odnoszące się do cząstek elementarnych i oddziałujących na nie sił.
— Zgadza się. Jeżeli coś jest niesprawdzalne, to wykracza poza teorykę i staje się metateoryką. Gałęzią filozofii. Dlatego można powiedzieć, że nasza aparatura badawcza określa granicę między teoryką i filozofią.
— Jej… Filozof rzuciłby ci się do gardła za takie gadanie. Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że filozofia to taka gorsza teoryka.
— I niektórzy teorowie by się ze mną zgodzili — przyznał Arsibalt. — Z tą różnicą, że kiedy mówią o filozofii, mają na myśli co innego niż filozofowie. Dla teorów filozofia zaczyna się w tym samym momencie, w którym kończą się możliwości aparatury używanej przez nich do testowania teorii. A filozofowie dostają szału, kiedy zrównuje się filozofię z metateoryką.
— O czym ty właściwie mówisz?
— Najpierw teorowie zastanawiają się nad tym, jak mogłaby wyglądać nowa teoria. Następnie formułują ją i próbują na jej podstawie wysnuć prognozy, które dałoby się sprawdzić eksperymentalnie. U schyłku Epoki Praksis te eksperymenty wymagały najczęściej wybudowania jeszcze większego i jeszcze droższego akceleratora.
— A potem nastały Straszliwe Wypadki — przypomniałem.
— I skończył się czas drogich zabawek w rękach teorów. Nie ma jednak pewności, że cokolwiek to zmieniło. Ówczesne największe instrumenty i tak osiągnęły górną granicę możliwości konstruktorów dysponujących ograniczonymi funduszami.
— O tym nie wiedziałem. Zawsze mi się wydawało, że tam, na zewnątrz, mają pieniędzy ile chcą.
— Nawet jeśli tak jest, to większość wydają na pornografię, wodę z cukrem i bomby. Na akceleratory zostaje niewiele.
— Czyli zwrot ku kosmografii mógł nastąpić nawet, gdyby nie było Rekonstrukcji?
— On się rozpoczął już wcześniej, kiedy pod koniec Epoki Praksis teorowie zaczęli się godzić z faktem, że za ich życia nie powstanie aparatura, na której można by sprawdzić prawdziwość teorii, którym poświęcili całą karierę.
— Nie mieli innego wyjścia, jak zacząć szukać danych w kosmosie.
— Otóż to. A tymczasem pojawili się tacy ludzie jak fraa Paphlagon.
— To znaczy jacy? Teorowie i filozofowie w jednym?
Arsibalt nie odpowiedział od razu.
— Staram się uszanować twoją wcześniejszą prośbę, żeby nie zwalić ci całego Paphlagona na głowę — wyjaśnił, widząc, że przyglądam mu się wyczekująco. — Ale widzę, że muszę się bardziej postarać.
— Przynajmniej szczerze… — mruknąłem, wywijając trzymaną w ręce piłą.
— Można powiedzieć, że Paphlagon, a także zapewne Orolo, są spadkobiercami takich ludzi jak Evenedryk.
— Teorów, którzy zainteresowali się filozofią, kiedy teoryka utknęła w martwym punkcie.
— Nie utknęła, tylko zwolniła biegu — poprawił mnie Arsibalt. — W oczekiwaniu wyników na przykład z Saunta Bunjo.
Bunjo był matemem tysiącletnim, ulokowanym w starej kopalni soli dwie mile pod ziemią. Mieszkający w nim suur i fraa pracowali w systemie zmianowym, wypatrując w absolutnej ciemności błysków światła z olbrzymiej matrycy kryształkowych detektorów cząstek, i co tysiąc lat publikowali wyniki swoich badań. Przez pierwsze milenium zaobserwowali trzy takie błyski, ale na tym koniec.
— A czekając na wyniki, zajęli się ideami, które Evenedryk i jemu podobni przedstawili, gdy osiągnęli granice teoryki?
— Właśnie. W okresie Rekonstrukcji pojawiło się szczególnie dużo tych idei. Wszystkie jakoś się wiązały z koncepcją polikosmosu.
— Wedle której nasz wszechświat nie jest jedynym wszechświatem.
— I tym właśnie zajmuje się Paphlagon w chwilach wolnych od opisywania tego naszego.
— Trochę się pogubiłem — przyznałem. — Przed chwilą mówiłeś mi, że studiuje HŚT.
— Można powiedzieć, że protyzm, czyli wiara w istnienie innego wymiaru egzystencji zamieszkanego przez byty teoryczne, jest w pewnym sensie najwcześniejszą i najprostszą teorią polikosmiczną.
— Ponieważ postuluje istnienie dwóch kosmosów. — Bardzo się starałem nadążyć za Arsibaltem. — W jednym mieszkamy my, w drugim trójkąty równoramienne.
— Tak.
— Ale znane mi teorie polikosmiczne, pochodzące z okresu Rekonstrukcji, to zupełnie inna para kaloszy. Występują w nich liczne kosmosy, które są oddzielone od naszego, ale do niego podobne. Jest w nich materia, energia, pola… Są zmienne. Nie to co wieczne trójkąty.
— Wcale nie są aż tak podobne, jak ci się wydaje. W każdym razie Paphlagon należy do zwolenników poglądu, że klasyczny protyzm jest po prostu jedną z wielu teorii polikosmicznych.
— Skąd ty takie rzeczy…
— Nie mogę ci tego wyjaśnić, nie mówiąc wszystkiego. — Arsibalt rozłożył ręce. — Zmierzam do tego, że Paphlagon wierzy w istnienie Hylaejskiego Świata Teorycznego w jakiejś tam postaci, a także w istnienie innych kosmosów. I tymi właśnie zagadnieniami interesuje się suur Aculoä.
— A zatem jeśli HIFSA istnieje naprawdę…
— To właśnie on powołał Paphlagona, ponieważ teorie polikosmiczne są teraz w modzie.
— A my przypuszczamy, że cokolwiek je wypromowało, doprowadziło także do zamknięcia gwiezdnego kręgu.
Arsibalt wzruszył ramionami.
— Co to może być? — zapytałem.
Odpowiedziało mi kolejne wzruszenie ramion.
— To pytanie do ciebie i Jesry’ego, ale nie zapominajcie, że gryzipiórkom mogło się coś po prostu pomieszać.
Wreszcie któregoś dnia udało mi się zejść do lochu pod Fundą Shufa i spędzić trzy godziny na oglądaniu Sammanna. Przychodził na górę prawie codziennie, chociaż o różnych godzinach. Jeżeli pogoda była sprzyjająca, a pora odpowiednia, rozkładał na parapecie muru ściereczkę, wykładał na nią drugie śniadanie i jedząc, rozkoszował się widokami. Czasem coś czytał. Nie byłem w stanie rozpoznać wszystkich przysmaków, ale wyglądały lepiej niż to, co my dostawaliśmy do jedzenia. (Kiedy wiatr wiał z północnego wschodu, zdarzało się, że przynosił nam zapachy z kuchni itów. Zawsze mieliśmy wrażenie, że itowie się z nami drażnią).
— Mam wyniki! — zawołałem do Lio przy następnej okazji, gdy znaleźliśmy się sami na łące. — W pewnym sensie.
— I co?
— Wygląda na to, że miałeś rację.
— Z czym?
Minęło sporo czasu i zdążył zapomnieć, że rozmawialiśmy o Sammannie. Przypomniałem mu. Nie posiadał się ze zdumienia.
— Poważna sprawa…
— Możliwe. Nie wiem jeszcze, co o tym myśleć.
— A co on właściwie robi? Przystawia do obiektywu tabliczkę z napisem? Używa języka migowego?
— Na to jest za sprytny.
— Nie przesadzaj… To brzmi tak, jakbyś opowiadał o starym kumplu.
— Właściwie trochę podobnie go traktuję. Zjedliśmy razem dużo drugich śniadań.
— W jaki sposób z tobą… rozmawia? A właściwie rozmawiał?
— Przez pierwsze sześćdziesiąt osiem dni: nudy na pudy. Ale w sześćdziesiątym dziewiątym coś się dzieje.
— Sześćdziesiąty dziewiąty… Co to był za dzień?
— Dwa tygodnie po przesileniu, dziewięć dni przed odrzuceniem Orola.
— Rozumiem. I co takiego robi Sammann w sześćdziesiątym dziewiątym dniu?
— Zwykle po wejściu na górę zdejmuje torbę z ramienia i wiesza ją na kamiennym występie parapetu. Potem przeciera obiektyw, siada na parapecie, który ma tam około stopy szerokości, wyjmuje z torby drugie śniadanie, wykłada je na ściereczkę i je.